Matrix^2, czyli komiksy

Rudy, rudy Neo-n.
Rudy, rudy Neo-n.

Robiąc porządki, która to czynność odpowiadała czasem za brak wpisów na stronie, odkryłem w zakamarkach komiksowej kolekcji niepozorną publikację jednego z najbardziej znanych polskich twórców działających w tym medium, czyli Śledzia. Znany z wielu różnych albumów i serii autor ten był mocno związany z wydawanym (a raczej tworzonym) w Bydgoszczy „Światem Gier Komputerowych”. Tam też regularnie ukazywały się różne jego komiksy. W dużej mierze, to dzięki pracy tam cały kraj usłyszał o Śledziu. Dodajmy, że miało to miejsce w czasach, gdy Polski komiks przeżywał kryzys, a już publikacji główno-nurtowych w praktyce nie było. Nie chcę tutaj jednak pisać o rynku komiksowym, a o pewnym małym albumie, czy też raczej zeszyciku. Publikacja, o której tutaj mowa, pochodząca z 2000 roku była dodatkiem do „ŚGK”.

Mowa o Matrix według Śledzia, czyli jak było naprawdę. Całość jest formatu trochę mniejszego niż A5, a wydane zostało na papierze znanym wszystkim czytelnikom prasy komputerowej. Druk na nim jest wyraźny i to pomimo tego, że nie należy on do najgrubszych. Komiks opowiada, jak sam tytuł zapowiada, fabułę Matrixa Wachowskich, acz w zmienionej, parodystycznej, formule. Głównym bohaterem jest Neon pracujący w lokalnej rzeźni, natomiast zamiast Morfeusza i Trinitry mamy Orfeusza i Trititi.

Komiks jest dosyć wierną parodią filmu, gdzie w oczywisty sposób pojawiają się znane wszystkim sceny. Wyrocznia tutaj na przykład pracuje w barze mlecznym, gdzie owe połamane łyżeczki, które widzieliśmy na ekranie, stanowią wyjątkowo duże utrudnienie w codziennym życiu bywalców lokalu. Mamy też w komiksie gumowe kurczaki, które często przewijały się w twórczości Śledzia.

Komiks jest relatywnie krótki, ma ledwie 28 stron i z tego też powodu nie uwzględnia wszystkich filmowych scen. Doskonale jednak służy jako parodia, przy czym bardziej od strony wizualnej, aniżeli tekstowej. Nie ma w nim za wiele zapadających w pamięć dialogów, czy żartów słownych. Koncepcyjnie i stylistycznie mamy tutaj do czynienia z pewną kontynuacją ZAZowo-Brooksowej konwencji parodii filmów. Jest ona skupiona i konkretna, bez niepotrzebnych odwołań do innych produkcji. Jeżeli chodzi o rysunki, to odpowiadają one ówczesnej kresce Śledzia. Czytelnicy „ŚGKa”, od razu rozpoznają rękę twórcy, nawet nie patrząc na okładkę.

Maciek przedewszystkim
Maciek przedewszystkim

Co ciekawe, nie jest to jedyna komiksowa polska parodia Matrixa, która została wydana na naszym skromnym rynku. Oto przenosimy się o cztery lata w przyszłość względem komiksu Śledzia. Mamy rok 2004 rok i wydawnictwo Mandragora przeżywa szczyt swojego rozwoju, który wkrótce miał się przerodzić w kryzys. W ramach swej działalności opublikowało ono mniej poważne komiksy spółki Adler i Piątkowski (o których seriożniejszych publikacjach już tutaj było w postaci tekstu o Status 7). Owym dziełem były dwie części przedruków z “Resetu” w postaci 48 stron i Drugie 48 stron. Dodajmy, że wydawnictwo zastosowało raczej marnej jakości klej w tych komiksach. Nie o tym jednak będzie, a o kontynuacji 48 stron. Mandragora, jak też i autorzy postanowili spróbować czegoś na naszym rynku niespotykanego. Chodzi o projekt „Prawie 48 stron”. Była to próba wprowadzenia na polski rynek prawie amerykańskiego systemu wydawania komiksów. W miarę często miały się pojawiać w kioskach kolejne zeszyty, wydawane w formacie B5. Ze względu na zwiększoną częstotliwość ukazywania się kolejnych komiksów zmieniła się objętość i zamiast „dawniej” tytułowych 48 stron, było właśnie owe prawie, czyli nieomalże amerykańskie 28 stron.

Właśnie w 2004 roku wydano album Maciek/Komix: Rewelacja. Fabularnie była to kontynuacja poprzednich zeszytów opowiadających o przygodach bohaterów całej serii 48 stron, czyli Górskiego i Butcha. Przez cały czas poszukują oni sensu komiksu nie mogąc go odnaleźć. W Maćku/Komixie uwaga skupiała się jednak nie na głównych bohaterach serii, a na dotąd pobocznych postaciach. Chodzi tutaj o Jerry’ego Collinsa i dziewczynę imieniem Maciek. To ona pełni w komiksie rolę Trinitry, a Jerry jest Neo.

Zaznaczmy jednak, że o ile Śledziu szedł wiernie filmowym scenariuszem, to Adler i Piątkowski traktują go raczej jak punkt wyjścia, stąd też mamy dosyć długą dygresję o Hellgoy’u i Lidze Polskich Niezwykłych Dżentelmenów. Pojawiają się także w dużych ilościach komentarze na marginesach. Dowcip jest tutaj bogatszy i różnorodniejszy, niż w Jak to było naprawdę. Adler bawi się także od czasu do czasu stylizacja rysunków na pracę innych autorów, co mu wychodzi całkiem zgrabnie.

Różnica pomiędzy obydwoma komiksami w rzeczy samej wychodzi z podejścia do parodii. O ile w przypadku zeszytu Śledzia jest to parodia konkretnego utworu, gdzie żarty podporządkowane są oryginalnej opowieści, tak Adler/Piątkowski mają zdecydowanie więcej swobody. Ich komiks bardziej przypomina filmowe UHF, czy inne filmowe „totalne” parodie. Pozwala to na umieszczanie w komiksie nie tylko aluzji do innych tekstów kultury, ale na wprowadzenie długich dygresji, które będą dotyczyć rzeczy niezwiązanych z główną ofiarą parodii. Takie podejście sprawia, że dowcip może być bardziej różnorodny, a i zdecydowanie lepiej zrozumiały dla kogoś, kto nie zna dobrze materiału wyjściowego. Stąd też po już 10 latach od premiery Maciek/Komix dalej śmieszy, natomiast Jak to było naprawdę już trochę mniej. Od czasu jego premiery mieliśmy kolejne części Matrixa i poza nielicznymi fanatykami film już mało kogo obchodzi w takim stopniu, aby interesujące było uśmiechanie się z żartów, które opierają się na fascynacji materiałem wyjściowym.

Nie oznacza to, że komiks Śledzia jest zły, ale raczej, że gorzej się zestarzał. Choć raczej należałoby powiedzieć, że to Matrix źle zniósł upływ czasu. Przypuszczam jednak, że dla większości czytelników tej strony upływ czasu nie ma znaczenia, bo dla „nas” Matrix był przecież w kinach ledwie wczoraj.

Leave a Reply

Your email address will not be published.