Na progu czai się Barsoom (Coś na progu #8: Władca umysłów z Marsa

Czasopismo „Coś na progu” wydawane przez wydawnictwo Dobre Historie można spokojnie uznać za sukces na naszym skromnym rynku pism o fantastyce. Znalazło ono sobie nisze w postaci publikowania opowiadań z gatunku weird fiction i nie mając tutaj konkurencji zapewniło sobie tak sprzedaż, jak i wielu fanów. Dodajmy do tego, że mały format pisma i marnej jakości papier gwarantują niską cenę za relatywnie dużą liczbę stron. Także zebranie sporego grona współpracowników sprawiło, że periodyk ten może raczej być spokojny o swoją przyszłość. O ile normalnie dominują w nim krótsze historie, tak ostatni, czyli 8, numer pisma wyróżnia się na tym tle.

 
 
 
 
 

 

Niebieska bestia nad nagą kobietą. Na tej powieści wychowało się niezliczone grono młodych chłopców i dziewcząt. Własciwie tylko okładka jest 18+, bo sama powieść nie ma niczego skandalicznego, czy szokujacego.
Niebieska bestia nad nagą kobietą. Na tej powieści wychowało się niezliczone grono młodych chłopców i dziewcząt. Własciwie tylko okładka jest 18+, bo sama powieść nie ma niczego skandalicznego, czy szokujacego.

Głównym materiałem w nim zamieszczonym jest pierwsze polskie tłumaczenie Master Mind of Mars, czyli Władcy umysłów z Marsa. Powieść Burroughsa już tutaj omawiałem, ale skoro ukazał się jej przekład, to wypada go omówić. Poza powieścią w numerze można znaleźć archiwalny wywiad z Burroughsem i parę krótkich artykułów, oraz komiks osadzony w światach wymyślonych przez tego autora.

Zacznijmy może od omówienia artykułów. Pierwszy to Kowboj na Marsie. Jego autor, Radosław Pisula bardzo pobieżnie omówił cały cykl powieści wskazując główne wątki, jakie się w nim pojawiają. Jest to tekst poprawny, choć pozostawia z jednej strony pewien niedosyt, z drugiej z pewnymi sformułowaniami nie tyle można, co należałoby się kłócić. Zacznijmy od tego, że geneza cyklu nie tyle jest przedstawiona skrótowo, co wręcz wyrywkowo. Wypada stwierdzić, że Richard A. Lupoff – odkrywca związków pomiędzy Księżniczką Marsa – używał mocniejszych słów niż inspiracja powieścią Edwina Lestera Arnolda Lieut. Gulivar Jones. Owe podobieństwa są właśnie powodem, dla którego nowe wydania są pod tytułem Gulivar of Mars i z Lupoff miał wpływ na to, że taki właśnie został wybrany, aby zwrócić uwagę czytelników (patrz tu).

Jak wspomina się o tym, że Burroughs był nowoczesny, a nawet używa wobec niego określenia „postmodernista” (mam coraz większe wątpliwości, czy ktokolwiek jeszcze wie, co to właściwie znaczy? wszystko, wszyscy są postmodernistami, a niedługo pewnie dowiemy się i Sienkiewicz jest postmodernistą – bo Homer, to rzecz oczywista!), to wypadałoby też dodać, że większość powieści tego autora ma miejsce w jednym wspólnym uniwersum. To jest chyba jednak ważniejsze i warte podkreślenia.

Nie do końca też zgadzam się z wyliczanką odnośnie tego, kto ile razy opowiada historie Burroughsowi. Mam wrażenie, że Pisula nie policzył Chessmen of Mars, gdzie źródłem informacji jest Carter. Wydaje się także, że przesadza on pisząc o tym, że w powieściach Burroughsa mamy do czynienia z bohaterem zbierającym drużynę. Pisząc o języku szkoda, że nie wspomniał, iż na końcu jednego z tomów (Thuvia, Maid of Mars) można znaleźć słowniczek poszczególnych słów i terminów mowy marsjańskiej.

