Niemiecki Matrix (Welt am Draht)

Niemiecka kinematografia jest dosyć specyficzna. Większość z nas znam na pewno wielu reżyserów, czy też aktorów. Jednakże pomimo pewnego respektu, jakim darzony jest chociażby Werner Herzog, to filmy z za naszej zachodniej granicy nie są u nas tak znane jak te z Francji, Włoch, czy Wielkiej Brytanii. Co pewien czas mamy zaskakująco popularną produkcję, która przebija się do świadomości nawet nieuważnego kinomana. Warto zaznaczyć, że w porównaniu do sytuacji, jaka panowała przed wojna, to mamy do czynienia z dramatyczną wręcz zmianą, czy też poniekąd upadkiem niemieckiej kinematografii. Chodzi tutaj nie tylko o walory artystyczne, ale i komercyjne. Niemcy, wbrew dosyć powszechnej opinii, także za Hitlera produkowały wiele wybitnych filmów. Oczywiście po 1933 roku wiele z nich miało czasem mocno dwuznaczną wymowę. Nie chodzi tu tylko o produkcje niejako wzorowej propagandystki Leni Rieffenstahl, ale także o tak z pozoru niewinne produkcje jak Titanic, czy też „austriacki” Bel Ami. Ekranizacja powieści Guy’a de Maupassanta w wydaniu nazistowskim miała pokazywać jak zdemoralizowana jest Francja. Natomiast opowieść o katastrofie morskiej służyła przekonaniu widzów, że kapitaliści i Żydzi to samo zło.

 

Po wojnie, szczególnie w młodym pokoleniu twórców, modne było walczenie ze wszystkim, co uważali oni za faszyzm. Czasem jak się czyta ich wyobrażenie o tym, czym była i jest ta ideologia, to przychodzi załamać ręce. W każdym razie uważali się oni za dzielnych bojowników ze wszelką reakcją i burżuazją, częstokroć opływając w całkiem pokaźny majątek. Jednym z takich twórców był Reiner Werner Fassbinder. On to w 1973 roku zekranizował powieść Daniela F. Galouye Simulacron-3. Powstały film, Welt am Draht, czyli Świat na drucie, to tak na prawdę dwuczęściowy miniserial przygotowany dla jednej z niemieckich telewizji. Każda część ma po około 100 minut, czyli w sumie chętnego widza czeka ponad 3 godzinny seans.

Napisy film ma ładne. Proste, a efektowne.

Film dzieje się w niby latach 70-tych. Nie mamy żadnych nowoczesnych elementów technologicznych, czy też innych rzeczy, które wskazywałyby na niezwykłość i nierealność świata poza jednym superkomputerem. Zacznijmy jednak od początku, opowieść Fassbindera zaczyna się od wizyty przedstawiciela ministerstwa w Institut für Kybernetik und Zukunftsforschung, czyli Instytucie Cybernetyki i nauk przyszłości. Dyrektor instytutu, Herbert Siskins, prosi o rozmowę z nim profesora Henry’ego Vollmera, który nadzoruje superkomputer odpowiedzialny za tworzenie symulowanego świata z 9000 „istot”. Żadna nie zdaje sobie sprawy z prawdziwej natury ich istnienia. Rozmowa z przedstawicielem okazuje się katastrofą, Vollmer jest na skraju załamania nerwowego i w dosyć bełkotliwy sposób mówi o czymś niezwykłym. Odesłany do innego pomieszczenia rozmawia z dyrektorem od bezpieczeństwa i ochrony IKZ Güntherem Lause o swoich podejrzeniach. Nie wiemy, co dokładnie mówi, ale nagle w trakcie rozmowy wybiega i zostaje potem znaleziony martwy przy jednym z elementów superkomputera.

Następca Vollmera, Fred Stiller, w trakcie jednego z bankietów spotyka Lause, który zaczyna mu relacjonować rozmowę, jaką miał z profesorem. Nagle jednak, po ledwie paru słowach znika. Stiller zaskoczony próbuje dowiedzieć się, co się stało z jego rozmówcą. Rozmawia z wezwaną w tej sprawie policją, lecz nic pewnego nie jest ustalone. Równocześnie Siskins naciska na Stillera, aby ten zgodził się wykorzystać symulację w celach biznesowych. On się jednak temu zdecydowanie opiera. Co gorsza nagle okazuje się, że nikt nie znał Lause, a dane na jego temat znikają z komputera firmy.

