Inwazja z powtórki (Inwazja porywaczy ciał 1978)

Biegną, biegną, biegną po raz drugi
Biegną, biegną, biegną po raz drugi

W 1978 roku Inwazja ponownie zaatakowała. W 22 lata po premierze pierwszej ekranizacji powieści Finney’a widzowie mogli ponownie obejrzeć na ekranach atak obcych na Ziemię. Za reżyserię odpowiadał tym razem Philip Kaufman, a scenariusz napisał WD Richter, który później reżyserował wspaniałego Buckaroo Banzai. O ile w 1978 roku obydwa nazwiska nie wiele znaczyły, tak wkrótce Kaufman miał stać się jednym z bardziej renomowanych twórców kina, a to dzięki takim filmom jak The Right Stuff, czy scenariuszowi Poszukiwaczy zaginionej Arki. Zaznaczyć należy jednak od razu, że nie był też człowiekiem znikąd. Jeszcze przed Invasion nakręcił on kilka docenionych filmów, a także napisał scenariusz do głośnego westernu Clinta Eastwooda The Outlaw Josey Wales.

Nie jest jednak tutaj moim celem pisać o twórcach, a o samym filmie. Inwazja z 1978 roku jest jednym z pierwszych remake’ów, który przywodzi na myśl to, jak obecnie powstają tego typu produkcje. O ile do tego czasu twórcy kręcąc nowe wersje starych dzieł, próbowali dostarczać widzom filmy, które były samodzielne. Chodzi mi tutaj o taką sytuacje, że nie znajdziemy w nich wyraźnych odniesień do faktu, że mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem. Teraz sytuacja ma się trochę inaczej. Można czasem mieć wrażenie, że obecnie owo podkreślenie, że nie jest to oryginalna fabuła, jest dla twórców najważniejsze. Stąd kinowa Drużyna A miała scenę z serialowymi aktorami przekazującymi niejako pałeczkę następnemu pokoleniu (z bliżej niezrozumiałych powodów umieszczona po napisach). Wynika to w dużej mierze ze zmiany charakteru remake’ów, które obecnie nie tyle mają korzystać z gotowej historii, a w większym stopniu z już ugruntowanej bazy odbiorców. Docelowo remake staje się taką niby kontynuacją, gdzie widz dostaje trochę tego samego, a trochę czegoś nowego. Zarazem często mamy wprowadzane daleko idące zmiany poddające w jakimś stopniu w wątpliwość celowość sprzedawania produktu jako remake’u zamiast wprost mówieniu o nowym filmie. Stąd też wydaje się słusznym odbierać je jako żerowanie na popularności poprzedników.

Kaufman kręcąc swoją wersję Inwazji, postąpił w dobrze nam znany obecnie sposób. Od razu jednak zaznaczmy, że w jego przypadku mamy raczej do czynienia z oddawaniem hołdu oryginałowi. Nie jest to bezsensowne podszywanie się, a raczej próba reinterpretacji materiału. Popularne ostatnio „re-imagining”, ale w tym przypadku ma to rzeczywiście miejsce. Z jednej strony mamy w jego produkcji historię znaną już z pierwszego filmu, z drugiej jednak wprowadził dużo zmian, które w dużym stopniu przesuwają akcenty opowieści. Najbardziej rzucającą się było przeniesienie, wbrew filmowemu oryginałowi (jak też i książce) akcji z małego miasteczka wprost do kolorowego San Francisco. Zmienił się także zawód głównego bohatera, który z lekarza stał się inspektorem sanitarnym pilnującym między innymi warunków, jakie panują w tamtejszych restauracjach. Elizabeth z dawnej przyjaciółki i rozwódki zmieniła się w koleżankę z pracy mającą chłopaka dentystę. Tego typu, czasem większych, a czasem mniejszych zmian jest więcej. Co ciekawe, niektóre robią wrażenie prób nawiązania do powieści (tutaj mam na myśli jedną ze spektakularnych scen akcji pod koniec filmu, która przywodzi na myśl finał książki Finney’a).

Dalej biegną!
Dalej biegną!

Nie tylko owe zmiany z zachowaniem tylko pewnych głównych elementów scenariusza sprawiają wrażenie „nowoczesności” remake’u. Kolejną jest obecność w filmie Kevina McCarthy’ego, który z głównego bohatera oryginału przeistacza się w epizodyczną postać zapowiadającą zagładę. U widza znającego film Siegela w oczywisty sposób wzbudza to uśmiech na twarzy. Nie tylko jednak McCarthy trafił na ekran, podobnież reżyser pierwszej wersji, sam Don Siegel, pojawił się na ekranie w epizodycznej roli taksówkarza.

W ten sposób film Kaufmana poza opowiadaniem swojej własnej historii dostarczył odbiorcy, a w szczególności świadomemu kinomanowi dodatkowe pole rozrywki. Możliwe, że między innymi dzięki temu podejściu, jak się wydaje w pełni nowatorskiemu wtedy, produkcja ta uznawana jest za jeden z najlepszych remake’ów w historii kina. Nie do końca zgadzam się z tym zdaniem, gdyż uważam, że w dużej mierze oryginał w o wiele lepszy sposób się zestarzał niż film Kaufamana.

Inwazja lat 70-tych, to film bardzo mocno osadzony w tamtej dekadzie, także jeżeli chodzi o dobór odtwórców głównych ról. Stąd w obsadzie mamy odgrywających główne postaci Donalda Sutherlanda i partnerującego mu młodzieńczego Jeffa Goldbluma. Nie są to typowi przystojniacy, zamiast tego mamy do czynienia z aktorami charakterystycznymi. W filmie grają także Leonard Nimoy, dla którego była to próba zerwania z dotychczasowymi rolami, oraz Brooke Adams.