Kar Komak, pojawiający się na kartach wspomnianej Thuvi raczej nie jest „uaktualnieniem postaci Frankensteina” i to nie tylko, dlatego, że nie jest naukowcem tworzącym potwora, ale także, dlatego, że i samego potwora nie bardzo przypomina. Zresztą, kiedy Pistula opisuje technologie niejako wymyślone przez Burroughsa parę rzeczy musi dziwić. Wspomina on o na przykład telewizorach, lecz te pojawiły się tylko w John Carter of Mars, odnośnie którego autorstwa zdania są podzielone. Co więcej, ta historia została opublikowana już w latach 40-tych, czyli, kiedy telewizja już była obecna. Także i można odnieść wrażenie, że trochę na siłę umieścił wśród nich broń radową, która w naszym świecie nie istnieje (nie wspominając o tym, że radium pochodzi od Burroughsa, a nie od samego Cartera).

Następny tekst, czyli wywiad Glenna B. Gravatta z Burroughsem opublikowany oryginalnie w „The Wirter’s Monthly” jest całkiem ciekawym materiałem opisującym poglądy Burroughsa na temat pisania i tego, jak się sprawy mają. Następnie Wojciech Sawłowicz postanowił napisać w imieniu Burroughsa wezwanie do czytelników i zarazem dać rys biograficzny autora. Niestety Sawłowicz nie zawsze dobrze odrobił pracę domową i tak Burroughs nie cierpiał na nadmiar wolnego czasu, kiedy pracował w firmie zajmującej się ołówkami i dlatego zaczął czytać czasopisma z powieściami groszowymi. Firma kupowała w nich reklamy i Burroughs miał sprawdzać, czy się one ukazywały i przy okazji je czytał. Różnica niby nie wielka, ale zwracająca uwagę. Dodajmy, że ERB Inc. nie powstało jako reakcja na odmowy publikacji utworów, a było związane z innymi kwestiami. Zdanie następne, że „w międzyczasie rozwiodłem się z Emmą, a rok później zawarłem małżeństwo z byłą aktorką…” wprowadza czytelników w błąd, gdyż ERB Inc. powstało w 1923, a ślub z Florence miał miejsce w 1935.

Ostatnim tekstem jest artykuł Pawła Iwanina, Barsoom. Film, który miał nigdy nie powstać, jest bardzo ogólnym rysem o różnych próbach przeniesienia przygód Johna Cartera na duży ekran. Tutaj też wielu rzeczy brakuje (nie ma ani słowa o staraniach przygotowania ekranizacji Księżniczki podjętych w latach 80-tych, ani o kilku mniejszych próbach – o nich tutaj). Wydaje się także, że Iwanin nie do końca orientuje się w powieściach Burroughsa, gdyż wspomina, że autor scenariusz do filmu Disney’a „Nie zaadaptował on w całości scenariusza Burroughsa z 1912 roku – Księżniczki Marsa, lecz połączył go z wydaną w 1964 roku, czyli po śmierci autora, książką John Carter of Mars”. Po kolei: autorzy scenariusza (Mark Andrews, Michael Chabon i Andrew Stanton) nie wzieli niczego poza tytułem z John Carter of Mars. Po drugie, autorzy scenariusza rzeczywiście wykorzystali wiele pomysłów z innych utworów z cyklu, ale akurat nie z tej ostatniej – z wielu powodów problematycznej – książki. Zaskakujące jest też, że pisząc o porażce kasowej Johna Cartera, nigdzie nie wspomina o koszmarnie złej kampanii reklamowej Disney’a, która jest uważana za w dużej mierze odpowiedzialną za marny wynika w box office.

To ma być ziemska małpa i dwóch Zielonych Ludzi Marsa. Małpa jest, ale Ludzie już średnio.
To ma być ziemska małpa i dwóch Zielonych Ludzi Marsa. Małpa jest, ale Ludzie już średnio.

