Doktor dalej straszy (7 sezon nowego Doctora Who)

Wreszcie miałem czas i okazje obejrzeć ostatni sezon Doctora Who, to znaczy 7 nowej wersji. Wcześniej naczytałem się licznych żali fanek i fanów, jak to Stephen Moffat niszczy ten serial. Wydawać by się mogło, że twórca ukochany za CSI dla ubogich, to znaczy Sherlocka*, jest równocześnie wcieleniem zła i zakałą ludzkości. Nie będę tutaj wdawać się w omawianie poszczególnych podnoszonych zarzutów, napiszę natomiast o moich wrażeniach na temat tego, co zrobiono z Doktorem. Nie jest żadną tajemnicą, że mam bardzo złe zdanie o nowym Doctorze Who.

 Dlaczego to zaznaczam? Okazuje się, że podczas oglądania 7 sezonu można dostrzec właściwie prawie wszystkie zarzuty, jakie miałem do tego serialu. Zacznę jednak od jednej zalety, którą warto podkreślić. Główna linia fabularna istnieje i chociaż uważam ją za zdecydowanie żenującą, to jednak nie można odmówić tego, że Moffat w przeciwieństwie do RTD próbuje opowiedzieć jakąś historię przez cały sezon. Poszczególne elementy są zwyczajowo przeciągnięte, a i zakończenie całej opowieści pojawia się nagle i bez powodu, ale coś tam widać w poszczególnych odcinkach.
Pondowie, tylko czemu bez eksterminacji?
Pondowie, tylko czemu bez eksterminacji?

Na tym jednak właściwie kończą się zalety i zaczynają wady. Przy ich omawianiu będą spoilery, więc sumiennie ostrzegam. Zacznijmy może od najbardziej poważnego, czyli podejścia Moffata do postaci kobiecych. Clara Oswald reprezentuje sobą chyba największy problem, jaki jest obecny w nowym Doctorze. Okazuje się, że dla scenarzystów nie ma normalnych kobiet. Zawsze musi być w nich coś specjalnego (nie charakterologicznie, a „nadnaturalnie”), aby mogła trafić na TARDIS. No chyba, że jest ładną idiotką, albo w jakiś inny sposób poprzekręcaną postacią. Patrząc na to można dojść do wniosku, że stary serial kręcony w czasach, kiedy BBC było jeszcze bardziej nieprzyjaznym kobietom miejscem, był zarazem zdecydowanie bardziej otwarty na nie. Przy czym pomimo mojej zdecydowanej niechęci odnośnie całej koncepcji Clary, jako kolejnej „magicznej” dziewczyny, to musze przyznać, że nie doprowadzała mnie do takiej furii, jak Pondowie.

Tutaj zresztą widzimy kolejny problem, o którym wspominałem poprzednio. Ktoś powinien nauczyć Moffata, jak zabija się bohaterów. Natomiast, jeżeli wszystko miało polegać na tym, że chcemy się pozbyć tej rodzinki, to można było ich po prostu zostawić na Ziemni. Zamiast tego niby ich zabijamy, ale też nie, bo muszą być szczęśliwi i to niby smutne zakończenie jest tak przesłodzone, że miałem już miejscami ochotę rzucić czymś w ekran. Tym bardziej, że jak już wspominałem, stary serial potrafił tak zabijać, jak i pokojowo pozbywać się towarzyszy. Niestety nowy musi mieć dużo pseudo-dramatyzmu.

No, ale też czymś trzeba wypełnić pustkę scenariuszową. To jest zresztą ciekawa sytuacja, gdyż ewidentnie pod koniec sezonu brakowało czasu na jakieś rozplanowanie głównej opowieści, natomiast poszczególne odcinki w gruncie rzeczy spokojnie mogłyby być krótsze o 20 minut i nic by nie straciły. Znowuż jest to kontynuacja problemów całego serialu, który widać wyraźnie, jest sztucznie rozdęty. Nawet udany i pomysłowo zrobiony odcinek Hide zyskałby wiele, gdyby go skrócić i choćby usunąć bieganie, które zastępuje fabułę. Najmocniej widać to w The Rings of Akhaten. Gdyby wyciąć zapychacze w rodzaju tandetnego przejścia przez targ, to z odcinka zostałyby może trzy, czy cztery sceny.