Efekty specjalne w filmie są w pewnym stopniu odejściem od podejścia zastosowanego w oryginalnym filmie. W produkcji reżyserowanej przez Siegela ograniczono je możliwie maksymalnie. Stad nawet i dzisiaj nie rzuca się w oczy ich niedomagania, czy naiwność, która jest widoczna w innych spektakularnych produkcjach z tego okresu. Kaufman natomiast poszedł w kierunku pewnej przesady, czy też dosłowności w tej sprawie. W latach 70-tych niewątpliwie robiły one wrażenie, jednak dzisiaj w jakimś stopniu należy je uznać za średnie. Stad przynajmniej jedna scena, która miała robić wrażenie na widzu, traci owa moc.

Dobiegli!
Dobiegli!

Czy to oznacza, że film Kaufmana jest zły? Nie. Trzeba jednak dodać od razu, że obrazuje on przemiany w kinie. To w gruncie rzeczy jest kino „nowej przygody” w tym znaczeniu, w którym zaliczamy do niego Gwiezdne wojny, czy Indianę Jonesa. To jest retro-rozrywka, zrobiona przez ludzi zakochanych w produkcjach młodości i dzieciństwa. George Lucas chciał zrobić własną wersję Flasha Gordona, ale nie udało mu się uzyskać praw, dlatego też stworzył własnego bohatera i jego fascynujący świat. Kaufman natomiast miał okazję zrobić to, co Lucasowi nie było dane i nakręcił remake filmu ze swojej młodości. Powstał w ten sposób film m w jakimś stopniu nowego typu, wart niewątpliwie uwagi, ale taki, który nie odcisnął takiego piętna na kinie, jak produkcja Lucasa. Był on jednak mimo wszystko lepiej oceniony i jest zdecydowanie lepiej pamiętany niż kolejne adaptacje powieści Finney’a/wariacje na punkcie filmu Siegela, o których to będzie w następnym odcinku.

Lekarz z żartem na wojnie (M*A*S*H/Trapper)

Through early morning fog I see...
Through early morning fog I see…

Lata 70-te to w dużej mierze zapomniana epoka w historii amerykańskiej telewizji, acz niesłusznie. Powstało wtedy wiele intrygujących seriali, a wielu twórców uczyło się swojego fachu. Wtedy też ostatecznie kolor wypchnął z małego ekranu czerń i biel. W latach 70-tych także znacznie chętniej niż wcześniej sięgnięto po filmowe przeboje i przerabiano je na seriale telewizyjne. Logan’s Run doczekał się urokliwej wersji, która zresztą była robiona przez osoby wcześniej pracujące nad oryginalnym Star Trekiem, czy też telewizyjna Planeta małp, która miała wersję aktorską, jak też i animowaną. Jednakże o ile wszystkie te seriale zagościły na ekranach tylko na chwilę, inna produkcja stała się wielkim przebojem. Chodzi mi o M*A*S*H. Była to telewizyjna adaptacja kinowego przeboju Roberta Altmana z 1970 roku, który sam w sobie był adaptacją powieści z 1968.

Film Altmana miał w wydźwięk zdecydowanie antywojenny i choć formalnie opowieść była o wojnie w Korei, to w rzeczywistości mowa była o Wietnamie i ten format w dużej mierze został zachowany w telewizyjnej wersji. Oto wojskowy szpital umieszczony blisko frontu musi sobie radzić w ciężkich warunkach. Taka formuła z jednej strony pozwalała pokazywać okrucieństwa wojny, ale zarazem uniknąć pokazywania rzeczy, które można uznać za wykraczające poza dopuszczalne w telewizji. Co więcej, tego typu komedia o wojnie z oczywistych względów wzbudziłaby duże kontrowersje wśród producentów, jak też i widzów. Czym innym jest śmiech na wojnie, a czym innym żarty z zabijania.

W każdym razie w większym stopniu w serialu, aniżeli w filmie metafora Wietnamu sprawiała pewne problemy, do których dokładała się relatywnie niezbyt duża wiedza na temat charakteru tego konfliktu. Dotyczyło to jednak głównie „wielkich” kwestii polityki i wojny. W szczegółach twórcy serialu starali się być wierni wydarzeniom w Korei. Stąd też, choć w pierwszych kilku odcinkach serialu był wśród bohaterów obecny czarny chirurg, to bardzo szybko zniknął on z ekranu. Obecnie twórcy spotkaliby się pewnie ze zmasowaną kampanią na tumblrze, prawda jest jednak taka, że w tym akurat konflikcie nie było czarnych lekarzy-chirurgów pracujących w jednostkach M*A*S*H (Mobile Army Surgical Hospital – mobilny szpital chirurgiczny). Dbałość o wierność historii szczególnie silna była w scenach na sali operacyjnej. Krew, krzyk i chaos w jakimś stopniu zapowiadał, w wersji znacznie brutalniejszej, późniejsze seriale o lekarzach. Szczególnie w pierwszych sezonach twórcy też dbali o innych niż Amerykanie uczestnikach konfliktu. Stąd też przez serial przewijali się między innymi Grecy, czy Turcy.

Czerada na początku
Czerada na początku

M*A*S*H przetrwał na ekranach telewizorów robiące wrażenie 11 sezonów w czasach, gdy od produkcji wymagano znacznie większej oglądalności niż obecnie. Ostatni odcinek serialu miał rekordową widownię ponad 100 milionów widzów w Ameryce, wielkość obecnie już chyba nieosiągalna dla jakiejkolwiek produkcji telewizyjnej. Nic początkowo nie zapowiadało tak wielkiego sukcesu, przez pewien czas wręcz wydawało się, że serial zostanie skasowany po pierwszym sezonie. Tak się jednak nie stało w dużej mierze dzięki zaufaniu stacji telewizyjnej.

Co jednak w dużej mierze odpowiadało za sukces serialu? M*A*S*H to jedna z tych produkcji, gdzie nie ma jednego głównego bohatera. Chociaż Sokole oko Pierce jest obecny we wszystkich odcinkach, to, szczególnie na samym początku, serial miał dwóch bohaterów. Tym drugim był John McIntire znany jako Trapper. To interakcja między tymi dwiema postaciami sprawiała, że serial o lekarzach był czymś więcej niż komedią o wojnie.

Trapper był postacią jakże różną od tego, czego należało oczekiwać od pozytywnego bohatera. Był bardzo daleki od ideału, o ile Pierce pił i był kobieciarzem, to Trapper na dodatek zdradzał swoją żonę. Dzięki temu był o wiele bardziej ludzkim bohaterem niż wielu innych filmowych lekarzy, nie przeradzając się przy tym w karykaturalną wersję niemiłego medyka. Z jednej strony mamy tutaj postać niewątpliwie pozytywną, która dba i pomaga ludziom, ale zdecydowanie niepozbawioną wad (i to raczej w kwestiach, w których moralność jest ważna). Nie był zresztą pod tym względem jedynym tego typu bohaterem w serialu, gdyż podobnie mało wierny względem małżonki był dowódca szpitala Henry Blake.

Czerada na końcu
Czerada na końcu

Kiedy aktorzy grający obydwie te postaci odeszli z serialu twórcy postanowili ich zastąpić postaciami drastycznie od nich odmiennymi. Zamiast gapowatego Blake przyszła pora na zawodowego żołnierza Pottera. Teraz zamiast nieporadności M*A*S*H miał być kierowany tak, jak w wojsku wszystko powinno wyglądać. W dużej mierze dzięki świetnej kreacji Harry’ego Morgana udało się sprawić, że ta postać świetnie zadomowiła się w serialu.

Zamiast Trappera do szpitala trafił BJ Hunnicutt, przykładny mąż i ojciec. O ile dalej w serialu mieliśmy do czynienia z dobrymi dialogami i pomysłowymi fabułami, a też muszę niechętnie przyznać, że Mike Farrell był lepszym aktorem od grającego Trappera Wayne’a Rogersa, to nie jestem w stanie pozytywnie podejść do tej postaci. Wynika to w dużej mierze z owej idealności BJa, która bardzo szybko zaczęła ciążyć. Dość powiedzieć, że w serialu pojawił się koszmarny odcinek, kiedy to BJ zdradził swoją żonę i cierpiał z tego powodu katusze moralno-emocjonalne. Nie chodzi tutaj o fakt zdrady, a o sposób jej pokazania i odegrania. Można odnieść, że dla twórców i postaci owa zdrada była większym problemem, niż tocząca się wojna.

Trzeba też tutaj wspomnieć, że wojskowy szpital pełen był innych charakterystycznych postaci. Nie chodzi tutaj tylko o bohaterów granych przez aktorów wymienianych od samego początku w napisach serialu (takich jak Henry Blake, czy Frank Burns), ale też postaci takie jak Klinger, którego grający Jamie Farr musiał czekać kilka sezonów, aż został wciągnięty do grupy stałych aktorów.

O kobietę...
O kobietę…

Poza tymi bohaterami były także postaci przewijające się przez kilka odcinków, które mimo to zostały zapamiętane. Choćby Margie Cutler, jedna z pielęgniarek, która pojawiła się w 6 odcinkach, czy też Igor Straminsky, który głównie pojawiał się w scenach z mesy, wydając jedzenie, czy też Zelmo Zale odpowiadający za zaopatrzenie. W serialu było też miejsce dla tak charakterystycznych postaci, jak Sidney Freedman (za pierwszym razem przedstawiony jak Milton, aby było jasne, o kim myśleli twórcy serialu), czyli psychiatra początkowo wezwany do oceny, czy Klinger jest normalny. Wypada także wspomnieć o Flaggu, czyli oficerze bliżej nieokreślonych tajnych służb szerzącym paranoje wszędzie, gdzie się pojawił. Serial dział się w specyficznych warunkach wojennych stąd też nie mogło nie być w serialu szeroko rozumianych Azjatów, przy czym raczej nie grali ich Koreańczycy. Choćby Pat Morita z pochodzenia Japończyk wcielił się w koreańskiego lekarza wojskowego Sama Paka.

walczą na bokserskim ringu lekarze
walczą na bokserskim ringu lekarze

Grający Trappera Wayne Rogers był aktorem charyzmatycznym, mającym swój urok i umiejętnie kreującym postać człowieka pełnego sprzeczności. Stąd też łatwo było mu kibicować. Był kimś realnym, kogo niejako oczekiwalibyśmy w prawdziwym szpitalu wojskowym. Niestety niedawno zmarł, podobnie Marcia Strassman grająca siostrę Cutler odeszła rok temu. Nie ma już z nami także Larry’ego Gelbarta, który był głównym twórcą serialu. Z głównych aktorów nie żyją już McLean Stevenson, Larry Linville, Harry Morgan. Zmarło też wielu aktorów pojawiających się w jednym, czy dwóch odcinkach, jak Patrick Swayze. Nam widzom pozostaje już tylko oglądać serial i wspominać dawne gwiazdy małego ekranu.

“Reżyserzy przyszłośći 1: Spierigowie” + “Targi Fantastyki”

Na chwilę przerywam pisanie o Inwazjach, do którego tematu niedługo wrócę, ale teraz proponuje pierwszą część przeglądu wartych uwagi reżyserów, którzy dopiero zaczynają karierę. Ostatnie lata pokazują (Duncan Jones, czy Rian Johnson), że jest całkiem spore grono dobrze zapowiadających się twórców kina. Pomiędzy wspomnianymi i innymi, którym studia już teraz całkiem chętnie dają nie tylko duże pieniądze, ale też i projekty związane z dużym ryzykiem, jest jeszcze kilku mniej znanych autorów. Takich, którzy, choć już pokazali przysłowiowy pazur, to jeszcze daleka przed nimi droga, aż zostaną szerzej docenieni.

Za takich reżyserów zdecydowanie należy uznać Michaela i Petera Spierigów. Pochodzący z Australii bliźniacy urodzeni w 1976 roku nie są amatorami. Mają w swoim dorobku trzy filmy, w których ich rola nie ograniczała się tylko do reżyserii. Sami napisali scenariusze do wszystkich swoich produkcji, dwa filmy wyprodukowali, we wszystkich odpowiadali za efekty specjalne, a w najnowszym dziele Peter napisał muzykę. Mamy w związku z tym do czynienia z twórcami w jakimś stopniu w pełni kontrolującymi przygotowywane przez siebie filmy.

Plakat jest bardziej epicko-postapo niz sam film.
Plakat jest bardziej epicko-postapo niz sam film.

Karierę zaczynali od kręcenia reklam i teledysków aż w 2003 roku na ekrany kin (głównie festiwalowych) trafił ich pierwszy pełnometrażowy film Undead (polski tytuł Zombie z Berkeley). Produkcja niskobudżetowa, nakręcona z funduszy zebranych przez Spierigów i ich rodzinę zdobyła sobie pewne uznanie. Jest to mały, prosty film o zombie. Oto na małe australijskie miasteczko spadają meteoryty zamieniające każdego, kto wejdzie w kontakt z nimi w krwiożerczych nieumarłych. Bohaterami jest zwyciężczyni lokalnego konkursu miss, tubylec – wędkarz, który już wcześniej miał kontakt z zombie, stąd też teraz posiada odpowiedni arsenał broni, aby z nimi walczyć, policjant frustrat i policjantka astmatyczka, której to pierwszy dzień w pracy, oraz para australijskich odpowiedników rednecków (ona w zaawansowanej ciąży).

Akcja filmu dzieje się w małym miasteczku i jego okolicach. Budżet był bardzo niewielki, stąd wiele efektów specjalnych wygląda raczej tandetnie. Film nie jest też odpowiednio doświetlony (do tego dodać należy niezbyt fortunny wybór filtrów), a aktorzy raczej nie są zbyt dobrzy. W niektórych sytuacjach to pasuje, w innych przeszkadza. Zarazem Spierigom udało się stworzyć lekki i radosny film, który ma odpowiednią ilość zaskakujących scen i motywów. Część jest klarownym nawiązaniem do klasyków gatunku z filmami Romero na czele, inne są własnym żartem.

Pewne powodzenie Undead sprawiło, że Spierigowie dostali prawdziwe pieniądze na kolejny film. Skoro za pierwszym razem na warsztat wzięli zombie, to teraz przyszła pora na wampiry, ale pewne elementy tych bardziej mózgo-lubiących nieumarłych się pojawiają. Oto doszło do rozprzestrzenienia się zarazy zamieniającej ludzi w wampiry. Powstało nowe społeczeństwo, gdzie światem rządzą krwiopijcy. Miasta zostały przebudowane, podobnie i budynki. Także przerobiono samochody tak, aby chroniły one właścicieli przed działaniem morderczego słońca. Na czele wampirzej społeczności znajduje się korporacja-bank, która zarządza całą dostępną krwią. W specjalnych bunkrach przetrzymywani są ludzie, z których systematycznie wytacza się krew. Jest jednak jeden problem… ludzi jest coraz mniej, a co za tym idzie i krwi zaczyna brakować. Wygłodzeni krwiopijcy zaczynają przeistaczać się w istoty o wiele bardziej przypominające nietoperze niż homo sapiens.

Bank krwi
Bank krwi

Główny bohater, wampir z problemami etycznymi (próbuje sił w weganizmie, tzn. piciu krwi zwierzęcej, ale nie jest ona odpowiednio życiodajna) jest naukowcem pracującym nad stworzeniem sztucznej krwi. Syntetyku, który nareszcie uwolni wampiry od ludzi, a tych ostatnich od trzymania w klatkach. Film nie kryje swoich związków z kinem klasy B. Kiedy trzeba, ciała eksplodują strugami krwi, źli są odpowiednio demoniczni, a całość zrobiona jest w pewnej konwencji niepoważnego horroru. Zarazem film nie obraża inteligencji widzów. Fabuła jest wewnętrznie spójna, a i po seansie można nawet zadać sobie pytania o różne wątki i kwestie poruszone w produkcji.

Zwraca uwagę także starannie stworzony świat. Chodzi tutaj o na przykład przemyślane samochody, którymi poruszają się wampiry, czy też o pełen ciekawostek bar z różnymi typami krwi. Poza wyraźną poprawą, jeżeli chodzi o kwestie techniczne, udało się także do Daybreakers zatrudnić znanych aktorów, główną rolę gra Ethan Hawke, głównym złym jest zaś Sam Neill, a całkiem ważną postać odgrywa Willem Dafoe.

