Zmierzch Marvela (The Avengers)

Plakat zbiorczy, jest wspaniałym przykładem mizogini (kobieta jest mniejsza!), rasizmu ("czarnego" nie dosc, ze zmniejszamy, to jeszcze ustawiamy za kobietą!). Poza tym, to bardzo brzydki plakat!
Plakat zbiorczy, jest wspaniałym przykładem mizogini (kobieta jest mniejsza!), rasizmu (“czarnego” nie dosc, ze zmniejszamy, to jeszcze ustawiamy za kobietą!). Poza tym, to bardzo brzydki plakat!

Dopiero niedawno miałem okazje obejrzeć The Avengers. Film, który nie tylko zarobił bardzo dużo pieniędzy, ale także wzbudził zachwyt w szeroko rozumianym internecie. W wielu miejscach można było poczytać, jaka to wspaniała produkcja, a o ilości gifów, czy innych grafik lepiej już nie mówić. Zdobył on także, co rzadko spotykane w przypadku ekranizacji komiksów, raczej przychylne recenzje profesjonalnej krytyki filmowej. Pomimo tego entuzjazmu ludzi nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony do Avengersów. Mówiąc wprost, nie oczekiwałem, że się zachwycę, ale liczyłem na całkiem przyjemny film. Na takie zdystansowane podejście nie miał wpływu wybór Jossa Whedona na reżysera i scenarzystę opowieści o Marvelowych bohaterach. Nigdy nie zapisałem się do jego fandomu i zdecydowanie nie rozumiem szaleńczej wręcz miłości niektórych ludzi do tego twórcy.

Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: Whedon ma bardzo duży problem z prowadzeniem swoich opowieści. Jeżeli weźmiemy na warsztat jego ostatni serial, czyli Dollhouse, to widać, to bardzo wyraźnie. Serial ma bardzo powolny początek. Dopiero gdzieś około połowy sezonu nabiera tempa, które ponownie traci wraz z początkiem drugiego. W dużej mierze składność, jak i dobre tempo opowieści zawdzięczamy temu, że serial został skasowany i dano Wheddonowi 5 odcinków na jego zamknięcie. Dzięki temu zrezygnował on ze zbędnych scen i skupił się na fabule.

Wracając jednak do Avengersów. Mamy do czynienia z pewnym popisem koncepcji Disney’a odnośnie ekranizacji komiksów. Bardzo szybko podjęto decyzję o połączeniu poszczególnych filmów o super bohaterach i stworzenia z nich serialu kinowego. Do pewnego stopnia nie różni się on od produkcji, które trafiają na małe ekrany, gdzie przez kolejne początkowe odcinki poznajemy bohaterów, a potem zaczyna się właściwa akcja. Avengers jest tutaj swego rodzaju podsumowaniem pierwszego sezonu. Do jego premiery mieliśmy pojedyncze produkcje o Kapitanie Ameryce, Thorze, Hulku (filmu Anga Lee nie liczymy) i wyróżniającego się na tym tle Iron Mana, którego mogliśmy oglądać już dwa razy. Ta czwórka wraz z pomniejszymi bohaterami mieli tworzyć ekipę, która będzie ratowała ziemię przed zagrożeniami.

Wszystko zaczyna się od tajemniczego zachowania niebieskiego sześcianu i rozbudowanej eksperymentalnej technologii w jednostce badawczej należącej do Shield. Na miejscu pojawia się Nick Furry, który przybywa uratować sytuacje. Niestety okazuje się, że nie jest w stanie niczego zrobić, a w pomieszczeniu laboratorium dochodzi do małej eksplozji, z której wychodzi Loki. Przejmuje on kontrole nad umysłami kilku osób obecnych na sali i ucieka z sześcianem. Nick Furry rozumiejąc grozę sytuacji postanawia zebrać wszystkich znanych sobie super bohaterów. Razem odzyskają inkryminowany sześcian i uratują świat.

Następnie mamy godzinną sekwencje jak owi bohaterowie najpierw są rekrutowani, a potem gadają o niczym. W miedzy czasie udaje im się pojmać Lokiego, który ewidentnie dał się złapać. Co więcej, chociaż miał jedną świetną okazję do ucieczki, to zamiast skoczyć do lasu siedział sobie na górce i patrzył jak pozytywni bohaterowie wzajemnie okładają się pięściami. Oczywiście nikt nie ma żadnych wątpliwości, żeby w tej sytuacji zabierać go do bazy, która jest z wielu powodów bardzo podatna na atak.

Ktoś może stwierdzić, że się czepiam. To prawda, ale spowodowane jest to tym, że sam film się bardzo mocno podkłada. Warto zauważyć, że fabuła bardzo mocno kuleje, jest porwana i chaotyczna. Niektórzy bohaterowie bez powodu zmieniają swoje zachowanie. Hulk, który jest niepohamowanym szaleństwem nagle staje się sojusznikiem. Nie bardzo wiadomo, dlaczego. Także i kłótnie pomiędzy poszczególnymi bohaterami są robione bardzo na siłę, tak jakby najpierw nakręcono film o kolegach, a potem ktoś wymyślił, że będą się oni nie lubić, przy czym nie określił, jakie są tego przyczyny.

Zresztą tutaj pojawia się pewien problem odnośnie owych bohaterów i aktorów ich grających. W praktyce wszyscy są marną przygrywką dla Tony’ego Starka. Żaden nie jest równorzędnym partnerem, co więcej, żaden nie ma odpowiedniej charyzmy, aby sprawić, by wyglądali oni realistycznie. Bardzo mocno to widać ilekroć Kapitan Ameryka próbuje przemawiać. Słuchając go stwierdzam, że nigdy nie wykonałbym jego rozkazu. Podobnie Thor, który może i jakoś wygląda niczym bóg, ale jest zwyczajnie nudno zagrany i jego „totemem” jest przynudzanie.