Zeszyt kończy komiks Daniela Grzeszkiewicza, który nie bardzo chyba miał pojęcie, jak wygląda Mars Burroughsa. Zieloni Ludzie Marsa, co prawda mają cztery ręce, ale nie mają rogów. Także i uszy są nie tam, gdzie być powinny, czy też, o zgrozo są oni ubrani. Zieloni, podobnie jak i Czerwoni Marsjanie dumnie chodzą nago. Nie jestem też pewien, czym miał być ten potworek ze strony 107. Statki są średnio zgodne z tym, co możemy znaleźć w opisach w powieściach, a i warto dodać, że Tarzan z komiksu jest Tarzanem filmowym – mało rozgarniętym – a nie szlachetnym bohaterem Burroughsa. Same rysunki są ładne i można powiedzieć, że Grzeszkiewicz ma talent, a i sam pomysł na komiks jest całkiem niezły. Zresztą Grzeszkiewicz jest także autorem okładki do „Cosia”. Jest ona ładna i klimatyczna, ale nijak nie wiem, czym ma być to coś niebieskiego. Może to jest hołd oddany Zygmuntowi Jurkowskiemu, autorowi okładki do jednego z przedwojennych wydań Księżniczki? Niestety śmiem wątpić.

Córka Marsa
Jak mówiłem, Okładka “Cosia” coś mi przypomina.

Samo tłumaczenie powieści jest poprawne. Choć na samym początku pojawia się jeden z niestety zaskakująco częstych błędów. Tłumacze przekładają angielskie novel na „nowelę”. Śpieszę poinformować, że novel oznacza powieść, natomiast po angielsku nowela, to novella. Błąd jest powtórzony kilkukrotnie, więc o przypadkowej pomyłce nie może być mowy. Nie bardzo też wiem, do czego odnosi się hasło „Szara eminencja z Marsa” znajdujące się przy Master Mind of Mars w małej ramce wymieniającej wszystkie wydane powieści z cyklu. Za raczej niefortunne należy uznać tłumaczenie Tur is Tur, na Tur jest Turem. W haśle tym chodzi o to, że jest ono wymawiane identycznie nieważne, który „Tur” jest pierwszy, stąd chyba lepszym byłoby: Tur to Tur.

Pomijając jednak owe drobne błędy i potknięcia tłumaczenie czyta się sprawnie. Nie oddaje ono niestety języka Burroughsa, ale nie wiem na ile można to osiągnąć w języku polskim. Burroughs pisał bardzo wysokim, dobrym angielskim. To nie był język typowej pulpy, a język dobrze wyedukowanego człowieka. O ile w oryginale jest to widoczne od razu, tak w tłumaczeniu ginie, acz jak wspomniałem, nie wiem, czy dałoby się to dobrze przekazać. Co ciekawe, z tego co widzę w piśmie, to nigdzie nie ma informacji o tym, kto jest autorem tłumaczenia. W wymianie listów, jaką miałem z redakcją pisma przed premierą tego numeru dowiedziałem się jednak, że odpowiadają za nie Radosław Pisula i Maciej Kluba.

Z tego, co wiem, to jeżeli Master Mind of Mars – czy też już raczej powinienem pisać Władca umysłów z Marsa – się sprzeda, to wydawnictwo będzie kontynuować przygodę z Burroughsem. Byłoby dobrze i pomimo tego, że recenzja może się wydawać bardzo negatywna, to nie było to moim zamiarem. To jest efekt zderzenia się czytelnika mocno zafascynowanego Barsoom z publikacją skierowaną do laików. Rzeczy, które dla normalnego czytelnika nie są ważne, zwracają moją uwagę. Stąd też pomimo mojego czepialstwa polecam zakupić ostatniego „Cosia”. W końcu jest to Burroughs i to po polsku! Na dodatek całkiem tanio i w niezłej jakości. Nic tylko mieć nadzieje, że to dopiero poczatek, a nie jednostkowy przypadek.

 
 

8 comments

  1. Cyryl says:

    Mam nadzieję, że w ramach nowej serii wydawniczej uzupełnią braki i wydadzą po polsku przynajmniej Gods of Mars i The Warlord of Mars, tak by opowiedziec dalsze przygody Johna Cartera i jego ukochanej Dejah Thoris…Mogliby wydac także cykl o podziemnym świecie Pellucidar ( po polsku wyszedł bodaj tylko 2 tom), pzoostaje twórczośc H.R Haggarda i jego cykl o Alanie Quatermainie w Polsce mocono niekompletny, A. C. Doyla i ostatni tom o przygodach profesora Challengera (Tajemnicze krainy), na który poluję bezskuteczie od lat…. ach te marzenia?!