Pomimo tego, że film nakręcono w 2007 roku, to czekał on aż do 2009 na premierę. Na kolejny film Spierigów przyszło nam czekać do 2014, kiedy to wypuszczono Predestination. Film oparty na uznanym opowiadaniu Roberta A. Heinleina opowiada o policjancie ścigającym w czasie terrorystę. Korzystając ze specjalnego urządzenia, skacze w przeszłość, łapiąc „temporalnych bandytów” (TimeCop!), a teraz ściga niebezpiecznego terrorystę. W otwierającej film scenie widzimy jego porażkę, gdy nie zdoławszy powstrzymać eksplozji, większość jego ciała zostaje poparzona. Na szczęście dla niego udaje mu się wrócić do bazy, po czym dostaje swoje ostatnie zadanie. Zamiast dalej polować na terrorystę, ma zająć się rekrutacją swojego następcę w służbie. Kandydat jest już wybrany.

Miejmy nadzieje, że przy następnym filmie, Spierigowie sami także zrobią plakat...
Miejmy nadzieje, że przy następnym filmie, Spierigowie sami także zrobią plakat…

Film bardzo starannie unika scen, czy sekwencji, które wymagałaby rozbudowanych efektów specjalnych. Widać, że twórcy doskonale potrafią przy minimalnych środkach pokazywać różne czasy, ale też i miejsca. Co więcej, w filmie pojawia się cała masa drobiazgów, czy wskazówek, o co w nim chodzi. Są to czasem rzeczy, których widz normalnie nie dostrzega, co tym bardziej się chwali, bo pokazuje przywiązanie do szczegółu u twórców. W roli głównego bohatera zatrudniono ponownie Ethana Hawke, ale tym razem cały film kradnie mu Sarah Snook. Świetnie poradziła sobie z wymagającą rolą i aż dziwne, że aż dotąd była tak mało znana!

Spierigowie są na początku kariery. Wciąż się uczą i zmieniają pewne rzeczy w podejściu, w sposobie pracy, a przy tym utrzymują przywiązanie do szczegółu w swoich filmach. Trudno powiedzieć, co przyniesie im przyszłość, zapowiadają na razie w wywiadach film o spadkobierczyni twórcy winchestera, która to opowieść brzmi co najmniej ciekawie!

Nowoczesne metody walki mieczem świetlnym
Nowoczesne metody walki mieczem świetlnym

Poza przeglądem dodam też, że w ostatni weekend, a dokładnie w sobotę 28 listopada w Warszawie miała miejsce pierwsze impreza pod tytułem Targi Fantastyczne. Organizatorzy są całkiem znani w fandomie fantastycznym, więc nie ma co ich tutaj przedstawiać. Sama impreza została umieszczona w budynku znajdującym się obok ronda Babka, czyli w miejscu zdecydowanie dobrze skomunikowanym z resztą Warszawy.

To nie jest curry, ktorego szukacie
To nie jest curry, ktorego szukacie

Jak to często w przypadku pierwszej imprezy były pewne niedociągnięcia (brak banera/dużego napisu informującego, że tak, w tym budynku są Targi), ale wszystko to raczej drobiazgi względem udanego przedsięwzięcia. Jak sama nazwa wskazuje, było to miejsce do wydawania pieniędzy i przypuszczam, że każdy, kto wszedł, mógł spokojnie wydać ciężko zarobione złotówki na książki (jacyś „bandyci” wykupili mi Księżniczkę Marsa od Solarisu!), stroje, biżuterie i inne takie tam. Stoiska były rozlokowane w miarę możliwości lokalowych. Był też program „nietargowy”, ale ze względu na ograniczenia czasowe nie widziałem ani urywka jego, więc nie będę oceniać.

Herezje! Wszedzie herezje!
Herezje! Wszedzie herezje!

Targi to dobra impreza, o dosyć specyficznym zabarwieniu (taki konwent bez prelekcji), który jak wszystko na to wskazuje, zagości na dłużej w kalendarzu imprez związanych z fantastyką. Szorstkość tego krótkiego tekstu wynika z udawanej obiektywności związanej z tym, że znam dobrze organizatorów 🙂

Na koniec garść zdjęć z Targów.

Na ekranie same podróbki (Inwazja porywaczy ciał)

Kiedy w 1956 na kinowe ekrany zawitała Inwazja porywaczy ciał, nikt nie mógł się spodziewać, że oto ma do czynienia z klasykiem kina. Film wyświetlano jako „double feature” z brytyjskim The Atomic Man, co już samo w sobie świadczyło, że nie miał być to w oczach studia przebój, czy też film w jakikolwiek sposób zapamiętany. Nie chodzi mi tutaj o to, że The Atomic Man jest złym filmem, ale nie posiadał on żadnych wyznaczników, że studio uważało, że może on zarobić dużo pieniędzy, czy nawet być zauważony. Horrory produkowano regularnie, zarabiały one swoje pieniądze, ale z punktu widzenia studiów się one nie liczyły (nie zbierały nagród i poza nielicznymi wyjątkami nie dawały odpowiednio dużego sukcesu kasowego), a krytycy patrzyli na nie z pewnym politowaniem i dystansem. Rzadko kiedy zatrudniano uznanych aktorów, czy wybierano docenianych reżyserów. Stąd też Inwazja, jeżeli już doczekała się recenzji, to raczej pokazywały one jej miejsce w szeregu z innymi podrzędnymi produkcjami, ledwie wyszczubiającymi nos ponad tak zwane poverty row (ultraniskobudżetowe filmy).

Orginalny plakat filmu zwraca uwagę pomysłową kompozycją
Orginalny plakat filmu zwraca uwagę pomysłową kompozycją

Zarobione w kinowych kasach 1,200000$ wobec budżetu rzędu ponad 400000$ było przyjemną sumą, ale jak zauważa Barry Keith Grant w swojej (niestety raczej średniej) książce o Inwazji, prawdziwym punktem przełomowym w popularności filmu było pokazanie go w telewizji w 1959. Jak jednak doszło do tego, że na kinowe ekrany zawitała adaptacja powieści Finney’a? Co więcej, że jej producentem nie był jakiś podrzędny producent a sam wielki Walter Wanger wielokrotnie nagradzana i uznana szycha Hollywoodu? Co prawda wtedy miał już za sobą lata świetności, ale nie można odmówić jego nazwisku pewnego znaczenia w ówczesnym przemyśle filmowym.

