Inwazja z powtórki (Inwazja porywaczy ciał 1978)

Biegną, biegną, biegną po raz drugi
Biegną, biegną, biegną po raz drugi

W 1978 roku Inwazja ponownie zaatakowała. W 22 lata po premierze pierwszej ekranizacji powieści Finney’a widzowie mogli ponownie obejrzeć na ekranach atak obcych na Ziemię. Za reżyserię odpowiadał tym razem Philip Kaufman, a scenariusz napisał WD Richter, który później reżyserował wspaniałego Buckaroo Banzai. O ile w 1978 roku obydwa nazwiska nie wiele znaczyły, tak wkrótce Kaufman miał stać się jednym z bardziej renomowanych twórców kina, a to dzięki takim filmom jak The Right Stuff, czy scenariuszowi Poszukiwaczy zaginionej Arki. Zaznaczyć należy jednak od razu, że nie był też człowiekiem znikąd. Jeszcze przed Invasion nakręcił on kilka docenionych filmów, a także napisał scenariusz do głośnego westernu Clinta Eastwooda The Outlaw Josey Wales.

Nie jest jednak tutaj moim celem pisać o twórcach, a o samym filmie. Inwazja z 1978 roku jest jednym z pierwszych remake’ów, który przywodzi na myśl to, jak obecnie powstają tego typu produkcje. O ile do tego czasu twórcy kręcąc nowe wersje starych dzieł, próbowali dostarczać widzom filmy, które były samodzielne. Chodzi mi tutaj o taką sytuacje, że nie znajdziemy w nich wyraźnych odniesień do faktu, że mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem. Teraz sytuacja ma się trochę inaczej. Można czasem mieć wrażenie, że obecnie owo podkreślenie, że nie jest to oryginalna fabuła, jest dla twórców najważniejsze. Stąd kinowa Drużyna A miała scenę z serialowymi aktorami przekazującymi niejako pałeczkę następnemu pokoleniu (z bliżej niezrozumiałych powodów umieszczona po napisach). Wynika to w dużej mierze ze zmiany charakteru remake’ów, które obecnie nie tyle mają korzystać z gotowej historii, a w większym stopniu z już ugruntowanej bazy odbiorców. Docelowo remake staje się taką niby kontynuacją, gdzie widz dostaje trochę tego samego, a trochę czegoś nowego. Zarazem często mamy wprowadzane daleko idące zmiany poddające w jakimś stopniu w wątpliwość celowość sprzedawania produktu jako remake’u zamiast wprost mówieniu o nowym filmie. Stąd też wydaje się słusznym odbierać je jako żerowanie na popularności poprzedników.

Kaufman kręcąc swoją wersję Inwazji, postąpił w dobrze nam znany obecnie sposób. Od razu jednak zaznaczmy, że w jego przypadku mamy raczej do czynienia z oddawaniem hołdu oryginałowi. Nie jest to bezsensowne podszywanie się, a raczej próba reinterpretacji materiału. Popularne ostatnio „re-imagining”, ale w tym przypadku ma to rzeczywiście miejsce. Z jednej strony mamy w jego produkcji historię znaną już z pierwszego filmu, z drugiej jednak wprowadził dużo zmian, które w dużym stopniu przesuwają akcenty opowieści. Najbardziej rzucającą się było przeniesienie, wbrew filmowemu oryginałowi (jak też i książce) akcji z małego miasteczka wprost do kolorowego San Francisco. Zmienił się także zawód głównego bohatera, który z lekarza stał się inspektorem sanitarnym pilnującym między innymi warunków, jakie panują w tamtejszych restauracjach. Elizabeth z dawnej przyjaciółki i rozwódki zmieniła się w koleżankę z pracy mającą chłopaka dentystę. Tego typu, czasem większych, a czasem mniejszych zmian jest więcej. Co ciekawe, niektóre robią wrażenie prób nawiązania do powieści (tutaj mam na myśli jedną ze spektakularnych scen akcji pod koniec filmu, która przywodzi na myśl finał książki Finney’a).

Dalej biegną!
Dalej biegną!