    • hihnttheadmin says:

      Jezeli Wladca umyslow sie sprzeda, to jest nadzieja, ze wydadza kolejne czesci. Jak sami deklaruja jest to pewien eksperyment. Zreszta zawsze mnie ciekawilo, czemu nikt nie pokusil sie nawet o wznowienie Ksiezniczki przy okazji premiery filmu? Regularnie na strone wchodza ludzie szukajacy czy ksiazek o Carterze.
      Co do wydawania innych rzeczy Burroughsa… mogliby wydac wszystko i miejmy nadzieje, ze tak sie stanie 🙂

  2. Squork says:

    Wlasnie skonczylem czytac Wladce Umyslow z Marsa i stwierdzam, ze mi wystarczy Burroughsa. Oprocz tego, ze bylem ciekawy sf sprzed 100 lat, to mi sie to prawie w ogole nie podobalo. Tania, naiwna historia, a im bardziej ku koncowi, tym bardziej pelna skrotow, uproszczen, a autor pedzil z narracja jak szalony. W kategoriach poznawczych i jako ciekawostka – jak najbardziej TAK, w kategoriach rozrywki – Niespecjalnie.

      • Squork says:

        Jak sie nie zgadza to trzeba napisac dlaczego. 🙂 Przeciez to co napisalem to prawda – narracja przyspiesza, przez co sie splyca – pobyt u Rasa Thaviasa (czy jak mu tam bylo) to pol ksiazki, potem podroz na 4 rozdzialy, Xaxe zalatwia w dwoch, powrot do Toolom w jednym a cale zakonczenie to w ogole ze 2 strony. A historia naprawde romantyczno-westernowa, tracaca myszka. Po wszystkich pozniejszych dzielach sf, fantasy itd. ciezko mi czasem bylo przez to przebrnac, choc oczywiscie zdaje sobie sprawe ze Burroughs byl jakims tam pionierem. Dlatego inaczej ja oceniam poprzez kontekst historyczny, a inaczej jako rozrywkowe czytadlo samo w sobie. Ciesze sie, ze to przeczytalem, natomiast nigdy wiecej za serie “marsowa” sie juz nie zabiore, bo mi szkoda czasu. Poczulem klimat i wystarczy.

        • hihnttheadmin says:

          A nie wystarczy po prostu recenzja ksiazki (http://historieprzyszlosci.hihnt.net/2013/02/15/zly-geniusz-na-marsie-czyli-troche-inna-przygoda-the-master-mind-of-mars/)? W kazdym razie, tak, wolalbym, aby byla ona znacznie dluzsza, ale w tamtych czasach bylo to niemozliwe. Co zas do historii, zgadzam sie, ze jest ona bardzo “klasyczna” i dlatego jest fajna. To tak jak z Gwiezdnymi wojnami (ANH), ktore oparte sa na tym samym schemacie. Historia prosta, ale nie na tym polega talent, aby pisac skomplikowane opowiesci, ale na tym, zeby proste byly wciagajace. Poza tym narracja jest doskonale poprowadzona i w wersji oryginalnej napisana swietnym jezykiem.

          • Squork says:

            Ha! Nie zauwazylem, ze odpisuje mi admin strony i Twoja recenzja rowna sie Twojej opinii 🙂
            Trafilem tutaj bo szukalem wlasnie recenzji Masterminda, gdyz chcialem poznac opinie innych czytelnikow. Ksiazke przeczytalem przy 3 posiedzeniach, ale bardziej na zasadzie “zeby juz miec z glowy”, bo jak pisalem nie bardzo mnie wciagnela. Zwlaszcza mniej wiecej od polowy, gdzie wszystko dzialo sie coraz szybciej i szybciej, co pisalem powyzej. Za to chetnie przeczytalbym pierwszego Tarzana.

          • hihnttheadmin says:

            Na malo uczeszczanej stronie, to najczesciej admin odpowiada 🙂
            Tarzana w wersji angielskiej bez problemu mozna sciagnac z archive.org, czy tez project gutenberg. Nie wiem, jaka jest sytuacja z polskimi tlumaczeniami. Teoretycznie nie obejmuje ich prawo autorskie, wiec powinny byc gdzies w sieci, tudziez bylo wiele wydan papierowych i w ktorejs bibliotece/allegro powinny sie czaic.

Leave a Reply

Your email address will not be published.