Tutaj unaocznia się siła periodyku, o czym wspominałem w poprzedniej części. Wanger czytał Collier’sa i tak trafił na książkę Finney’a, która na tyle go zainteresowała, że postanowił ją zekranizować. Na reżysera wybrał Dona Siegela, z którym już wcześniej pracował. Wybór był o tyle wygodny, że Siegel, choć już zdecydowanie nie anonimowy reżyser, to jednak nie była to jeszcze ówczesna pierwsza liga. Jego kariera nabrała rozpędu dopiero w latach 60-tych i została ukoronowana Brudnym Harrym z 1971 roku. W latach 50-tych Siegel kręcił dużo, był doceniany, ale nie wiele jego produkcji zostało zapamiętanych. Wyjątkiem okazał się właśnie Inwazja.

Trzeba też od razu powiedzieć, że w latach 50-tych fantastyka połączona z horrorem w jakimś sensie przeżywała renesans po latach wygnania do świata Eda Wooda. Film Siegela nie był pojedynczym przypadkiem, kilka lat przed nim na ekrany kin trafiło The Thing from Another World, czy też Dzień, w którym stanęła Ziemia. Obydwa zarobiły zdecydowanie więcej niż Inwazja, ale w gruncie rzeczy to właśnie ten film został najlepiej zapamiętany. The Thing w świadomości kinomanów zastąpił remake (druga adaptacja noweli Johna W. Campbella?) przygotowany przez Johna Carpentera. Inwazja pomimo że na podstawie powieści Finney’a powstały kolejne filmy pozostała produkcją uznaną i docenioną.

Pomysłową kompozycją, czyli czymś, czego zabrakło twórcom okładek DVD/VHS
Pomysłową kompozycją, czyli czymś, czego zabrakło twórcom okładek DVD/VHS

Kręcenie filmu nie obyło się bez problemów. Początkowo Wanger i Siegel zgadzali się co do fabuły i podejścia do opowieści. Stąd też razem zdecydowali, że będą unikać efektów specjalnych. Film miał być możliwie naturalistyczny, w tym znaczeniu, że nigdzie na ekranie nie miało być spektakularnych popisów wizualnych. Zamiast tego opowieść miała i była prowadzona w duchu filmu kryminalnego. Pomagało temu okrojenie fabuły książki i usunięcie wielu elementów kierujących opowieść ku fantastyce. Pozostało zamiast tego napięcie i podejrzliwość odnośnie do dziwnego zachowania ludzi.

Z czasem jednak doszło do pewnych sporów. W scenariuszu, według Siegela było dużo scen humorystycznych mających wyrównywać napięcie i dawać widzom wytchnienie. Producenci jednak uznali, że to im nie pasuje i nakazali wszystkie te wątki usunąć. Do tego w pewnym momencie uznali oni także, że zakończenie zaproponowane przez Siegela nie spełnia ich oczekiwań. Książka Finney’a ma happy end, w scenariuszu jednak go nie było. Zamiast tego główny bohater męski przegrywał na całej linii. Wanger i studio wymusili w związku z tym nakręcenie wstępu i zakończenia oraz dogranie narracji. Ta ostatnia pomagała wprowadzić do opowieści, natomiast dodane sceny wyraźnie odcinają się od właściwego filmu. Widać wyraźnie, że nakręcono je jakiś czas po skończeniu właściwej pracy. Jednak pomimo tego dodatku, zresztą niezgodnego z książką – wymyślone przez studio zakończenie nie ma z nią nic wspólnego – film zyskał sobie popularność i uznanie nie tylko wśród widzów (kiedy go odkryli w większej grupie), ale także po wielu latach wśród krytyków, tudzież i filmoznawców.

W dużej mierze wydaje się, że za popularnością w pewnych kręgach odpowiadały wspomniane w poprzednim tekście kwestie polityczne. Wielu autorów, wydaje się, kompletnie nie zdawało sobie sprawy z tego, że chodzi tutaj o ekranizację książki. Nie ma też tutaj mowy o tym, że film zmienia jej przesłanie, czy też główne wątki. Zmiany, poza zakończeniem, ograniczają się w dużej mierze do drobiazgów, zniknęły także niektóre sceny, które już w powieści wydawały się nie tylko zbędne, ale wręcz głupie. U Finney’a bohaterowie w pewnym momencie uciekają z miasta, aby potem do niego wrócić nie mając przekonujących powodów ku temu. Wszystko dlatego, że tak pisarz potrzebował dla fabuły.

Skąd w takim razie popularność filmu, skoro, jak wspominałem w recenzji książki, nie jest to nic przełomowego. Wydaje się, że stoi za tym decyzja z początku produkcji. W The Thing na ekranie mamy monstrum zrobione zgodnie z ówczesnymi możliwościami technologicznymi, a także z wizją tego, co wtedy uznawano za możliwe do pokazania bez skandalu obyczajowego. Wygląda ono źle i mało przekonująco, jeżeli już zapada w pamięci, to jako obiekt śmieszny. Inwazja nie ma takich momentów, czy scen. Sytuacje, gdy pojawiają się efekty specjalne, są nieliczne, a co więcej, zawsze wtedy są one zrobione w sposób mało inwazyjny. Chodzi o dziwny płyn wypływający z „nasion” obcych i podobne proste, ale efektywno-efektowne tricki.

Tak zwane lobby card, czyli rzecz, o której pamiętają pewnie starsi czytelnicy: zdjęcia do galerii w kinie mające zachęcić do kupienia biletów. Co ciekawe, zrobiono je w pełnym kolorze, choć film jest czarno-biały.
Tak zwane lobby card, czyli rzecz, o której pamiętają pewnie starsi czytelnicy: zdjęcia do galerii w kinie mające zachęcić do kupienia biletów. Co ciekawe, zrobiono je w pełnym kolorze, choć film jest czarno-biały.

Poczucie zagrożenia stają się tutaj głównym wyróżnikiem, czymś, co powoduje u widza strach. Niepewność i paranoja potęgowana przez czarno-białą taśmę filmową, na której twarze stają się wyraźniejsze, jest czymś, co dalej może odczuwać widz. Trzeba też docenić aktorów, którzy wpisują się umiejętnie w wyznaczone im role. Postaci są tutaj sztampowe, ale w tym wypadku jest to zaletą. Nie trzeba ich przedstawiać, a ich wzajemne interakcje wpisują się w to, czego oczekuje widz. Stają się przez to w jakimś sensie bardziej realistyczni.

Szybko też pojawiły się różne produkcje próbujące zdyskontować pomysły Finney’a i Siegela. Żadna jednak nie odniosła porównywalnego sukcesu. O tym, w jakim stopniu Inwazja odcisnęła piętno na kinie, przewrotnie świadczy zapewne żartobliwa w zamyśle, ale wyjątkowo głupia uwaga z America’s Film Legacy Daniela Eagana (s. 513), że fabuła połowa odcinków ze Strefy Mroku Roda Serlinga jest nieomalże kalką filmu Siegela. Każdy, kto widział, choć kilka odcinków tego klasycznego serialu wie, że jest to zarzut nie tylko nieuprawniony, ale wręcz idiotyczny. Film Siegela nie potrzebuje porównywań do innego arcydzieła szeroko rozumianej kinematografii, w przeciwieństwie do wielu uznanych produkcji jest on w stanie stać o własnych siłach i dalej szerzyć paranoje, bo coś jest nie tak z każdym dookoła ciebie.

To (już) nie moje ciało (Body Snatchers)

Losy niektórych książek są przedziwne. Oto w 1954 roku na łamach uznanego Colliers Magazine ukazała się w odcinkach niepozorna książka Jacka Finney’a. Colliers był magazynem niestroniącym od niskich gatunków popkultury, ale pomimo spadającej od końca Wojny światowej numer 2 sprzedaży, należy go uznać za jeden z bardziej renomowanych periodyków. Pismo masowe o dużym zasięgu oraz dobrze opłacające swoich autorów. To właśnie tam karierę zaczął Fu Manchu, ale także wielu dziennikarzy śledczych i felietonistów. Stąd publikacja tam wiązała się z pewnym uznaniem, na pewno większym niż w dowolnym piśmie gatunkowym tamtych czasów.

Okładka zapowiada wysokojakościową literaturę.
Okładka zapowiada wysokojakościową literaturę.

Finney miał już pewne doświadczenie, pisał opowiadania, ale powieść, o której tutaj piszę była jego dopiero drugą w dorobku. Tytuł oryginalny to: Body Snatchers, czyli tłumacząc na nasze Porywacze ciał. Twórczość Finney’a trudno jednoznacznie zaklasyfikować, był on w gruncie rzeczy pisarzem trochę w duchu Michaela Crichtona: niby gatunkowy, ale bliżej było mu do głównego nurtu. Stąd pomimo opublikowania kilku powieści z pogranicza fantastyki naukowej i horroru nie został on przypisany do konkretnego typu opowieści.

Zemsta cebulki
Zemsta cebulki

Sama książka wyraża ducha epoki. Lata 50-te XX wieku w Stanach Zjednoczonych były czasem wielkich obaw odnośnie do komunizmu. Ten strach, z czasem wyśmiewany/atakowany jako „red scare” (numer 2) wyraźnie odcisnął piętno na popkulturze. Na tyle duże, że dla wielu krytyków nastawionych bardziej lewicowo powieści i filmy z tego okresu trzeba było odpowiednio reinterpretować. Wynika to w dużej mierze z niezdolności do przyznania, że tekst kultury wyrażający ideologie niezgodną z poglądami krytyka, może być dobry, wartościowy, czy przynajmniej nieodpychający.

W przypadku powieści Finney’a problem rozumienia tekstu jest dodatkowo wzmacniany przez fakt, iż doczekała się ona ekranizacji. Film Dona Siegela Inwazja porywaczy ciał (Invasion of Body Snatchers) jest obecnie o wiele bardziej znany niż materiał wyjściowy. Większość osób o nim piszących najpewniej nigdy nie miała w ręku powieści, a nie zdziwiłbym się, gdyby wielu nawet nie wiedziało, że mamy tutaj do czynienia z adaptacją książki.

Opowieść Finney’a jest dosyć prosta, oto w małym miasteczku miejscowy lekarz (rozwodnik) spotyka swoją miłość z czasów szkolnych (rozwódkę). Nie jest to jednak historia o miłości, zamiast tego autor skupia się na opisywaniu czegoś, co początkowo wygląda na paranoje grupy osób. Oto część mieszkańców zaczyna podejrzewać, że członkowie ich rodzin nie są tymi, za kogo się podają. Owa paranoiczna wizja stopniowo się rozprzestrzenia i coraz więcej osób zgłasza się z tymi problemami. O ile początkowo wszystko można zrzucić na karb masowej histerii, to kilka rzeczy sprawia, że poważniej trzeba podejść do obaw poszczególnych ludzi. Miasteczko stopniowo się zmienia. Upada handel, gastronomia i wszelkie przybytki rozrywki.

