Barsoom na celuloidzie

 

Plakat filmu opublikowany w listopadzie 2011 roku dopiero zapowiadający właściwą kampanię reklamową

 

Dzisiaj Księżniczka Marsa jest głównie znana dzięki produkcji studia Disney’a w reżyserii Andrew Stantona. Nim jednak zajmiemy się recenzowaniem tego filmu, musimy znowu spojrzeć w przeszłość i przypomnieć o kilku ciekawych sprawach. Sukces rynkowy książek Burroughsa sprawił, że wcześnie zainteresowało się nimi Hollywood. Pierwsza ekranizacja Tarzana miała miejsce już w 1918 roku, czyli ledwie 6 lat po jego stworzeniu.
Stąd też nic dziwnego, że pojawiały się próby przeniesienia na ekran przygód Johna Cartera. Pierwszy raz miało to miejsce w 1931 roku, kiedy animator Bob Clampett uzyskawszy od Burroughsa zgodę rozpoczął pracę nad adaptacją książek. Jej efektem miał być pełnometrażowy film animowany. Byłby on pierwszym takowym wyprodukowanym w Stanach Zjednoczonych i wyprzedziłby na tym polu produkcję Disney’a (Królewne Śnieżkę…). Clampett był świadom trudności, jakie stanowiło realistyczne przeniesienie opowieści Burroughsa na ekran. W owym czasie w animacji starano się unikać realistycznego odwzorowania ludzi, gdyż było to trudne i nader kosztowne. Film natomiast musiałby być pełen realistycznie animowanych postaci i to różnych ras. W związku z tym, aby pokazać na ekranie Johna Cartera Clampett zdecydował się wykorzystać technikę rotoskopu. Polegała ona na obrysowaniu nagrania żywego człowieka, stąd też puryści mają o niej nie najlepsze zdanie.
Jeżeli Clampett chciał zrealizować swój zamiar, to poza technologią potrzebował odpowiedniej ilości pieniędzy. W tym celu przygotował kilka scen, które pokazał jako reklamę projektu. Materiał bardzo spodobał się producentom w MGM, ale negatywna reakcja przedstawicieli kin sprawiła, że produkcja została wstrzymana. Obawiali się oni, że taka niecodzienna historia nie przyniesie dla nich zysków. Co ciekawe wkrótce potem premierę miał serial o Flashu Gordonie, który odniósł ogromny sukces finansowy. Na nasze szczęście zachowały się przygotowane przez Clampetta materiały i wbrew średnio-marnemu tekstowi Roberta Ziębińskiego z Newsweeka Polska jest on dostepny szerokiej publiczności. Możemy dzięki nim zobaczyć, że mielibyśmy do czynienia z bardzo ciekawą produkcją. Przynajmniej, jeżeli chodzi o stronę techniczną.

W latach 50-tych wielki Ray Harryhausen wyrażał zainteresowanie ekranizacją przygód Cartera. Niestety nie mamy żadnego materialnego śladu jego ewentualnych prac nad tym projektem, a szkoda, gdyż był to jeden z największych wizjonerów kina. Wiele dekad później, czyli w latach 80-tych studio Disney’a spróbował ponownie. Tym razem za kamerą miał być John McTiernan, a rola Johna Cartera miała przypaść Tomowi Cruise, Dejah Thoris miała zaś grać Julia Roberts. Projekt jednak upadł ze względu na brak odpowiednich technicznych możliwości, aby stworzyć realistyczny świat Marsa. Przyczynił się do tego także ogromny planowany budżet (blisko 120 milionów ówczesnych dolarów) i brak zgody odnośnie scenariusza. Scenarzyści proponowali na przykład, aby Carter był chłopakiem z Brooklynu, a humor był reprezentowany przez wymawianie przez Tharków Virgini, jako Vaginy… Na szczęście ta inkarnacja prób przeniesienia książek Burroughsa skończyła się w 1993 roku, ale Disney się nie poddawał. Rok później ściągnięto George’a R. R. Matrina i Melindę Snodgrass scenarzystkę pracującą przy serialu Star Trek: Następne pokolenie. Tym razem także nie zdołano przygotować scenariusza, który zostałby przyjęty do dalszej produkcji i Disney zrezygnował z dalszych prac.
W końcu w latach 2000-nych ponownie podjęto się ekranizacji Cartera. Tym razem pracę dla Paramountu prowadził Robert Rodriguez, ale po różnych jego problemach ze związkiem zawodowym reżyserów musiał zrezygnować z pracy dla tej wytwórni. Carter trafił wtedy w ręce Kerry’ego Conrana. Ten reżyser znany ze Sky Captain and the World of Tomorrow zabrał się szybko do pracy, ale też nie dane mu było doprowadzić filmu do powstania. Jednakże efektem jego wysiłków jest ten krótki film, który był reklamą dla producentów mającą pokazać, czego należy się spodziewać po planowanej produkcji:

Po Conranie projekt przeszedł do Jona Favreou i chociaż początkowo prace szły dobrze, to nagle Paramount zdecydował się zrezygnować z pomysłu ekranizowania powieści Burroughsa. Favreou zajął się wtedy ekranizacją Iron Mana, a Andrew Stanton, gwiazda Pixara, przekonał szefów studia Disney’a aby ponownie kupili prawa do produkcji filmu. Po paru latach trafił on wreszcie do kin. W między czasie jednak zmienił się tytuł ekranizacji pierwszej książki z cyklu, zamiast Księżniczki Marsa najpierw był John Carter z Marsa, a potem już sam John Carter.
Dodajmy na koniec, że Disney został wyprzedzony przez studio filmowe Asylum, znane z filmów klasy Z. W ramach swojej głównej twórczości będącej próbą podłączenia się pod inne, bardziej znane produkcję, przygotowało ono własną adaptację książki Burroughsa. Już samo spojrzenie na zapowiedź sprawia, że człowiek ma ochotę krzyczeć z przerażenia. Szczególnie, jeżeli chodzi o jakość efektów specjalnych i wierność adaptacji (vide blond-włosa Dejah Thoris).

W przeciwieństwie do wielu współczesnych produkcji z gatunku fantastyki naukowej Stanton zdecydował się możliwie wykorzystywać tradycyjne efekty specjalne. Stąd też bardzo wiele pieniędzy włożono w budowę scenografii, jak i w przygotowanie planu. Jest to o tyle ciekawe, że jak dotąd Stanton miał do czynienia tylko z filmami animowanymi. Nim jednak napiszę, jak mu to wszystko wyszło, warto odnieść się do fabuły filmu.
To zaznaczenie, chociaż nie tak dawno temu opisywałem książkę, jest wbrew pozorom zasadne. Chociaż Księżniczka Marsa jest niezwykle ciekawa, to bardzo trudna do przełożenia na język filmu. Stąd też Stanton zamiast trzymać się jej wiernie pozwolił sobie na wiele, czasem daleko idących zmian. Nie znaczy to, że John Carter nie ma nic wspólnego z książką, gdyż zawsze twórcy filmu przynajmniej starają się oddać ducha twórczości Burroughsa, jeżeli nie da się oddać wiernie słów.
Jedną z podstawowych zmian, która wzbudziła ogromne kontrowersje, było ubranie bohaterów. W powieściach wszyscy chodzą nago przykryci jedynie biżuterią, albo zbrojami. Trudno jednak wyobrazić sobie współcześnie film mający takie sceny, który mógłby być puszczany młodzieży. Wydaje się, że pod tym względem dalej książki są bezpieczniejsze i można sobie pozwolić na bardziej ryzykowne z punktu widzenia powszechnej moralności opisy.

