Bane jest doskonałością zła. Bezwzględnego, zimnego i metodycznego.

Mrok Batmana

Każda historia ma swój koniec.
 

Christopher Nolan zakończył w tym roku swoją opowieść o Batmanie. Wokół filmu Mroczny Rycerz Powstaje było wiele złych emocji. Począwszy od samego początku produkcji, który był w cieniu śmierci Heatha Ledgera, skończywszy na premierze z szaleńcem w Denver. Trzeba przyznać, że rzadko mamy do czynienia z tak pechową serię filmów. Chodzi tutaj nie tylko o same tragedie, ale też o ich recepcje medialną. Można wskazać wyjątkowo kuriozalną okładkę Polityki i jeszcze bardziej niż ona kompromitujący tekst w środku. Można odnieść czasem podczas lektury recenzji, jak i słuchania rozmów, że sam film schodzi na drugi plan wobec tych wydarzeń. Zresztą, kiedy zostały już wydane oceny, to wypada stwierdzić, że widzowie bardzo szybko podzielili się na dwa obozy. Jeden krzyczący: „abominacja” i rzucający inne obelgi, oraz na drugi wychwalający film Nolana pod niebiosa. Nie będę nawet próbować pisać recenzji Mrocznego, gdyż patrząc na rozliczne opinie uważam to poniekąd za bezcelowe. Niech każdy sam wyrobi sobie zdanie, najlepiej po seansie w IMAXie. Zamiast rozpisywać się o wadach i zaletach, rozliczać i osądzać spróbuje opowiedzieć, o czym według mnie jest Nolanowa trylogia. Z tego też powodu będzie tutaj wiele spoilerów i jeżeli czytelnik dopiero planuje wyprawę do kina, to powinien zawiesić w tym miejscu lekturę i wrócić po seansie.

 

Nim przejdziemy do rzeczy cięższego kalibru, zacznijmy od drobiazgów. Nigdy nie dowiemy się, jak trzecia część Batmana wyglądałaby gdyby Ledger żył. Czy mielibyśmy na końcu pojedynek między Jokerem a Rycerzem? A może miałby on podobną rolę do spełnienia, jak Jonathan Crane? O ile był on jednym z głównych złych w pierwszej części, to w kolejnych pojawiał się już tylko epizodycznie, choć na swój sposób we wspaniałych scenach kluczowych do pewnego stopnia dla fabuły filmów. Mimo tych wątpliwości i pytań, jedno możemy raczej stwierdzić. Przynajmniej niektóre elementy opowieści wskazują na to, że chociaż część scenariusza i rozwiązań fabularnych zastosowanych w trzecim Batmanie było planowanych od samego początku. Chodzi tutaj o wątek Ra’s al Ghula. Grany przez Liama Neesona przywódca Ligi Cieni stanowi jedną z najważniejszych postaci całej serii. Nolan wybierając go jako głównego złego w pierwszym filmie poszedł zdecydowanie pod prąd tradycyjnemu wyobrażeniu o Batmanie i tym, od czego powinny zaczynać się opowieści o nim. Zresztą dla wielu był to jedynie wybieg ze strony reżysera, aby dopiero w drugiej części wprowadzić właściwego przeciwnika, czyli Jokera. Chociaż czas pokazał, że takowe podejście miało swoje racje, to już trzeci film pokazuje, że zamysł Nolana był inny.

Chodzi tutaj nie tylko o wybór Talii, jako głównej złej, ale także, jeżeli chodzi o konkretne nawiązania do poprzednich części. Widać, że historia od początku zmierzała do takiego, a nie innego końca. Kiedy młoda al Ghulica chce dokończyć dzieło ojca, okazuje się, że historia zatoczyła koło. Najpierw Ra’s al Ghul używał niezwykłego urządzenia, aby oczyścić świat poprzez anihilację miasta, potem córka podobnie arealnej machiny używa do dokonania aktu zniszczenia. Warto wskazać, że kiedy na ekranie pojawia się Neeson na chwilę (trzeba przyznać, że jest to już chyba motyw filmowy: jeżeli w pierwszej części trylogii postać przez niego grana ginie, to w trzeciej pojawi się jako duch), to okazuje się, że to on od początku był głównym złym całej trylogii. Jest on zarazem przeciwieństwem Batmana, jak i jego dopełnieniem. Obydwaj chcą zaprowadzić porządek na świecie, obydwaj wybierają rozwiązania siłowe i obydwu się to nie udaje. Przy czym w przypadku Tali mamy jeszcze dodatkowe podobieństwo: obydwojgiem kieruje zemsta za śmierć rodziców. Tyle, że jej zemsta jest zdecydowanie bardziej spektakularna.

Widać zresztą, że Nolanowy Batman jest tutaj bardzo pesymistyczny. Kiedy widzimy zakończenie Powstania, to okazuje się, że nic się nie zmieniło w Gotham. Ludzie nie stali się lepsi i kiedy nowu przyjdzie odpowiednia chwila ponownie staną się częścią zła filmowego świata. Na dodatek w pierwszej części ustawiono reflektor, aby wzywać Nietoperza, w trzeciej stawia się mu pomnik. Trochę na wyrost, bowiem to on sprowadzał na miasto kolejne zagłady. O ile jeszcze można uznać, go za niewinnego w przypadku działań Ra’s al Ghul, to już pojawienie się Jokera jest w jakimś stopniu jego sprawką. To wzór zamaskowanego superbohatera sprawił, że pojawił się w mieście super przestępca. W trzeciej części do tego zestawu dochodzi Talia, ale i Bane. Ona, jak wspomniałem, kieruje się zemstą (tutaj można zacytować Batmana Burtona, a konkretnie dialog na wieży kościelnej). Natomiast jego cele są niejasne. Niby w ostatnich scenach dowiadujemy się o tym, że jego planowe i bezwzględne niszczenie Gotham było wynikiem jego miłości do „ukochanej” Talii. Nawet widać łzy w jego oczach, kiedy córka Ra’s al Ghula opowiada o uczuciach. Zaraz jednak, gdy ona wyjdzie, to Bane wraca do swojej poprzedniej roli. Bezwzględnego terrorysty, który ma swoje własne plany. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest on trochę typem bandyty z westernów, który szuka okazji żeby zabić tego najlepszego rewolwerowca na dzikim zachodzie.

Bane jest doskonałością zła. Bezwzględnego, zimnego i metodycznego.

Jego niejako jeszcze mroczniejszą stronę widać nie tylko w ostentacyjnym wręcz porzuceniu na śmierć domniemanej ukochanej, ale także w jego deklaracji, czym jest. Nie ogłasza on siebie odkupicielem, naprawiaczem świata niczym Ra’s al Ghul. Nie jest on też szaleńcem pokroju Jokera. Nie jest „czystym złem”. Bane jest zdrowy psychicznie, bezwzględny, stąd też bardziej realny i w gruncie rzeczy straszniejszy niż Joker. W przeciwieństwie do niego zamaskowany terrorysta nie nadaje się do prostego zaklasyfikowania. Wobec jego aktów przemocy jesteśmy bezradni. Co więcej stwierdza on w rozmowie z byłym zleceniodawcą, właśnie w odpowiedzi na hasło, że jest „czystym złem”, że jest rachunkiem wydanym dla Gotham. Właściwie jedynym jego celem jest zniszczenie, z którego czerpie ewidentną przyjemność. Aby osiągnąć spełnienie nie tylko łamie Batmana (fizycznie, jak i psychicznie), ale też chce to samo zrobić z całym miastem. Dając chwilę nadziei mieszkańcom zaraz odbierze im życie. Pokaże też, że ludzie są źli i nie zasługują na łaskę. Trudno jest bowiem dać ją tym, którzy mając taką możliwość nie oparli się ciemności. Na dodatek, kiedy Talia spłonie wraz z całym miastem, jego tam nie będzie wbrew jej prośbom i rozkazom. Zamiast tego wyruszy on na kolejną wojnę z ludźmi. Zapewne dla samej władzy na człowieczeństwem. Niczym Robespierre będzie wysyłać kolejnych ludzi na śmierć. Czynić tak będzie ku radości mieszkańców miasta, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, co ich czeka. Wkrótce oni sami będą ofiarami jego działań. Zresztą podobieństwa do Rewolucji Francuskiej nie są tylko, w co po niektórych scenach. Mamy tutaj odniesienia i cytaty z Dickensa (można zaryzykować zdanie, że jest to ekranizacja, niebędąca ekranizacją), ale też i sam strój Bane’a, który ma odpowiednią stylizację

Wbrew pozorom jednak film, jak i zresztą cała trylogia, nie jest opowieścią o charyzmatycznym źle. Ono służy tak naprawdę podkreśleniu roli Bruce’a Wayne’a, jako człowieka. Nolanowy Batman zaczyna się od spektakularnego sukcesu tytułowego bohatera. Chociaż w ostatnich scenach filmu traci dziewczynę, spalono mu dom, to nie tylko ratuje miasto, ale też wydaje się, że niczego na dłuższą metę nie stracił. Rachel była do odzyskania, a sam pałac do odbudowania. Okazało się, że superbohater, jako forma zapewniania porządku w Gotham jest skuteczna. Co więcej nie ma za tym żadnych kosztów i ceny. Do pewnego stopnia jest on takim mroczniejszym Tony Starkiem. Zresztą podobnie jak Iron Man Wayne odkrywa, że swoim majątkiem pomaga on złu, lecz na szczęście na końcu okazuje się, że szlachetność wygrywa z tym, co brzydkie.

W drugiej części okazuje się jednak, że są pewne konsekwencje działalności Batmana. Niby pokonuje Jokera, ale czy on kiedykolwiek pojawiłby się w mieście bez działalności człowieka w stroju nietoperza? Co więcej, czy dla miasta nie byłoby lepiej, gdyby zamiast zamaskowanego mściciela bronił go odkryty prokurator? W sumie znacznie bardziej skuteczny. Marzenia o optymistycznym zakończeniu kończą się jednak tym, że Batman w dużej mierze poprzez swoje istnienie nie tylko doprowadza do śmierci Rachel, ale też przypieczętuje koniec Harvey’a Denta. Kiedy bierze on na siebie winę za jego śmierć, to automatycznie przestaje być bohaterem dla mieszkańców miasta. Dzięki temu poświęceniu udało się jemu i Gordonowi zachować mit dzielnego prokuratora. Na jego podstawie wprowadza się prawo, które usuwa przestępczość z ulic miasta. Gotham staje się bezpiecznym miejscem. Hurraoptymistyczny początek trzeciej części bezpośrednio wynika z wiary, że fałszywy mit wystarczy dla stworzenia lepszej przyszłości.

Nolan nie wierzy jednak w to, że da się utrzymać konstrukcję świata na kłamstwie. Koniec końców zło i dobro muszą zostać wyraźnie oznaczone. Skoro w takim razie cały sukces Gotham opiera się na nieprawdzie, to konsekwencje odkrycia tego stanu będą straszne. Batman i Gordon oszukiwali ludzi, że ich mityczny bohater był dobrym człowiekiem. Zamiast tego był on potworem, który wcześniej nie stanął po prostu przed odpowiednim wyzwaniem. Konsekwencje tego ponosił Gordon, gdy odeszła od niego żona, ale też, gdy musiał stanąć przed Blake’iem, aby wyjaśnić mu swoje intencje. Dla mieszkańców miasta był to jeden z elementów łamania ich charakteru. Potem przyszła pora na rabunki i grabieże. Potem procesy pokazowe. Upadli w końcu wysyłając swoich bohaterów na śmierć. Nowego wspaniałego porządku nie da się oprzeć na fałszywym micie.

Zresztą kłamstwo w tym filmie ma wiele oblicz. Jednym z nich jest także stosunek Wayne’a do Rachel. Chociaż wybrała ona innego, to on dalej łudził się, że to tylko chwilowe. Kiedy jednak zginęła w eksplozji Wayne nawet nie próbował się pogodzić z jej utratą. Zamiast tego stworzył dla siebie kłamstwo, że gdyby udało mu się ją uratować, to by do niego wróciła. Sam doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda. Widać to szczególnie w trakcie kłótni z Alfredem, po której go zwolnił. Dla Wayne’a Rachel była wymówką, aby zamknąć się w swoim pokoju. Dzięki niej mógł się wycofać i udawać, że świat go nie obchodzi. Było to zachowanie człowieka szafującego swoim cierpieniem, po to, aby uzasadnić swoją depresję i wypalenie.

Tego wszystkiego jednak dowiedzieliśmy się dopiero w trzeciej części. To w niej właśnie poznajemy cenę, jaką płaci się za bycie superbohaterem. Dla Bruce’a Wayne’a była ona zbyt duża i nie chodzi tutaj właśnie o śmierć bliskich, a o utratę wiary w celowość działalności. Kiedy znowu założył strój Batmana, to nie po to, aby uratować miasto, czy też bronić niewinnych. On chciał po prostu zginąć w walce. Z tego, że to jest tak naprawdę samobójstwo Alfred sobie doskonale zdawał sprawę. Zresztą on też doskonale widział, że cała działalność zamaskowanego mściciela jest przeciw skuteczna. Stąd też stwierdza, że lepiej dla Gotham byłoby, gdyby dbał o nie Wayne. Ten jednak woli użalać się nad sobą i zmierzać do autodestrukcji. Widać to, gdy okazuje się, że jego słabość fizyczna jest tak naprawdę maską. Kiedy upada po tym, jak Kobieta kot wybija mu laskę, spowodowane jest to nie tym, że Wayne jest chory fizycznie. On pada na ziemie, bo zwyczajnie nie chce stać. Kiedy chwile potem tańczy z nią noga mu nie przeszkadza. Tak samo, jeżeli chodzi o wchodzenie przez okno do pokoju w szpitalu. Uszkodzona noga jest jedynie jedną z wielu wymówek, aby nie trzeba było mierzyć się ze światem i ponosić konsekwencji swojej działalności.

Dopiero porażka i strach przed śmiercią są w stanie sprawić, że będzie on mógł znowu uratować swoje miasto. Dopiero świadomość, że za nasze działania możemy ponieść konsekwencje, których się obawiamy, czyni z nas bohaterów. Batman powstaje nie dlatego, że przestał się bać śmierci, on powstaje dlatego, że przestał bać się żyć. Wcześniej pomógł mu wyjściu z dna studni ojciec, teraz już sam jeden musi dokonać tego – dorósł, ale i zarazem zakończył swoją drogę wojownika. Nie nadaje się już na bohatera, nie będzie mógł chronić Gotham permanentnie. Da mu jednak coś, co będzie znacznie silniejszą ochroną dla ludzi: nowy mit. W przeciwieństwie jednak do Denta, mit Batmana nie tylko jest prawdziwy, ale też jest bezpieczny. Mroczny rycerz rzeczywiście był bohaterem, natomiast jego słabości nigdy już nie wyjdą na jaw. Dopiero po swojej śmierci i spaleniu mostów może on spokojnie napić się kawy we Florencji. Jego misja została wykonana. Na wszelki wypadek pozostawił on po sobie następcę, Nightwinga. Ma on jednak jedną przewagę nad Batmanem: nie kieruje nim zemsta, więc może lepiej chronić miasto.

To nie jest Batman, ale na zdjęciu mamy Hardy’ego w jego najlepszej, życiowej wręcz roli. Ten uśmiech, ten wąs! Nie ma to jak zło.

Zapewne wprawny czytelnik dostrzeże, że film mi się spodobał. Nie jest bez wad, ale mi one nie przeszkadzają. Jak pisałem na wstępie nie mam zamiaru pisać recenzji, nie mogę się jednak powstrzymać przed dwiema uwagami. Wiele jest głosów w internecie, że Bane, jako zły, zawiódł. Padały opinie tak odnośnie samej postaci, jak i aktorstwa Toma Hardy’ego. To drugie według mnie wynika z nie zwracania uwagi na to, czym i jak gra Hardy. Tutaj nie ma mowy o pełnej mimice twarzy. Zamiast tego mamy grę całym ciałem. Przybiera on pozy, porusza się odpowiednio. Przypomina to trochę Charltona Hestona, wybitnego aktora, który mając mocno ograniczoną mimikę oddawał swoich bohaterów poprze chód i inne tego typu drobne rzeczy. Doskonale to widać w fascynującym Soylent Green, gdzie dosłownie na każdym kroku widać, jak wtapia się on w świat mrocznej i tragicznej przyszłości. Oczywistym jest, że w takim układzie Hardy i sam Bane na tle bardziej ekspresyjnych duetów aktorsko-przestępczych nie wygląda tak spektakularnie. Jest to jednak związane z tym, że mamy do czynienia z innym typem zła. Warto o tym pamiętać.

Druga rzecz, to gra Christiana Bale’a. Ma on zdecydowanie ogrom wrogów i niechętnych mu widzów. Można odnieść wrażenie, że tak jak niektórzy aktorzy mają fandomy, tak on ma antyfandom. Jednakowoż tak jak według mnie był on świetny w Equilibrium, czy American Psycho, tak i w przypadku Batmanów doskonale radzi sobie z raczej niewdzięczną rolą. Wydaje się, że bardzo mu szkodzi to, że wszyscy skupiają się na tym ile to on schudł do danej roli, albo przytył. W moim przekonaniu jego dosyć mocno wycofana gra, miejscami intencjonalnie sztuczna, doskonale wpisuje się w charakter postaci. Mianowicie nie mamy tutaj do czynienia z Balem grającym Wayne’a, a z Balem grającym grającego Wayne’a. Podobnie i w ostatniej części trylogii, gdy udaje, że jest gotów do walki z Banem, gdy stara się udowodnić Alfredowi, że sobie poradzi, to widać w tym konieczną fałszywość. Wbrew pozorom zagrania nieudanego kłamstwa jest całkiem trudne i za te i inne sceny Bale zasługuje na pochwały. Nie mógł on krzyczeć, ekspresyjnie wykrzywiać twarzy. Zamiast tego, podobnie jak Hardy, musiał ograniczać się do bardzo podstawowych środków wyrazu, aby oddać charakter mocno skonfliktowanej postaci.

W każdym razie drogi czytelniku, nie twierdze, że moje uwagi są jedyną możliwością ugryzienia całej trylogii Nolana. Są jednak pewną próbą zmierzenia się z materią trzech filmów, które mają w tle znacznie więcej niż się z pozoru wydaje.

 

Ps: pomijam tutaj wyjątkowo idiotyczne uwagi pojawiające się w „internecie i mediach”, że filmy Nolana są faszystowskie, albo, że są propagandą przeciw ruchowi Occupy Wall Street. Jeżeli sympatycy tego ostatniego tak odbierają trzecią część przygód Batmana, to nie tylko kompromitują swój ruch, ale także podważają poważnie jego słuszność. W związku tym się wobec nich tylko uśmiechnę się z politowaniem. Odnośnie faszyzmu zaś, mam wrażenie, że zarzut ten jest tak zgrany, że może tylko powodować wybuch śmiechu i pytania o to, czy autorzy tych oskarżeń wiedzą, czym była ta ideologia. Poza tym Mussolini, nawet młody i chudy, nigdy nie wyglądałby dobrze w stroju Batmana (choć czarne koszule skutecznie wypromował).

Ps2: brawo, brawo dla Nolana za wykorzystanie bardzo ogranego motywu wyrzucania odznaki. Trzeba mieć dużo odwagi by powtarzać gest za tyloma sławnymi filmami (w tym jednym także „faszystowskim”).

Ps3: do końca życia, jak będę słyszeć, jak ktoś komplementuje osobę zajmującą się ogniem/ogniskiem/grillem będę wpadać w niekontrolowane salwy śmiechu!

 

 
 
 
 
 

4 comments

  1. Kacper says:

    Proszę autora o większą uwagę podczas korekty tekstów. Są one bardzo fajnie napisane, czyta się je z przyjemnością. Niestety, trochę tę przyjemność rujnują literówki oraz ta okropna spacja pomiędzy literami ‘a’ i ‘p’ w słowie “naprawdę”.
    Teksty o takiej wysokiej jakości powinny być napisane z równie wysoką jakością polonistyczną.
    Dziękuję za uwagę.

  2. Pani Recydywa says:

    Nie wiem, czy w filmie Joker był większym szaleńcem niż Bane. Nie wiem, który z nich był straszniejszy. Obaj byli psychopatami, tylko każdy na swój sposób.

    Tak – scena przy kominku zasłużyła na to, by ją wymienić we wpisie.

    • hihnttheadmin says:

      Nie wydaje mi się, żeby Bane był szaleńcem. Dla mnie to był zdrowy psychicznie, pozbawiony jakiejkolwiek moralności, morderca. Taki, hm, “zamaskowany popkulturowy Breivik” i stad jego efektywność jako bohatera, oraz groza jaka była wokół niego. Wymyka się on kategoriom, jakie nadajemy złu i temu jak je racjonalizujemy.

      @Kacper: kajam się za literówki i błędy, postaram się, aby było ich jak najmniej.

  3. Rusty Angel says:

    Przegapiłam twoją recenzję-nierecenzję, przyznam szczerze, bo omijałam wszelkie artykuły na temat Batman przed seansem. Ale to bardzo dobra analiza, zwłaszcza postępowania Bruce’a Wayne’a.

Leave a Reply

Your email address will not be published.