Inżynierowie na wojnie z krytykami (Prometheus)

Plakat nawiązuje do oryginalnego plakatu do Obcego, acz w bardzo delikatny sposób i dla większości zapewne niezauważalny.

O Prometeuszu Ridley’a Scotta było głośno na długo nim trafił on do kin. Dla tego reżysera był to powrót do gatunku filmowego, który wyniósł go na szczyty popularności, a zarazem powrót bezpośrednio do historii, od której zaczęła się jego wielka kariera. Sama zapowiedź, że nie tyle powstanie prequel Obcego, co zostanie on wyreżyserowany przez samego Scotta wprawiła fanów w ekstazę. Stąd też nic dziwnego, że oczekiwania widzów były odpowiednio wysokie. Jednakże na długo przed premierą filmu pojawiały się różnorodne pytania odnośnie tego, o czym on tak właściwie będzie. Jak wiadomo historia o Obcych jest dosyć długa i różnorodna. Mamy oto 4 filmy, do których dochodzą jeszcze dwie części „mieszane”, to jest Obcy vs. Predator (których status kanoniczności jest raczej wątpliwy). Te ostatnie historie oparte są na komiksach, które znacznie rozbudowały świat stworzony przez Dana O’Bannona – scenarzystę pierwszej części. W pewnym momencie produkcji Prometeusza ujawniono, że nie mamy do czynienia z historią o Obcych, a z czymś całkowicie innym. Film tylko się dzieje w tym samym świecie, co bardzo wyraźnie podkreślali twórcy filmu w wywiadach.

Potem mieliśmy kampanie reklamową, która była mocno przereklamowana przez wielu blogerów i dziennikarzy. Pisałem o tym zresztą w innym miejscu i będę dalej podkreślać: Prometeusz nie był w tym względzie pod żadnym względem produkcją przełomową. Pomijając jednak moje uwagi, nie ulega wątpliwości, że bardzo wielu widzów jeszcze mocniej podnieciło się zapowiedziami i oczekiwało premiery filmu z wielkimi nadziejami.

W czerwcu tego roku miała miejsce premiera na świecie, u nas film dotarł z miesięcznym opóźnieniem spowodowanym Euro i ewidentną głupotą dystrybutorów. Pierwsze narzekania pojawiły się zaraz po tym, jak Prometeusz pojawił się w kinach u naszych sąsiadów. Prawdziwe zatrzęsienie złych słów i przekleństw miało jednak miejsce dopiero, kiedy wreszcie zawitał on do naszego kraju. Ilość niepochlebnych recenzji i krytycznych komentarzy robi ogromne wrażenie. Naprawdę ciężko znaleźć pozytywną recenzję filmu, a jeżeli już jakaś się pojawi, to zaraz pod nią będzie długa lista komentarzy przepełnionych rozżaleniem co poniektórych widzów. Wszędzie płacz i zgrzytanie zębów. Pomimo ogólnego defetyzmu uparłem się, żeby pójść do kina na ten film i po wyjściu z niego doszedłem do wniosku, że oglądałem inną produkcję, niż większość osób narzekających. Do tego sformułowania jeszcze tutaj wrócę, ale na razie przedstawmy na wszelki wypadek, o czym jest Prometeusz.

Film rozpoczyna się od sekwencji pokazującej planetę bez życia, skalistą i zimną. Początkowa sekwencja zapiera dech w piersiach swoim pięknem. Nie jest to jednak li tylko ozdobnik, a bardzo ważny element opowieści. Kamera przesuwa się ukazując tajemniczą humanoidalną istotę, która zdjąwszy habito – podobny strój w akcie jakiegoś rytuału wypija tajemniczy płyn, po czym ginie w cierpieniach – niczym wyżerana od środka. W tle na niebie wisi niczym groźba ogromny statek kosmiczny – spodek. Potem przeskakujemy do niedalekiej względem nas (marne 70 lat!) przyszłości i oglądamy wykopaliska archeologiczne, w trakcie których doktor Elisabeth Shaw odkrywa malunki naskalne. Kolejny przeskok i widzimy statek korporacji Weylanda udający się na tajemniczą planetę. Tam przed załogą, która nie zna celu misji, zostaje on przedstawiony przez panią doktor i jej mężo-kochanka doktora Holloway’a. Mają oto spotkać się z twórcami życia na Ziemi. Okazuje się w duchu czystego von Dänikena, że ludzkość powstała w wyniku kontaktu z obcą rasą – inżynierami. Teraz będzie można się dowiedzieć, po co i dlaczego.

Zapowiedź bardzo fajnie wprowadza w film. Co ciekawe rzeczywiście mówi ona, o czym on będzie!

Lądowanie na planecie przebiega bez problemu. Cała 17 osobowa załoga żyje i ma się dobrze. Dodajmy tutaj, że towarzyszy im David – robot będący jednym z produktów korporacji Weyland. Jak sam Peter Weyland – szef firmy – przyznaje w przedstawionym nagraniu holograficznym, jest to najlepsza namiastka posiadania przez niego syna. Na planecie bohaterowie odkrywają dziwną konstrukcję, w środku której znajduje się wiele ciał tajemniczych obcych, którzy okazują się Space Jockey’ami znanymi nam z oryginalnego Obcego. Co się stało? Dlaczego wszyscy zginęli? Póżiej okazuje się zresztą, że są oni tej samej rasy, co obcy z pierwszej sceny filmu. Tutaj zaczyna się właściwy film, który zadaje wiele pytań i nawet nie próbuje na większość z nich odpowiedzieć. Sam widz musi spróbować. Nie jest to przy tym unik ze strony reżysera, a raczej świadoma decyzja – niech widz pomyśli. Takie rozwiązanie ma swoje wady, gdyż wielu woli dostawać wszystko na tacy. Warto jednak zwrócić uwagę, że do pewnego stopnia wielość możliwości interpretacyjnych było obecnych już w pierwszym Obcym. Film ten, jak wiadomo, jest (dzięki producentom) opowieścią o gwałcie i różnych z tym związanych rzeczach. Nigdzie to nie jest powiedziane wprost, ale widać wyraźnie, na jakich elementach oparta jest cała fabuła.

Tutaj malutka dygresja, w internecie często pojawia się hasło-rzeczo-teoria nazywana testem Bechdel. Pochodząca z jednego z alternatywnych komiksów lat 80-tych i miała pokazywać mizoginizm oraz stereotypowe spojrzenie na kobiety obowiązujące w filmach. Jeżeli produkcja ma go „zdać”, to musi mieć dwie postacie kobiece rozmawiające ze sobą o czymś innym niż mężczyzna. Niestety jako przykład takiej produkcji wzięto Obcego, gdyż kobiety rozmawiają tam o „potworze”. Autorka niestety nie zobaczyła, że kobiety w tym filmie rozmawiają o wielkim chodzącym penisie!

Wracając jednak do samego Prometeusza. Wszyscy, nawet osoby mocno narzekające na całą produkcję, zgadzają się, że jest to piękny film. Prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych, jakie były ostatnio w kinach. Może nie aż tak majestatyczny jak The Fall Tarsema, ale i tak zapierający dech w piersiach. Zresztą Scott, podobnie jak Tarsem, kręcąc swój film opierał się głównie na tradycyjnych efektach specjalnych i scenografii. Komputerów jest mało, gdyż jak słusznie zauważył reżyser, wbrew pozorom na dłuższą metę taniej jest coś zbudować, aniżeli korzystać li tylko z grafiki komputerowej. Do tego dochodzi dobrze dobrana muzyka. Nie jest ona może spektakularna, ani nie posiada żadnego zapadającego w pamięć utworu, ale jak na stadninę Hansa Zimmera jest całkiem niezła. Co do scenariusza zaś, film jest zdecydowanie bardzo składny, logiczny i ma całkiem dużo sensu.

Teraz zapewne zaczną się pytania od ludzi, którzy czytali recenzje i komentarze w internecie odnośnie Prometeusza. Przyznam, że część z nich przypomniała mi narzekania na cudownego Johna Cartera, że film jest głupi, bo na Marsie jest życie… Nim przejdę w związku z tym do tłumaczenia, czemu scenariusz jest fajny rozprawie się z kilkoma mitami, dziwnymi sformułowaniami i błędnymi zarzutami, jakie padają względem Prometeusza. Moje ostre zdanie na temat krytyki tego filmu wynika nie tyle z mojej megalomanii, ale bardziej z tonu agresywnie negatywnych komentarzy, jakie łatwo można znaleźć w internecie.

Często czytając opinie o filmie można odnieść wrażenie, że misja naszych bohaterów jest jakąś niezwykłą operacją całej ludzkości. Niestety tak nie jest, co jest oczywiste, jeżeli ogląda się uważnie film. Mamy do czynienia z prywatnym biznesem Peter Weylanda, który postanowił wysłać statek Prometeusz będąc niejako podpuszczonym przez Shaw i Holloway’a do poszukiwania twórców życia na Ziemi. Nikt z członków załogi poza parą archeologów, tajemniczą Vickers i Davidem nie wie na początku filmu, jaki jest cel misji. Wskazuje to zresztą na to, że nie jest to pierwszy tak daleki lot kosmiczny. Potwierdza to także jego relatywnie krótki czas trwania – zaledwie 2 lata!

Tutaj zresztą przechodzimy do zarzutów, że film jest nielogiczny, bo naukowcy zachowują się głupio. Zdejmowanie hełmów w obcym środowisku jest igraniem z ogniem. Jednakże wbrew pozorom, choć jest to zachowanie głupie, to wpisuje się w sposób działania ludzi. Człowiek robi nie takie rzeczy, kiedy jest w stresie, napięciu, a zarazem ma wrażenie, że osiągnął sukces. Co ważne jednak, w dalszej części filmu pada wprost stwierdzenie z ust Shaw, że zrobili głupotę zdejmując wtedy hełmy idąc za przykładem kolegi. Ludzie popełniają błędy, natomiast film je pamięta. W tym układzie należy też widzieć reakcję naukowców na napotkane wężo-podobne istoty (przypominające trochę ostatnich obcych z Xtro – będzie o tym filmie w niedalekiej przyszłości). Wcześniejsza ucieczka i przerażenie biologa na widok martwych obcych – inżynierów, a potem fascynacja żywą istotą jest głupia tylko dla cynicznego widza. Czym innym jest bowiem martwy 4-5 metrowy gigant, a czym innym kilkudziesięciu centymetrowa istotka, która jest na tyle słaba, że na pewno nie stanowi żadnego zagrożenia. Jest przy tym bardzo ładna. Przypomina mi się tutaj opowieść o bardzo doświadczonym fotografie National Geographic, który w normalnych spodniach wszedł na kilka godzin do jeziora w Afryce robić zdjęcia. Potem spędził wiele miesięcy na rekonwalescencji i usuwaniu pasożytów. Miał ich tyle, że nogi mu aż spuchły. To także był profesjonalista znający ryzyko.

Skoro jesteśmy już przy trupach obcych, to możemy przejść do kolejnego wątku dyskusji. Znalezione ciała Space Jockey’ów prowokują doktora Holloway’a do picia alkoholu i raczej mocno depresyjnego zachowania. Jest smutny i zamiast cieszyć się sukcesem zapija porażkę. Przyznam, że dla mnie zachowanie tego bohatera jest całkiem logiczne, gdyż jego celem był kontakt z twórcami życia, a nie oglądanie zwałów zwłok. Dla niego sukces misji był zarazem jej porażką. Zresztą warto zaznaczyć, że wszystkie zachowania bohaterów mają logiczne uzasadnienie. To nie jest byle jakie bieganie po ekranie, jeżeli trzeba, to mamy dialog, który tłumaczy nam intencje postaci.

Tutaj także należy wspomnieć kwestię niezgodności Prometeusza z wcześniejszymi filmami. Tak, jeżeli chodzi o zachowanie korporacji, jak i wygląd obcych. Warto jednak pamiętać, że mamy tutaj do czynienia nie do końca z takimi samymi siłami, jak te obecne w pierwszym filmie. Weyland, to jeszcze nie Weyland-Yutani. Także i pozycja bohaterów jest inna niż załogi Nostromo – ci pierwsi to naukowcy zatrudnienie dla samego Petera Weylanda, drudzy zaś są bardzo malutkimi trybikami w wielkiej firmie.

Wiele dalszych zarzutów opiera się na tym, że ich autorzy nie oglądali filmu uważnie (vide przypadkowe znajdywanie najważniejszej konstrukcji na planecie – wcześniej padła zapowiedź, że lecą na najwyższą górę, aby móc zlustrować okolicę), tudzież nie słuchali Scotta. Prometeusz to nie jest Alien 0. Widać to nie tylko, jeżeli chodzi o wygląd świata, gdzie Prometeusz jest ładny, a Nostromo brzydkie – co wynika i z zadań obydwu statków, ale także z fabuły. Najnowszy film Scotta nie jest horrorem, nie ma straszyć. Może wzbudzać odrobinę obrzydzenia, ale to tylko tyle. Mamy do czynienia z opowieścią, która nawiązuje do filmu z 1978 roku, ale stylistycznie jest bardzo odmienna. To jest zresztą jej wielka zasługa, gdyż powiedzmy sobie szczerze – xenomorf nigdy nie będzie straszny. Może, co najwyżej inspirować kolekcje mody ludzi niezbyt świadomych znaczeń i terminów. Stąd też każda kolejna część sagi o obcych była coraz mniej straszna, aż w końcu w przypadku 4tej części przeszła w autoparodię.

Wydaje mi się w związku z tym, że wiele narzekań i żali wylewanych na Prometeusza opiera się na tym, że ja poszedłem na inny film, niż oni. Ja byłem na filmie s-f opowiadającym o poszukiwaniu początków życia. Wielu innych było na horrorze o wielkim penisie mordującym ludzi ruchomą szczęką. Nie twierdze, że Prometeusz nie ma wad, chociaż tak na prawdę jestem w stanie wskazać tylko na zbyt dużą liczbę postaci – nie mogę nawet powiedzieć jak wyglądała większość załogi statku!

Osobną i na swój sposób ciekawą kwestią jest to, że w przypadku Prometeusza mamy do pewnego stopnia do czynienia z zamknięciem kręgu. Recenzowałem tutaj film Galaktyka Terroru, który powstał na fali popularności Obcego. Bardzo wiele wątków w nowym filmie Scotta przypomina tę nisko budżetową produkcję. Począwszy od tajemniczej wyprawy, przez odkrycie, że pod tajemniczym obiektem skalnym znajduje się konstrukcja wykonana przez „nieznanych sprawców”, aż do pewnej dozy metafizyki. Jednakże poza ilością pieniędzy, także i scenariusz w Prometeuszu jest lepszy i bardziej przemyślany. Zabawnym jest jednak, jak to toczą się dzieje scenariuszowe.

W każdym razie wbrew narzekaniom wielu, polecam samemu obejrzeć Prometeusza i wyrobić sobie zdanie. Według mnie, to bardzo dobry film, a to, że się nie podobał różnym innym osobom… nie znaczy to, że wam drodzy czytelnicy także się nie spodoba. Scenariusz jest może prosty, ale ma wystarczająco wiele ciekawych miejsc, aby zachęcić do myślenia i rozważań na temat tego, o czym jest film. Jest przy tym całkiem zamkniętą opowieścią. Kolejne części, jeżeli będą ciekawe, to mogą rozbudować historię, natomiast nie są konieczne, aby czerpać przyjemność z oglądania Prometeusza. Nie wiem, czy filmowy Bóg istnieje, czego chcieli inżynierowie, ani czym dokładnie jest czarny płyn wypijany przez jednego z nich na początku filmu. Wiem jednak, że mam wiele pytań, na których szukanie odpowiedzi jest bardzo przyjemne.

ps: w filmie nie ma żadnych “krakenów”! 

 
 
 
 
 

4 comments

  1. Pani Recydywa says:

    Mężo-kochankiem? Serio? A czemu nie: konkubentem? Tyle lat postępu światopoglądowego a tu nadal trzeba postrzegać relacje międzyludzkie w kategoriach patriarchalnych…

Leave a Reply

Your email address will not be published.