Wszystko nabiera tempa w momencie, gdy bohaterowie zostają zaproszeni do domu pewnego małżeństwa, z którymi są zaprzyjaźnieni. Zaproszenie to raczej eufemistyczne określenie sytuacji, gdy są oni prawie siłą zaciągani zobaczyć coś niezwykłego. Okazuje się, że owo małżeństwo znalazło tajemnicze nagie ciało bez znaków szczególnych. Z czasem okazuje się, po wielu przygodach i perypetiach, że miasteczko jest rzeczywiście atakowane, a paranoiczni mieszkańcy mieli rację. W okolicy spadły bowiem zarodniki obcego gatunku. Są to rośliny, które w trakcie snu człowieka (i nie tylko człowieka – także zwierząt, a nawet przedmiotów martwych) kopiują ów obiekt. Przejmują wszystkie jego cechy i wręcz się nim stają. Różnią się jednak od normalnych istot tym, że są pozbawione emocji, jak też i pragnień. Mają też i inne wady, ale o nich można poczytać w książce.

Mamy tutaj opowieść o tajemniczych roślinach, które jako pasożyty przejmują władzę nad planetą. Opowieść szybko zyskała popularność, ale nie można nie zgodzić się z recenzentami pism branżowych, że jest to bardzo słaba fantastyka naukowa. Założenia fabularne nie tylko pełne są absurdalnych pomysłów, co wręcz wyraźnego nieprzemyślenia opowieści. Bohaterowie zachowują się nawet nie nierozsądnie, co zwyczajnie bezgranicznie głupio. Całości dopełnia wymuszony happy end, który wzbudzić może w najlepszym wypadku śmiech.

Nie znaczy to, że powieść Finney’a nie ma zalet. Na pewno można mu przyznać, że umiał napisać książkę sensacyjną, w której strony przewracają się szybko i żwawo. Jest także wyraźnie obecne umiejętnie budowanie opisu de facto komunistycznego świata (jaki sobie ówcześnie wyobrażali Amerykanie). Nie ma tutaj miejsca na żadne wątpliwości, obcy najeźdźcy to kwintesencja komunistycznego społeczeństwa, pozbawionego indywidualizmu, uczuć, czy kolorów. Warto pamiętać, że te trzy cechy były szczególnie wręcz silnie obecne w świadomości, jako wyznaczniki systemu politycznego z ZSRR.

Nowa Huta?
Nowa Huta?

Czy Finney nawiązywał do polityki świadomie, nie jest tutaj ważne. Powieść wpisuje się w pewien konkretny nurt i co ważne, nie jest nawet najlepszym jego reprezentantem. Parę lat przed Finney’em Robert A. Heinlein napisał powieść dokładnie w tym gatunku, ale o kilka rzędów wielkości lepszą i bardziej przemyślaną. Władcy marionetek najpierw ukazały się w 1951 roku na łamach Galaxy w zmienionej (wbrew autorowi) formie i w tym samym roku w wersji książkowej. Obie edycje były ocenzurowane ze względu na kwestie obyczajowe (wycięto około 1/3 oryginalnego maszynopisu). Pomimo tego, to co zostało, doskonale oddaje ducha i charakter twórczości Heinleina.

Czyli, co by było, gdyby Szarlota Paweł rysowała horrrory
Czyli, co by było, gdyby Szarlota Paweł rysowała horrrory

Powieść jest szybka w lekturze dzięki dynamicznej narracji, silnym postaciom (wpisującym się w pewne typowe dla Heinleina stereotypy bohaterów) oraz pomysłowo skonstruowanych przeciwników. Oto w 2007 roku w małym miasteczku zaczyna się coś dziwnego dziać. Szef tajemniczej służby rządowej (zwany „Starym człowiekiem”) wyrusza sprawdzić sytuacje i bierze ze sobą dwoje agentów: Sama i Mary. Okazuje się, że sprawcami problemów są istoty przypominające ślimaki, które funkcjonują niczym pasożyty. Przejmują one kontrolę nad ludźmi i stopniowo planują przejąć władzę nad Ziemią. Mają one starannie przemyślany plan, ale kilka rzeczy jest dla nich początkowo niezrozumiałe. Jedną z nich jest seks i erotyka.

Spełnienie marzeń sennych Mignoli.
Spełnienie marzeń sennych Mignoli.

Przewaga Heinleina wynika w dużej mierze z tego, że jego powieść jest znacznie bardziej konsekwentna. Autor unikał prostych rozwiązań i choć celem od samego początku było napisanie powieści sensacyjnej, którą mu zlecono. Wydawcy chodziło o rozwinięcie pomysłu, że latające spodki, to statki kosmitów, dzięki czemu dostał powieść o najeźdźcach, którzy mają plan podboju Ziemi.

Ke?
Ke?

Pomimo przewagi powieści Heinleina, to tekst Finney’a nie tyle odbił się szerokim echem, co samym swoim tytułem na stałe wszedł do świadomości odbiorców. Możliwe, że gdyby Władcy marionetek doczekali się w latach 50-tych XX wieku ekranizacji, to właśnie o tej powieści mówiłoby się jako o punkcie odniesienia do kolejnych historii. Tak się jednak nie stało i w popularnej świadomości, to Inwazja porywaczy ciał, jest tą historią o infiltracji naszej planety.

O tym, dlaczego tak się stało, będzie w następnej części.

Okładki Heinleina zwyczajowo za muzealnym archiwum.

The Puppet Masters według Galaxy (czytałem wersje książkową ocenzurowaną, więc nie jestem w stanie ocenić “jakości” zmian wprowadzonych przez redakcję pisma), część 1, 2 i 3.