Ubranie zgodne z wymogami moralności współczesnego kina

 Poza tym, jeżeli chodzi o fabułę, to mamy do czynienia z pomieszaniem poszczególnych wątków i bohaterów z Księżniczki Marsa i z drugiej części przygód Cartera, czyli Bogów Marsa. O ile główna oś narracji oparta jest na tej pierwszej, to wprowadzeni główni źli filmu – Thernowie – pochodzą z tej drugiej.
Wielu bohaterów powieści znika, inni mają trochę inną rolę. Przykładowo Tars Tarkas od początku filmu jest Jeddakiem Tharków, choć w książce staje się nim dopiero w trakcie opowieści. Także Sab Than, który raczej jest pomniejszym bohaterem powieści w filmie jest jednym z głównych złych. Chociaż dla purysty i fana Burroughsa zmiany te mogą z początku wydawać się zdradą książki warto jednak zaznaczyć, że tak nie jest. Aby film był wierną adaptacją Księżniczki musiałby trwać znacznie dłużej, stąd też mamy do czynienia z pewnymi skrótami i uproszczeniami. Także, jeżeli chodzi o poziom brutalności, w filmach ciężko jest pokazać dobrych bohaterów rabujących miasta. Zachowano jednak główną oś fabuły i dalej mamy do czynienia z opowieścią o żołnierzu konfederacji, który trafiwszy na obcą planetę znajduję na niej miłość i przeciwników do zabicia. Dodano jednak wątek wcześniejszego życia Cartera na ziemi, który ma pomóc współczesnemu odbiorcy zrozumieć zachowania bohatera. Mamy też bardzo przyjemne sceny z samym Edgarem Ricem Burroughsem, w którego ręce trafia pamiętnik kapitana Johna Cartera.
Film jest wielką superprodukcją, która jak wszystko na to wskazuje nie przyniesie wytwórni oczekiwanych zysków. Nie jest to jednak spowodowane tym, że jest on zły. Wręcz przeciwnie, Stanton wykonał kawał dobrej roboty. Tak, jeżeli chodzi o scenariusz, jak i samą reżyserię. Mamy dobrze nakręcony, dynamiczny obraz przywodzący na myśl chociażby oryginalną trylogię Gwiezdnych Wojen. Film jest pełen sprawnie umiejscowionego humoru, a i nic nie można zarzucić scenom akcji. Co więcej całość układa się w spójną opowieść z dobrze zarysowanym początkiem, a także końcem.
Oglądając film widać wyraźnie jak wiele elementów z fabuł Burroughsa wykorzystuje się po dziś dzień w kulturze. Nie tylko chodzi tu o wspomnianą sagę Lucasa, a szczególnie Powrót Jedi, który William Stout – ilustrator pracujący nad pierwszą próbą adaptacji książki dla studia Disney’a – nazwał wręcz pierwszą ekranizacją Księżniczki Marsa. Podobieństwa widać także chociażby w Avatarze Camerona, który sam przyznał, że inspirował się książkami Burroughsa.
Stanton tworząc Johna Cartera dobrze dobrał aktorów do ról. Taylor Kitsch ma posturę, głos i wszystkie cechy gwiazdy kina akcji, a poza tym potrafi grać. Trudno powiedzieć, czy zrobi karierę, ale ma ku temu wszelkie predyspozycje. Lynn Collins jako Dejah Thoris początkowo wzbudziła pewne kontrowersje. Aktorka ta ma ponad 30 lat, a w książkach bohaterka przez nią grana była młodą dziewczyną. Collins, tak jak i scenarzyści wyszli jednak obronną ręką z tej zmiany. Ona dobrze zagrała, a twórcy filmu nie próbowali jej na siłę odmłodzić. Poza tym w obsadzie znajdziemy także i bardziej znane „twarze”: Willema Dafoe, Marka Stronga, Ciarána Hindsa, czy Jamesa Purefoy’a. Ekipa, o której wielu reżyserów może tylko marzyć.

"Twarz Willema Dafoe"

Co w związku z tym się stało? Dlaczego zamiast wielkiego kasowego sukcesu mamy raczej porażkę? Wydaje się, że najwłaściwszą odpowiedzią będzie stwierdzenie, że film stał się ofiarą kompletnie nietrafionej reklamy. Oglądając zapowiedzi wydaje się nam, że mamy do czynienia z produkcją w stylu Szybcy i wściekli 6: Na pustyni z mieczami. Nigdzie nie jest podkreślane, że reżyserem filmu jest człowiek odpowiedzialny za sukces kilku filmów animowanych Pixara, ani też, że jest to ekranizacja klasycznej powieści, która pod wieloma względami współtworzyła całą fantastykę naukową.

Także i plakaty przedstawiające Cartera w walce z dwiema białymi małpami nie robi dobrego wrażenia. Nigdzie nie jest podkreślane, że ważnym bohaterem filmu jest Dejah Thoris. Wszystko raczej zniechęca do wybrania się do kina. Przypadek Johna Cartera pokazuje smutną prawdę, że nie ma dobrego filmu, który może zostać zniszczony przez reklamę. Jest to o tyle smutne, że znacznie gorsze filmy osiągały znacznie większe zyski w kasach kin. Czy nie ma już szans dla kapitana Konfederacji? Niestety chyba nie…

John Carter i dwie białe małpy

Pisząc wszystkie teksty o Księżniczce Marsa korzystałem z:
E. R. Burroughs, H.T. Weston, Brother Men: The Correspondence of Edgar Rice Burroughs and Herbert T. Weston, red. M. Cohen, Duke University Press, 2005.
J. Korkis, The Disney John Carters That Never Were (http://travel.usatoday.com/alliance/destinations/mouseplanet/post/2012/01/The-Disney-John-Carters-That-Never-Were/596215/1)
R. A. Lupoff, Master of Adventure: The Worlds of Edgar Rice Burroughs, University of Nebraska Press, 2005.
C. M., SF Intertextuality: Echoes of the Pilgrim’s Progress in Baum’s the Wizard of Oz and Burroughs’s First “Mars” Trilogy, “Science Fiction Studies” 30 (2003) 3, s. 544-554

78 words, 429 letters

One comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.