Preria, miasteczko, sześciostrzałowiec, bez Manitou, ale za to z Alienem (Oblivion)

Typowe, spokojne smiasteczko na Dzikim Zachodzie czeka na swojego typowego pokrytego łuską bandytę

Całkiem niedawno na naszych ekranach gościł film Kowboje i Obcy wyreżyserowany przez znanego z Iron Manów Jona Favreou. Nie osiągnął on zbyt dużego sukcesu kasowego, a i, co trzeba dodać, wielu widzów kręciło nosem na tę produkcję. Dosyć duża część zarzutów dotyczyła samego pomysłu połączenia westernu i filmu s-f. Opowieść, gdzie w jednej scenie pojawia się obcy z innej planety i kowboj prowokowała do uśmieszków i nabijania się z głupiego Hollywood. Od razu w związku z tym zaznaczę tutaj, że jeżeli czytelnikowi takie połączenie nie odpowiada, to może już przestać czytać ten tekst, bo omawiana przeze mnie produkcja zdecydowanie mu się nie spodoba.

Kowboje i Obcy nie byli pierwszym filmem, który łączył te dwa gatunki filmowe. Pomijając nie do końca udany weird westowy Bardzo dziki zachód Barry’ego Sonnenfelda, mieliśmy jeszcze nisko budżetowy film Oblivion. Będę chciał o nim napisać parę zdań, także i dlatego, że przypuszczam, że nikt o nim nie słyszał, a warto się z nim zapoznać. Został on wyprodukowany przez Charlesa Banda, człowieka, który był takim gorszym Rogerem Cormanem lat 80-tych i początku 90-tych. Ostatnio produkuje filmy w stylu Delta Delta Die. Głównie robi on horrory i nisko budżetowe filmy s-f. Do połowy lat 90-tych były one kupowane przez wytwórnie Paramount, która wysyłała je od razu na kasety VHS. Od razu dodajmy, że taki model biznesowy był na tyle opłacalny, że Band tworzył kolejne filmy, które w większości zostaną zapomniane, a nieliczne unieśmiertelnione przez MST3K. Na tym tle Oblivion wyróżnia się zdecydowanie.

Od razu zaznaczę, nie jest to dobry film, a zarazem jest fenomenalny. Ta pozorna sprzeczność jest stosunkowo prosta do wytłumaczenia. Mamy oto do czynienia z produkcją, która jest parodią, a zarazem hołdem dla westernów i całej gamy klisz, które w nich występują. Zacznijmy od pozytywnych bohaterów: mamy niewinną wdowę Mattie Chase – właścicielkę sklepu – która przybyła na „dziki zachód” za namową męża, lecz zamiast szczęścia musiała go pochować. Jest Doc Valentine lekarz, golibroda i fryzjer w jednym, a poza tym i mechanik, który oczywiście jest także alkoholikiem. Mamy także dosyć swobodnie zachowującą się właścicielkę Salonu, który jest zarazem szykownym (na miarę zapadłej dziury) domem publicznym, czyli Miss Kitty. Także i uczciwego szeryfa możemy odhaczyć, a i znajdzie się miejsce dla wysokiego, posępnego właściciela zakładu pogrzebowego o odpowiednio posępnym imieniu Gaunt. Dodajmy także, że tenże wzbudza przerażenie u wszystkich osób, gdyż zawsze pojawia się wtedy, kiedy ktoś umrze. Na dodatek świetnie łapie ciało, nim to dotknie ziemi.

Kto jest złym? Głównym przestępca ma jedno oko, jest mroczny i bezwzględny, a do pomocy ma zestaw dobrze dopracowanych współpracowników. Naszą wyliczankę zacznijmy od Lash, czyli seksualnie bardzo swobodną kobietę ubierającą się w czarną skórę i wymachującą pejczem, która jest oczywiście kochanko-wspólniczką głównego złego. W grupie bandytów znajdzie się miejsce dla Latynosa Wormhole, który każdą swoją kwestię musi kończyć tańcem przypominającym flamenco. Będzie jeszcze bandyta, który chce przejąć władzę nad grupą, jak i kochanką szefa, oraz typowy przygłup o aparycji odrzuconego z plemienia neandertalczyka, który posiada adekwatne imię: Bork. Zestaw bohaterów niczym marzenie każdego widza westernów klasy b.