Nie tylko owe zmiany z zachowaniem tylko pewnych głównych elementów scenariusza sprawiają wrażenie „nowoczesności” remake’u. Kolejną jest obecność w filmie Kevina McCarthy’ego, który z głównego bohatera oryginału przeistacza się w epizodyczną postać zapowiadającą zagładę. U widza znającego film Siegela w oczywisty sposób wzbudza to uśmiech na twarzy. Nie tylko jednak McCarthy trafił na ekran, podobnież reżyser pierwszej wersji, sam Don Siegel, pojawił się na ekranie w epizodycznej roli taksówkarza.

W ten sposób film Kaufmana poza opowiadaniem swojej własnej historii dostarczył odbiorcy, a w szczególności świadomemu kinomanowi dodatkowe pole rozrywki. Możliwe, że między innymi dzięki temu podejściu, jak się wydaje w pełni nowatorskiemu wtedy, produkcja ta uznawana jest za jeden z najlepszych remake’ów w historii kina. Nie do końca zgadzam się z tym zdaniem, gdyż uważam, że w dużej mierze oryginał w o wiele lepszy sposób się zestarzał niż film Kaufamana.

Inwazja lat 70-tych, to film bardzo mocno osadzony w tamtej dekadzie, także jeżeli chodzi o dobór odtwórców głównych ról. Stąd w obsadzie mamy odgrywających główne postaci Donalda Sutherlanda i partnerującego mu młodzieńczego Jeffa Goldbluma. Nie są to typowi przystojniacy, zamiast tego mamy do czynienia z aktorami charakterystycznymi. W filmie grają także Leonard Nimoy, dla którego była to próba zerwania z dotychczasowymi rolami, oraz Brooke Adams.

Efekty specjalne w filmie są w pewnym stopniu odejściem od podejścia zastosowanego w oryginalnym filmie. W produkcji reżyserowanej przez Siegela ograniczono je możliwie maksymalnie. Stad nawet i dzisiaj nie rzuca się w oczy ich niedomagania, czy naiwność, która jest widoczna w innych spektakularnych produkcjach z tego okresu. Kaufman natomiast poszedł w kierunku pewnej przesady, czy też dosłowności w tej sprawie. W latach 70-tych niewątpliwie robiły one wrażenie, jednak dzisiaj w jakimś stopniu należy je uznać za średnie. Stad przynajmniej jedna scena, która miała robić wrażenie na widzu, traci owa moc.

Dobiegli!
Dobiegli!

Czy to oznacza, że film Kaufmana jest zły? Nie. Trzeba jednak dodać od razu, że obrazuje on przemiany w kinie. To w gruncie rzeczy jest kino „nowej przygody” w tym znaczeniu, w którym zaliczamy do niego Gwiezdne wojny, czy Indianę Jonesa. To jest retro-rozrywka, zrobiona przez ludzi zakochanych w produkcjach młodości i dzieciństwa. George Lucas chciał zrobić własną wersję Flasha Gordona, ale nie udało mu się uzyskać praw, dlatego też stworzył własnego bohatera i jego fascynujący świat. Kaufman natomiast miał okazję zrobić to, co Lucasowi nie było dane i nakręcił remake filmu ze swojej młodości. Powstał w ten sposób film m w jakimś stopniu nowego typu, wart niewątpliwie uwagi, ale taki, który nie odcisnął takiego piętna na kinie, jak produkcja Lucasa. Był on jednak mimo wszystko lepiej oceniony i jest zdecydowanie lepiej pamiętany niż kolejne adaptacje powieści Finney’a/wariacje na punkcie filmu Siegela, o których to będzie w następnym odcinku.

2 comments

  1. Rob says:

    pamiętam ten film z l80 i zrobił wtedy na mnie duże wrażenie zwłaszcza końcówka 🙂 nawiasem pamiętam jeszcze jeden film z tego samego okresu choć tytuł mi wypadł z głowy tam ktoś podmieniał ludzi na roboty bohater przypadkowo jak to w filmie to odkrył 🙂 ps.dobrze że blog odżył bo już myślałem że dołączył do krainy zapomnianych blogów 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *