Koniec przygód wielkiego bohatera (John Carter of Mars)

Okładka pierwszego książkowego wydania była nadzwyczaj wręcz nijaka.
Okładka pierwszego książkowego wydania była nadzwyczaj wręcz nijaka.
 

Na swój sposób zabawnym jest, że ostatnia książka cyklu Marsie Edgara Rice Burroughsa jest jedyną, której tytuł zawiera imię najbardziej z nią kojarzonego bohatera. John Carter of Mars  nie było jednakże planowanym tytułem powieści. Jest pomysłem wydawnictwa, Canaveral Press, które w 1964 postanowiło wydać dwie nowele, które dotąd były dostępne tylko w czasopismach. Stąd też John Carter of Mars jest dosyć nietypową powieścią dla cyklu. Składa się ona z dwóch, całkowicie różnych, historii. Poza bohaterem nie mają one wiele wspólnego.

Pierwsza, czyli John Carter and Giant of Mars jest dosyć kontrowersyjnym utworem. Jego pierwodruk miał miejsce w „Big Little Book”. Pod tym tytułem kryje się seria krótkich powieści, które łączyły ilustracje z tekstem. Były one dosyć krótkie i raczej używały prostego języka. Ich docelowym odbiorcą były dzieci, stąd też pewne zdziwienie musi budzić, że Barsoom, który jest raczej brutalnym światem, został wybrany do przedstawienie w takiej opowieści. W każdym razie mamy do czynienia z historią bardzo prostą. Wydana została w 1940 roku, ale w 1943 Burroughs naciskany przez wydawców „Amaizing Stories”, którzy chcieli jego nowego tekstu, zdecydował się ją odkurzyć.

Tutaj zaczyna się pewien problem. Każdy, kto czytał Giant of Mars, szybko zobaczy, że jest to opowieść napisana dramatycznie różnym językiem niż pozostałe powieści Burroughsa. Dotyczy to także używanego słownictwa i terminologii. Pojawiają się nieznane z innych historii przedmioty takie jak Atom Gun, czy też w jednym miejscu mamy telewizję. Opowieść czyta się, jak historie, która nie ma miejsca na Marsie. Pojawiła się z tego powodu teoria, że mamy do czynienia z tekstem napisanym nie przez samego Burroughsa, a przez jego syna Joe Colemana. Podejrzenie to wynikało zapewne także z tego, że był on autorem rysunków do „Big Little Book”. Edgar miał według tej koncepcji jedynie przeczytać i poprawić historię, kiedy była przygotowywana edycja w „Amaizing Stories”.

Okładka w wersji dziecięcej.
Okładka w wersji dziecięcej.

Są jednak tacy, którzy zwracają uwagę, że pewne szczegóły dotyczące topografii Helium świadczą o tym, że autor jednak dobrze znał się na cyklu Marsjańskim. Według nich zmiany językowe wynikały z oryginalnej formy powieści, której odbiorcą miały być dzieci. Stąd zrezygnowano z terminologii, która mogła być niezrozumiała dla czytelnika, który nie poznał wcześniejszych przygód Cartera. Tak napisaną opowieść trudno było potem w pełni dostosować do dotychczasowego cyklu. Trzeba bowiem pamiętać, że w tamtych czasach proces edycji utworu był dosyć skomplikowany, a terminy goniły. Wszystko trzeba było mozolnie przepisywać i poprawiać ręcznie.

Jak było na prawdę trudno ocenić. W każdym razie Giant of Mars jest w pełni zamkniętą opowieścią. Oto w trakcie inspekcji farm i ośrodków przemysłowych podległych Helium Dejah Thoris została porwana. Nieznany sprawca szybko się ujawnia. Jest to Pew Mogul, który planuje dzięki hutom żelaza podległym Helium podbić cały Barsoom. Wkrótce John Carter, który wyrusza na poszukiwanie Dejah odkrywa, że Mogul jest jednym z nieudanych eksperymentów Ras Tavasa. Był on jednym z sztucznych ludzi, o których była mowa w Synthetic Men of Mars. Wyróżniał się on jednak na ich tle ogromną inteligencją i tym, że jego ciało nie było do końca sprawne. Miał bardzo małą głowę, a jedno jego oko regularnie wypadało z oczodołu.

Okładka dla dorosłych.
Okładka dla dorosłych.

Pew Mogul nie był jednak sam w swoich planach podboju Marsa. Miał pomoc ze strony rozlicznych uciekinierów z innych miast. Zaproponował im, że przeniesie ich umysły do ciał Białych Małp Marsa, a potem, po podboju planety, dostaną najlepsze ciała, jakie będą dostępne. Nie wiadomo, gdzie i kiedy Pew poznał tajniki procedury przenoszenia umysłu, ale potrafił sobie doskonale z nimi radzić. Miał dzięki temu ogromną armię krwiożerczych istot. Poza Czerwono Umysłowymi Białymi Małpami posiadał także całą „flotę” malagorów”, czyli teoretycznie wymarłych wielkich ptaków Marsa. Największą jego bronią był jednak Joog, czyli tytułowy gigant Marsa. Wielka istota stworzona poprzez zlepianie różnych tkanek, które co gorsza bardzo szybko się reperują. Z taką armią Mogul planuje zająć Helium, kiedy okazuje się, że Dejah nie zostanie wymieniona na tamtejsze huty żelaza.

Carter nie jest jednak sam w swojej walce. Poza nim na kartach powieści pojawiają się także dawno niewidziani Tars Tarkas i Kantos Kan, którzy pomagają mu najpierw w poszukiwaniach Dejah, a potem w walce z agresorami. Historia jest prosta i czytając ją jestem jednak skłonny uznać, że jej autorem był Joe Coleman, a nie Edgar. Nie chodzi tutaj tylko o nietypową, jak na cykl, narracje trzecio osobową (zastosowaną przedtem de facto tylko w Thuvia Maid of Mars), ale także o całą konstrukcje opowieści. Coś wyraźnie w niej szwankuje. Poszczególne elementy nie pasują do siebie.

Druga historia, Skeleton Men of Jupiter, jest już zdecydowanie bardziej w duchu przygód Johna Cartera. Początkowo miała to być pierwsza część składkowej książki w duchu Llana of Gathol. Cztery połączone ze sobą opowieści po publikacji w czasopiśmie miały potem zostać wydane w formie książkowej. Niestety Burroughs napisał tylko pierwszą część. Potem niestety przestał pisać. Trudno powiedzieć, dlaczego, czy winne było zdrowie? Problemy z alkoholem? W każdym razie nagle przestał pisać i już nigdy nie wrócił na Barsoom.

Jednak w trakcie lektury nie czuć, że mamy do czynienia z powieścią napisaną przez autora, któremu kończy się wena. Tempo i pomysły dalej są tam, gdzie powinny być. Historia zaczyna się od przedmowy, gdzie Burroughs, ewidentnie ironicznie, stwierdza, że sam ich nie lubi. Przeważnie przerzuca je, aby szybciej dostać się do właściwej historii. Stąd też czuje się nieswojo zmuszając czytelników do czytania swoich słów. Po tym krótkim wstępie mamy czas na lekturę wprowadzenia napisanego już przez samego Cartera.

Jest to jeszcze bardziej ironiczny tekst. Ze smutkiem stwierdza on, że znowu jego przygody będą sprzeczne z nauką. Jak wiadomo naukowcy twierdzą, że nie można żyć na Marsie, a on żyje. Co gorsza ta historia, którą ma zamiar teraz opowiedzieć będzie jeszcze bardziej niezwykła. Pewnego dnia John Carter został wezwany na lądowisko. Okazało się, że to była tylko próba wyciągnięcia go z pałacu. Został szybko zaatakowany i porwany przez grupę tajemniczych ludzi i wprowadzony na statek siłą. Tam dowiedział się, że został porwany przez Kościstych ludzi Jowisza (Skeleton Men of Jupiter). Jest to dziwna rasa, humanoidy, których skóra pokrywa tak dokładnie kości, że wyglądają niczym szkielety.

Carter w walce z Morgorem.
Carter w walce z Morgorem.

Jak to zwykle bywa w powieściach z cyklu, chcą oni podbić Mars. W tym celu porwali z niego Multisa Para, pochodzącego z rodu panującego kiedyś w mieście Zor, które zostało podbite przez Helium. Żyje on nadzieją zemsty i odzyskania władzy, stąd zgadza się pomóc mieszkańcom Jowisza. W celu realizacji tych planów porwał on swoją krewniaczkę Vaję i poprzez nią zmusił do współpracy jednego z gwardzistów Hellium U Dana. Był on kiedyś żołnierzem w Zor, ale z radością przyjął zmianę władzy, gdyż panujący w tym mieście Zu Tith nie był dobrym człowiekiem. Stąd panowanie Helium było dla niego czymś dobrym i tym większym bólem napawało go to, że aby ratować ukochaną musiał zdradzić swojego nowego jeddaka na rzecz obcych.

Carter został porwany, gdyż Jowiszanie liczyli, że pomoże im w podboju planety. W zamian za pomoc miał dostać z powrotem pod swoje władanie Helium. Oczywiście Carter odmawia, ale Par podrzuca Jowiszanom pomysł na przekonanie go do współpracy. Według niego wystarczyło porwanie Dejah Thoris, gdyż dla niej Carter zrobi wszystko. Było to jednak błędem. Carter nigdy nie zgodziłby się zdradzić swojego miasta, a sama Dejah wolałaby popełnić samobójstwo niż widzieć swoje Helium podbitym.

Do czasu przybycia wysłanego oddziału, który miał porwać księżniczkę, Cartera odesłano do lochów. Nie było one jednak w stanie powstrzymać naszego bohatera. Razem z U Danem i dwoma pozostałymi więźniami ucieka prześladowcom. Dwaj pozostali więźniowie, to jeden z Jowiszan, oraz jeden z niewolników, który pochodził z innej rasy żyjącej na planecie. Okazuje się, że owi kościści Jowiszanie, to nie jedyni mieszkańcy planety. Podbili oni większość jej powierzchni i będąc bardzo wojowniczą rasą nie potrafią się powstrzymać przed dalszą ekspansją. Jednakowoż poza nimi żyła także bardziej pokojowa rasa, która była ich pierwszą ofiarą. Kościści nazywają się Morgorami, natomiast ta druga – niebiesko skóra rasa – używa nazwy Savator.

Carter wraz z towarzyszami porywa statek i udaje im się odbić Dejah Thoris (którą w miedzy czasie sprowadzono na Jowisza) i Vaję, ale w trakcie walki Carter musi zostać z tyłu. Reszta ucieka, a nasz bohater pojmany trafia ponownie do lochów. Tym razem ma być wysłany wraz z innymi niewolnikami jako przeciwnik w specjalnych walkach będących testem męskości dla młodych Jowiszan. Zwyczajowo niewolnicy są masakrowani, a walki w gruncie rzeczy ustawione. Wynik ich z założenia jest znany od początku. Jednak ku zaskoczeniu Morgorów Carter mając wystarczająco wiele czasu był w stanie przygotować niewolników do konfrontacji. W toku zaciętej walki udało im się nie tylko pokonać wielu Kościstych Jowiszan, ale także uciec z miasta, gdzie byli przetrzymywani. Pozostało tylko dotrzeć do jednego z osiedli Savatorów, gdzie Carter miał nadzieje, że udali się jego towarzysze.

Mamy potem jeszcze wiele przygód, ale konkluzji brakuje. Nie wiemy, jak nasz bohater spotkał się ze swoją wspaniałą księżniczką. Historia jest urwana i chociaż czytelnik zapewne zawczasu o tym wie, to i tak smutno jest. Możliwe, że opowieść o Jowiszu nie byłaby jedną z najlepszych w cyklu, ale i tak była przyjemna w lekturze. Warto też dodać, że Burroughs bardzo starannie tworzy inne społeczeństwo, niż to znane z Marsa. Mamy inny język, inną architekturę i bardzo różną roślinność. Robi to wielkie wrażenie. Widać w tym rękę mistrza i osoby doświadczonej w tworzeniu niezwykłych światów.

Język, dużo humoru, sprawiają, że ostatnia powieść z cyklu nie może zostać pominięta przez jakiegokolwiek fana Barsoom. W internecie można znaleźć rozliczne próby dokończenia historii, ale coś mi mówi, że może lepiej, abyśmy nigdy nie dowiedzieli się, co się działo dalej. John Carter był akurat w środku kolejnej wielkiej przygody razem ze swoją ukochaną księżniczką. To jest stan, który jest dla niego naturalny.

Tym wpisem kończę omawianie kolejnych powieści o Barsoom. Nie żegnamy się jednak z samym światem, gdyż pojawią się jeszcze teksty o różnych – według mnie ciekawych – rzeczach związanych z prawdziwym Marsem. Poza tym mamy jeszcze Wenus!

 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.