Oblivion jednak proponuje trochę odmienną historię. Zamiast miasteczka na dzikim zachodzie mamy miasteczko na dzikiej planecie. Całość opowieści dzieje się mianowicie gdzieś pośród gwiazd, na zapomnianej dziurze, gdzie jedynym środkiem utrzymania ludzi jest wydobywanie minerału zwanego draconium. Dlaczego on jest tak cenny, trudno powiedzieć, poza tym, że w jego pobliżu nie działają żadne urządzenia elektryczne. Na tym jednak nie koniec, bowiem główny zły jest przedstawicielem rasy gadopodobnych istot, których kończyny mogą odrastać. Stąd też dosyć ciężko go zabić. Zapomniałem jeszcze dodać, miasteczko Oblivion, bo od jego nazwy wziął się tytuł filmu, ma dobrego szeryfa, którego zastępczyni, Stell Barr, jest cyborgiem. W tej roli mamy wspaniałą Meg Foster znaną choćby z He-Mana. Kobieta o oczach zimnego zła (tak, powtarzam się z moją fascynacją jej oczami, ale każdy, kto widział jej zdjęcie musi się ze mną zgodzić, że są one niesamowite).

Na początku filmu główny zły, zwany Czerwonym Okiem wyzywa szeryfa miasteczka na pojedynek. Ten pewny siebie, gdyż jego życia broni pole siłowe wydobywające się z gwiazdy szeryfa, staje na przeciwko przeciwnika na środku głównej ulicy. Wszyscy mieszkańcy w napięciu obserwują starcie, którego efekt jest zaskoczeniem. Dobry stróż prawa ginie zabity przez Czerwone Oko. Zakopał on draconium w takim miejscu, że wyłączył on gwiazdę. W tej sytuacji przedsiębiorca pogrzebowy wyrusza odnaleźć syna szeryfa i sprowadzić go do miasta rządzonego teraz przez bandytów.

W między czasie tenże syn szeryfa, Zack Stone, odnajduje na pustyni związanego Indianina pozostawionego na śmierć. Ma on zostać zjedzony przez wielkie skorpiony, takie około4 metrówwysokości. Na szczęście dla niego syn szeryfa ratuje go z opresji. Buteo, bo tak ten czerwonoskóry ma na imię, stracił całą rodzinę. Została ona zamordowana przez bandytów. W związku z tym przez cały film wypowiada on typowe Winetou-mądrości, które wygłasza z tęgą miną Siedzącego Byka. Po rozmowie z Gauntem udają się oni do miasteczka, gdzie początkowo Zack nie chce się mieszać w walkę z bandytami. Jest on bowiem empatą i czuje ból, oraz cierpienie innych. Zdecydowanie utrudnia to jemu kontakty z ludźmi, a już szczególnie z przestępcami. W końcu jednak musi on stanąć po stronie prawa i pokonać bandytów grasujących w miasteczku.

Główną zaletą Oblivion nie jest jednak brawurowe łączenie westernu z filmem s-f. Do pewnego stopnia film ten radziłby sobie bez elementów obcej planety, ale dodają one jemu bardzo fajnego szalonego nastroju. Tak na prawdę siła filmu polega na wspaniałych dialogach i dobrej zabawie. George Takai grający Doca Valentine’a co chwila żartuje sobie ze Star Treka. Inni aktorzy przesadzają w swojej grze do tego stopnia, że aż przyjemnie jest patrzeć, jeżeli się pamięta o konwencji. Gaunt grany jest przez Carela Struyckena, jednego z najwyższych aktorów świata znanego choćby z Twin Peaks i trudno sobie wyobraźić lepszą śmierć od niego. Jest posępny, mroczny, a przy tym dorabia w swoim zakładzie pogrzebowym organizując w każdy czwartek bingo.

Gdyby Oblivion traktować poważnie, to trzeba uznać ten film za koszmarnie wręcz słaby. Jeżeli jednak bierze się go takim, jakim on w rzeczywistości jest, czyli zabawą dla widzów, którzy oglądali przynajmniej kilka westernów, to jest to jeden z najbardziej odprężających filmów. Wybacza mu się wtedy źle zrobione strzelaniny, czy też dosyć prostą fabułę. Można je wręcz uznać za dalsze granie konwencją kina klasy b. Dzięki temu połączeniu widz ma półtorej godziny dobrej zabawy, a czy nie o to właściwie chodzi w kinie?

 

 
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.