W paru miejscach widać, że twórcy starali się zrobić coś nowego, jak ma to miejsce w A Town Called Mercy, ale od razu widać, że coś im nie do końca wychodzi. Mamy tutaj odcinek westernowy, który nic z Dzikiego Zachodu nie ma. Nawet ładne krajobrazy nie pomagają, co jest tym smutniejsze, że mamy wcześniejsze odcinki Doctora, które lepiej wykorzystywały ten i inne motyw mając znacznie mniejszy budżet i możliwości. Jak ktoś nie wierzy, to niech obejrzy problematyczne The Gunfighters z Pierwszym. Zresztą brytyjska telewizja także w innych serialach o wiele lepiej sobie radziła z westernem, żeby przypomnieć mocno niepokojący odcinek The Prisoner, czy też Czerwonego karła z Gunmen of the Apocalypse. Zaznaczę też, że A Town reprezentuje także i inny dramatyczny problem noweg Doctora. Doskonale rozumiem potrzebę tolerancji i pokazywania społeczeństwa multi-kulti, ale Afro-amerykański pastor na Dzikim zachodzie bardziej pasuje do Płonących siodeł.

Także i przeciwnicy Doktora pozostawiają sporo do życzenia. Tak, jeżeli chodzi o dobór, jak i sposób ich wykorzystania. Spokojnie można było zrezygnować z powtórki z Daleków i z Cybermenów, którzy są już tak zgrani, że parę lat przerwy w ich aktywności w serialu, tylko by dobrze im p

W kosmosie łatwiej spotkać Daleka, aniżeli próżnie
W kosmosie łatwiej spotkać Daleka, aniżeli próżnie

osłużyło. Tym bardziej, że mam wrażenie, że nikt przy produkcji serialu nie pilnuje, aby poszczególne odcinki z Dalekami, czy Cybermenami pasowały do siebie. Dotyczy to zresztą także tego, jak dokładnie udaje się podróżować TARDIS.

„Nowi” przeciwnicy, to w większości także powtórki, tylko sięgające głębiej w historie serialu. Wielka inteligencja, jeden z ciekawszych przeciwników Doktora, został jednak tutaj sprowadzony do poziomu podrzędnego przeszkadzacza, który ma jakiś plan, czy spisek, ale w gruncie rzeczy nie wiadomo, po co się pojawia. Także i sposób pozbycia się go niebezpiecznie przypomina żenadę z Masterem. Natomiast samotny Ice Warrior robi wrażenie nie tylko niedopracowanego, ale i cierpiącego na brak celu egzystencji. Pasuje jednak do całej serii sztucznych i na siłę zrobionych nawiązań do klasycznego serialu. Ktoś chyba przypomniał sobie, że skoro zbliża się 50 rocznica serialu, to wypadałoby jakoś mocniej nawiązać do historii. Niestety owe odniesienia przywodzą raczej na myśl buszowanie po wikipedi, aniżeli jakieś poważniejsze przemyślenia.

Tutaj zresztą zrobimy małą dygresję. Oglądając zapowiedzi i czytając informacje na temat zbliżającego się odcinka rocznicowego ze smutkiem stwierdzam, że mentalność BBC od czasu kasowania taśm niewiele się zmieniła. Właściwie powinni zmienić zapowiedzi i zamiast mówić o 50 leciu, to stwierdzić, że to jest 8 rocznica. Miałoby to więcej wspólnego z tym, co chcą nam pokazać. Smutne to i żenujące, ale chyba dla fanek i fanów ważniejsza jest pełna cierpienia twarz Tennanta, aniżeli Sylvester McCoy. Szkoda, że JJ Abrams miał więcej przyzwoitości robiąc nowego Star Treka, niż BBC.

Podsumowując, przyznam, że nie rozumiem narzekań na ostatni sezon Doctora Who. Nie dlatego, że uważam, że był to dobry sezon. Wręcz przeciwnie, jest on tak samo żenujący i niedopracowany jak poprzednie. Prezentuje te same błędy i wady, jakie miał on od 2005 roku. Moffat w żadnym stopniu nie sprawił, że ten serial stał się gorszy. On tylko kontynuuje linię wyznaczoną przez RTD i jego nieprzemyślane pomysły. Co może sprawiać, że ten sezon wydaje się słabszy? Chyba to, że konwencja biegania bez celu już zwyczajnie nuży. Zaletą klasycznego Doctora była zmienność. Także, jeżeli chodzi o sposób prowadzenia opowieści i to, na jakich podstawach jest ona skonstruowana. W nowym natomiast wałkowany jest jeden motyw maratonu. Pytanie, kiedy wreszcie dobiegną do mety?

 

*stwierdzenie to może zostać uznane za prowokacje, ale taka była moja pierwsza myśl jak zobaczyłem fragment tego serialu.

 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.