Wielość światów i zagubienie bohatera jest bardzo wyraźnie podkreślana w amerykańskim plakacie do filmu.

Stopniowo wszyscy w otoczeniu Stillera zaczynają podejrzewać go o obłęd. Otaczający go świat podlega różnym drobnym zmianom. Dostaje nową sekretarkę, a i zaczyna się spotykać z córką profesora Vollmera Evą. Jednakże w pewnym momencie także i Eva znika, a pewne dokumenty jej ojca, jakie były w jej posiadaniu, przestają istnieć. Na tym nie koniec dziwnych zdarzeń, gdyż w pewnym momencie, kiedy Stiller jedzie samochodem na chwile znika droga. Już szczytem niezwykłości jest jego wizyta w symulowanym świecie, gdzie rozmawia z Einsteinem – jednostką kontaktową łączącą świat wirtualny z realnym. Zdaje sobie on sprawę, jako jedyny, że jest jedynie programem, co powoduje u niego daleko idącą depresję. W trakcie tej dosyć chaotycznej rozmowy Stiller, tuż przed powrotem do rzeczywistości, co jest robione poprzez rozmowę telefoniczną, dostrzega w tłumie symulowanych jednostek Lause. Okazuje się, że Vollmer w ramach dowcipu wprowadził do symulacji postać kolegi. Dodajmy tutaj też, że świat tej symulacji wygląda niczym wyjęty z kabaretu. Wszyscy mają nienaturalny kolor skóry, a i poruszają się trochę sztucznie. Kolory są inne, a zdjęcia sprawiają wrażenie, że były kręcone nieostrym obiektywem.

Stiller zaczyn mieć stopniowo podejrzenia, co do przyczyn dziwnego zachowania jego poprzednika. Pojawiają się u niego wątpliwości, czy to, co go otacza jest prawdziwe. Pewnym przełomem jest, kiedy odkrywa, że Einstein przeniósł się do ciała jednego z pracowników IKZ. Udaje się go usunąć, ale wśród jego okrzyków pada stwierdzenie, że jeszcze nie spełnił swojego celu, to jest życia w prawdziwym świecie. Po tej rewelacji mamy jeszcze blisko dwie godziny prób zamordowania Stillera przez nieznanych sprawców i serię kolejnych dziwnych wydarzeń. Gdzieś w tle przewija się krytyka biznesu, który brutalnie wykorzystuje naukę.

Sama jednak fabuła filmu jest prosta jak drut i właściwie trudno uzasadnić długość filmu. Cały Welt am Draht wypełniony jest nic niewnoszącymi scenami, gdzie bohaterowie niby rozmawiają ze sobą, a tak na prawdę ze ścianą. Scenariusz i fabuła nie dają odpowiedniej ilości materiału, w związku, z czym mówiąc wprost film jest strasznie nudny. Szczególnie mocno czuć to w drugiej części, gdzie właściwie wszystkie karty są rozdane, ale i tak oglądamy jeszcze godzinę szamotaniny głównego bohatera. Co więcej czasem nie do końca wiadomo, dlaczego poszczególni bohaterowie zachowują się tak, jak jest to pokazane w filmie. Mamy nawet takie dziwne sceny jak ta gdzie Stiller strzela z broni myśliwskiej w ptaka, który wleciał do jego chatki w lesie. Na jego nieszczęście ptak znajduje się obok butli z gazem. Kiedy w końcu Stillerowi udaje się zabić zwierze, to nagle ucieka, poczym cała chatka wybucha. Niby wiadomo, że trafił w butlę, ale jak zdążył uciec przed eksplozją?

Portugalczycy wolą natomiast skupić się na niezwykłościach.

