Seks, przemoc, obcy, odrobina “feminizmu”. Galaktyka Terroru w całej okazałości

http://en.wikipedia.org/wiki/File:Galaxy_of_terror.jpg
Plakat filmu jest już zapowiedzią “dobrego” kina. Zwracam tutaj uwagę na użyty przeze mnie cudzysłów.

 

Nim James Cameron stał się znanym reżyserem i twórcą między innymi Terminatora i Aliens pracował przez pewien czas dla Rogera Cormana zajmując się produkcją, wymyślaniem efektów specjalnych i innymi rzeczami koniecznymi dla tworzenia filmów. Dla niezorientowanych w historii amerykańskiego kina zaznaczmy, że Corman jest jednym z najważniejszych producentów filmowych. Zajmuje się on nisko budżetowymi filmami, przy czym nie jest to poziom wspominanego przy okazji Johna Cartera Asylum. Były to przeważnie horrory, filmy fantasy, albo europejskie produkcje, które były przerabiane i zmontowane, tak, aby lepiej się sprzedawały. Ze stajni Cormana wyszły całe pokolenia reżyserów, którzy zaczynali kręcąc za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a teraz kierują wielomilionowymi produkcjami. James Cameron nie jest odosobnionym przypadkiem. Jednym z filmów, nad którym pracował dla Cormana była Galaktyka Terroru (Galaxy of Terror). Film powstał na fali Aliena Ridley’a Scotta i popularności obcych, jako krwiożerczych i morderczych istot (można tutaj wymienić choćby takie kuriozum jak włoskie Alien 2). Jednak, kiedy przyjrzymy się fabule Galaktyki…, okaże się, że ma ona więcej wspólnego z późniejszą twórczością Camerona. Głównie z Aliens, ale także niejako automatycznie z quasi-remakiem tego filmu, czyli Avatarem.

Zacznijmy jednak od początku, filmy produkcji Cormana wyróżniają się, jak już wspomniałem niskim budżetem i tak też jest w przypadku Galaktyki Terroru. Pomimo wyraźnej inspiracji Obcym Scotta autorzy scenariusza się postarali. Opowieść zawiera w sobie pozory oryginalności. Film zaczyna się od sceny pokazującej uciekającego człowieka na pokładzie statku. Nie widać, co go ściga, do momentu, kiedy za wizjerem pojawia się coś macko-podobnego. Wkrótce nasz uciekinier ginie w sposób dość krzykliwy. Okazuje się, że ten mężczyzna był członkiem ekspedycji badawczej na jedną z planet zleconej przez rząd galaktyczny. W przyszłości ludzkość będzie zjednoczona i kierowana przez Mistrza (Master!) – humanoidalną istotę z czerwonym światłem zamiast głowy. Okazuje się, że skądś zna on planetę, na której doszło do katastrofy tamtej ekspedycji. Decyduje on w tym momencie na wysłanie kolejnej i to o niej opowiada film.

Ekipa składa się z dosyć przewidywalnego zestawu klisz, znaczy się bohaterów. Na początku mamy niezrównoważoną panią kapitan, która ma traumę po bitwie, w której brała udział i jako jedyna przeżyła. Jest ona surowa, zdecydowana, ot taki kapitan Bligh w wersji żeńskiej (acz w spodniach). Kolejną osobą z ekipy jest starszy doświadczony dowódca, który chce się wykazać, jeszcze starszy kucharz. Do tego zestawu należy dodać typową czarną owcę, czyli w tym wypadku astronautę imieniem Cabren. Co dokładnie zrobił nie wiadomo, ale wystarczyło, aby druga postać porządnego i pilnującego regulaminu oficera imieniem Baelon, który od pewnego momentu kieruje misją mu nie ufała i na każdym kroku to podkreślała. Poza tym do ekipy należy dorzucić groźnie wyglądającego wysokiego mężczyznę, drobnego mechanika (w tej roli Robert Englund, czyli Freddie Kruger bez pazurów i wypalonej twarzy!) i żółtodzioba, który cały czas się boi i pierwszy zginie. Skoro jednak mamy do czynienia z filmem klasy B, to na tym nie może skończyć się zestaw bohaterów. Uzupełnieniem są Alluma, czyli kobieta potrafiąca wyczuwać zagrożenia. Kręcąc się po pokładzie cały czas daje do zrozumienia, że ma złe przeczucia, czyli zachowuje się dokładnie jak Ripley w Aliens. Drugim uzupełnieniem jest Dameia, która zajmuje się stroną techniczną operacji, a poza tym ładnie wygląda.

Na czym polega misja naszych bohaterów? Mają odnaleźć ciała wszystkich uczestników poprzedniej wyprawy i dowiedzieć się, co się z nimi stało. W ramach tej operacji lądują oni na owej tajemniczej planecie, na której prawie cały czas panuje ciemność, a atmosfera spowita jest ciężkimi chmurami. Od samego początku widać, że wyprawa będzie pełna niebezpieczeństw, gdyż statek musi lądować awaryjnie. Budżetu jednak nie wystarczyło na zrobienie dobrej jakości kombinezonów próżniowych, w związku z czym planeta ma atmosferę nadającą się do oddychania, dzięki czemu można było zaoszczędzić na hełmach i tym podobnym osprzęcie. Zamiast tego mamy stylowe szare munduro-kombinezony. Jedynym elementem niejako przygotowującym do niebezpiecznej wyprawy są plecaki z lampami zamontowanymi nad ramionami. Teoretycznie mają one oświetlać drogę dla odkrywcy, a tak na prawdę jedynie oświetlają bokobrody.

Zapowiedź pokazuje wszystkie nie-nudne sceny filmu. Jeżeli wyobrazi sobie czytelnik 20 minutowe przerwy pomiędzy każdym ujęciem, to prawie tak, jakby oglądał całą Galaktykę Terroru

Po przybyciu na planetę okazuje się ku niespodziance widza, że cała załoga poprzedniego statku została w sposób bardzo krwawy wymordowana. Niestety nie znaleziono wszystkich ciał, w związku z czym nasza drużyna udaje się w kierunku dziwnego światło-punktu, poszukując tam wyjaśnienia dla dziwnych wydarzeń. W między czasie załoga zmniejsza się o kilka nieostrożnych głów. Okazuje się, że droga prowadzi bohaterów prosto do góry w środku, której znajduje się niezwykła (a jakże) świecąca piramida przypominająca tą Luwru.

Co zabija sumiennie członków ekipy? Czym jest ta piramida? Nie powiem, niech trochę niespodziankę pozostanie. Nie mogę się jednak powstrzymać przed opowiedzeniem o jednej rzeczy. Kiedy kręcono film producenci zorientowali się, że brakuje jednego ważnego elementu, który musi się znaleźć w gotowej produkcji: scen nagości! Zgodnie ze wszystko mówiącym cytatem z Jima Wynorskiego, klasyka kina klasy B-gorsze (Cleavagefield, Busty Cops Go Hawaiian, Bone Eater): piersi, to najtańsze efekty specjalne (Breasts are the cheapest special effect in our business), w Galaktyce musiało znaleźć się miejsce przynajmniej dla jednej ich pary. Los wskazał na Dameie, ale czy byłoby coś specjalnego w tym, że bohaterka nagle idzie pod prysznic? Twórcy filmu postanowili być oryginalni i zamiast całkowicie zrozumiałej sceny kąpieli w trakcie ataku obcych zafundowali nam coś naprawdę niezwykłego. Scena ta zapewniła nie tylko pewnego rodzaju sławę temu filmowi, ale także dużo kłopotów z cenzurą. Nasza biedna bohaterka ginie… zgwałcona przez wielką larwę… przez chwilę można się zastanawiać, czy mamy do czynienia z filmem japońskim, ale nie – całość produkcji „made in USA”. Scena jest absurdalna, groteskowa i wręcz śmieszna. Co ciekawe Roger Corman tłumacząc swoje pomysły stwierdził, że zawsze starał się, aby w jego filmach były silne kobiety. Hollywood ma ciekawą koncepcje silnej kobiety. Wydaje się zresztą, że Corman jest jednym z tych twórców – mężczyzn, którzy kiedy zapowiadają, że są „feministami”, kręcą filmy, gdzie kobiety służą tylko jako dostarczycielki nagości, którym mogą się przytrafić same najgorsze rzeczy. Takie, które nigdy nie miałyby miejsca w produkcjach reżyserów, którzy nie dają takich deklaracji ideologicznych.

Wracając jednak do samego filmu, to trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy Galaktyka Terroru jest dobrym filmem? Jest to dosyć trudne, bo z jednej strony jest to całkiem przyjemny film, z dobrym pomysłem i atmosferą. Z drugiej natomiast jest zwyczajnie nudny i poza paroma absurdalnymi scenami mordu nie ma, czego oglądać. Zaznaczam, że nie chodzi mi tu o scenę z larwą, ale też o samobieżne odłamki szkła, czy sobowtóry. Warto też odnotować, że pomimo niskiego budżetu film jest zrobiony na tyle sprawnie, że tego nie widać. Wielu twórców mogłoby się uczyć od Cormana jak dobrze wydawać pieniądze.

Zastanawiające jest jednak to, że kiedy spojrzy się na ten film, to łatwo dostrzeżemy, że James Cameron kręcąc Obcych przetworzył Galaktykę. W obu filmach mamy wyprawę dosyć schematycznie skonstruowanego oddziału w celu poznania losu wcześniejszej ekspedycji. W obu planeta jest mroczna, posępna i nieprzystępna dla ludzi. Różnica poza tym, że w Obcych mamy znacznie wyższy budżet jest jednak taka, że samą historię skonstruowano znacznie staranniej wzbudzając rzeczywistą atmosferę zagrożenia, czego w przypadku Galaktyki brakuje. Także pominięto wiele elementów pseudo-metafizycznych, które zajmują centralne miejsce w Galaktyce, a o których mogę tylko napisać tyle, że bohaterów filmu nie zabija żaden obcy. Promowana przez film filozofia jest dosyć infantylna i banalna, sprawiając, że Galaktyka w ogólnym rozrachunku bliższa jest komedii, niż poważnemu filmowi. Obiektywnie jest to raczej słaba produkcja i pod wieloma względami niewykorzystana okazja. Jeżeli jednak ktoś jest ciekawy, jak można zrobić tanio Obcego, to, jeżeli ktoś ma wolną chwilę, warto rzucić okiem na Aliens 0. Należy jednak pamiętać, że jest to kino klasy B z małą ilością akcji i kilkoma ujęciami nagości żeńskiej. Ot, produkcja dla koneserów horroro s-f.

Małe post scriptum jakby ktoś był ciekaw podobieństw pomiędzy Galaktyką, a Obcymi, to polecam zajrzeć na tę stronę.

Galaktytka Grozy, rok produkcji 1981

Reżyseria: Bruce D. Clark

Scenariusz: Marc Siegler & Bruce D. Clar

Występują

Edward Albert – Cabren

Erin Moran – Alluma

Ray Walston – Kore

Zalman King – Baelon

Robert Englund – Ranger

Taaffe O’Connell – Dameia

Grace Zabriskie – kapitan Trantor

 
 
 
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.