Film może nie byłby tak drażniący, gdyby był dobrze zagrany. Niestety mamy do czynienia z umiejętnościami aktorskimi na poziomie najgorszych spektakli teatru telewizji. Fred Stiller krzyczy, wykrzywia twarz i „cierpi” tak nachalnie, że widz nie może się doczekać, aż zdarzy mu się coś złego. Postaci kobiece poruszają się i zachowują niczym pozbawione uczuć wieszaki na ubrania. Pewna złośliwość nakazuje podejrzewać, że Fassbinder wybierał aktorów ze względów towarzyskich. Totalny brak dobrze zagranej roli w tym filmie sprawia, że tego typu podejrzenia, choć może nie na miejscu, mają pewne uzasadnienie.

Ktoś może powiedzieć, że źle zagrane rolę są pewnym założeniem. Mają sprawić, że dla widza świat stanie się nienaturalny. Coś takiego zaprezentował nam Mamoru Oshii w Avalonie, gdzie w świecie gry nasi aktorzy byli dosyć mocno „drewniani”. Jednakże o ile tam ten motyw grał i dodawał pewien element klimatu filmu, to tutaj nie możemy o tym mówić. W dużej mierze, dlatego, że w Avalonie było to robione w sposób nie nachalny – aktorzy nie krzyczą i nie jęczą. W filmie Fassbindera mamy do czynienia z tak niejako agresywnym złym aktorstwem, że ciężko jest znieść więcej niż kilka minut filmu.

Na tym jednak nie koniec wad Welt am Draht. Za kolejną można uznać strasznie monotonną pracę kamery. W wielu scenach widać, że nie była ona odpowiednio przygotowana, bo porusza się za bardzo w jednym kierunku, a potem koryguję ujęcie. Jest kilka interesujących kadrów, ale nie ma ich wystarczająco wiele, aby zaintrygować widza. Jedynie chyba muzyka miejscami jest ciekawa. Trochę krautrockowa, choć żaden utwór nie zapada specjalnie w pamięci.

Jak widać film Fassbindera nie przypadł mi do gustu. Co zabawne jest on wymieniany jako jedna z domniemanych inspiracji Matrixa. Wskazuje się na to, że i w tym filmie bohaterowie przenoszą się pomiędzy jednym, a drugim światem, przy użyciu telefonu. Jest to jednak jedyny element wspólny pomiędzy tymi dwiema produkcjami, może poza przeraźliwą nudą Matrixa 2. Jestem jednak, jeżeli patrzeć na opinie na temat Welt am Draht, w mniejszości. Co więcej czytając niektóre uwagi na temat twórczości Fassbindera można dojść do wniosku, że wszystkie wymienione przeze mnie wady są tak na prawdę zamierzonymi środkami artystycznego wyrazu. Wynikałoby z tego, że nie byłem w stanie dostrzec wspaniałości i artyzmu filmu Fassbindera. Kajam się i wracam do produkcji, które są na moim poziomie, a które oceniam znacznie wyżej niż ten produkt niemieckiej kinematografii. Może obejrzę jeszcze raz Galaktykę Terroru?

 
 
 
 

3 comments

  1. Ależ ten świat jest mały:) W poniedziałek byłem na spektaklu, który odbywał się w ramach Krakowskich Reminiscencji Teatralnych. Gdy tylko zacząłem czytać Twój wpis, od razu zorientowałem się, że ja oglądałem teatralną adaptację filmu:)

    Co dziwne moje wrażenia były podobne do Twoich:) Z tymże spektakl był dobrze zagrany, ale było w nim mnóstwo niepotrzebnej bieganiny, chaotycznych krzyków i szamotaniny. W pewnym momencie siedziałem i pytałem siebie WTF? Bo intryga sama w sobie była banalna i prosta do przewidzenia:)

    Dodam, że nie wiedziałem na co dokładnie idę:)
    Tutaj link do info o spektaklu:

    http://krt-festival.pl/?p=3946&lang=pl

    A po obejrzeniu sztuki i przeczytaniu Twojego wpisu chyba sobie daruję oglądanie filmu.

    • hihnttheadmin says:

      Przyznam, ze ciekawie wyglada pomysl robienia sztuki na podstawie filmu na podstawie ksiazki. Czekac tylko az ktos ja zekranizuje i wyda nowelizacje!

Leave a Reply

Your email address will not be published.