No, ale dobrze, mamy Starka, to może, chociaż fabuła pozwala mu zabłyszczeć? Nie za bardzo, gdyż jej w praktyce nie ma. Nie jestem fanatykiem poglądu, że opowieść powinna mieć początek i koniec. Nie bez powodu oglądałem z uwielbieniem LuckyStar, gdzie fabuła jest jakimś abstrakcyjnym tworem. Nie zmienia to tego, że nie lubię, kiedy próbuje mi się wmówić, że historia proponowana przez twórców ma jakiś cel. Jest jej tyle, że jeżeli wytniemy dłużyzny, które nadymają scenariusz, to okaże się, że zamiast ponad dwóch godzin, mógłby on trwać jakieś 45 minut i to uwzględniając wszystkie sceny akcji.

Dlaczego? W duże mierze związane jest to z bardzo złym prowadzeniem opowieści. Właściwie nie wiadomo, po co ponownie przedstawiani są nam bohaterowie. Co więcej, dwójka, która rzeczywiście jest mniej znana z filmów, czyli Czarna Wdowa i Hawkeye, są potraktowani bardzo pomacoszemu. Scarlett Johanson służy tylko, aby na planie była kobieta w lateksowym wdzianku, a Hawkeye, aby… był. Ktoś może zapytać, że przecież nie zrozumiemy filmu, jeżeli nie znamy bohaterów, a nie każdy oglądał poszczególne części serialu. Zgadzam się, ale to można akurat pokazać w przyśpieszonym tempie. Nie potrzebujemy do tego godzinnej ekspozycji. Zresztą to, że można bardzo sprawnie i szybko pokazać wszystkie postaci widać od Expendables, gdzie poprzez trzy sceny wiemy, kim są poszczególni najemnicy (ważna czwórka). Także niedawno w Hobbicie głównych krasnoludów poznajemy w przeciągu pierwszych kilku minut seansu i już wiemy, kim są i do czego zmierzają. To wszystko pomimo tego, że mamy znacznie więcej bohaterów, niż ma to miejsce w przypadku Avengers.

Whedon niestety poszedł na łatwiznę. Nie będę tutaj nawet wspominać o wręcz kuriozalnym podobieństwie fabuły i efektów specjalnych do Transformerów 3. Inni się już wystarczająco na ten temat wyzłośliwiali. Zaznaczę jedynie, że jak w filmie mamy wreszcie wielką bitwę, to nijak jej nie widać. Można wręcz odnieść wrażenie, że ktoś zdefraudował pieniądze, bo ciężko dostrzec te 220 milionów dolarów. Także i taktyka napastników sprawia, że zaczynam doceniać dowódców w Star Wars: The Clone Wars. Dotąd myślałem, że tępe iście w prostej linii na przeciwnika, to szczyt głupoty. Patrząc na popisy armii złych w Avengers, stwierdzam, że jednak ludzie z LFL znają się na taktyce.

Zaraz po obejrzeniu filmu dosyć prowokacyjnie stwierdziłem, że mamy do czynienia z Marvelową wersją Zmierzchu. Odnoszę się tutaj do filmu, a nie nieprzeczytanej przeze mnie książki Stephenie Meyer. Modnym jest mówienie, jaka to zła ekranizacja jeszcze gorszej powieści. Przy czym większość osób nigdy nie oglądała filmu. Smutna prawda jest bowiem taka, że nie mamy tutaj do czynienia ze złym filmem, ani tym bardziej dobrym. Zmierzch jest, na swoje nieszczęście, li tylko strasznie przeciętnym filmem. Gdyby był gorszy, to byłby całkiem zabawną komedia, gdzie moglibyśmy śmiać się z jego tandetności. Jednak na cały seans mamy jedynie jedną scenę, kiedy rzeczywiście możemy się uśmiechnąć na widok świecącego wampira. Przeciętność oznacza zarazem, że nie ma właściwie niczego, co sprawia, że odczuwamy jakieś pozytywne myśli do danego filmu. W związku z tym przeciętność jest największym przekleństwem dla twórców. Nigdy nie pojawi się on na de facto dwóch najciekawszych „listach” dla ludzi interesujących się kinem: najlepszych i najgorszych produkcji.

Avengers jest takim właśnie Zmierzchem. Nie można odmówić pewnej zręczności technicznej. Na dłuższą metę okazuje się, że film Whedona jest zwyczajnie przeciętny, usypiający, gdzie zamiast Edwarda Cullena mamy równie nijakiego i nudnego Thora. Nuda i tyle. 

 
 
 
 
 
 
 

2 comments

  1. Strzyga says:

    W końcu ktoś się nie zachwyca nad tym filmem. Yeah.

    Z czego mam zastrzeżenie: w Hobbicie przedstawienie krasnoludów jednak trwało trochę więcej niż “kilka minut” i momentami było nudnawe. Ale faktycznie tak czy siak było lepsze niż w Avengersach.

    A co do Zmierzchu – zmierzch nie jest filmem złym. Myślę, że przeciętnym też nie, chociaż nie wiele lepszym. Problem Zmierzchu, zarówno filmu jak i książki jest taki, że w 90% jest oglądany nie przez tą grupę wiekową do której jest kierowany. Z resztą poniekąd to też trochę wina twórców. Tu jest ten sam problem co z Harrym Potterem. Pierwsze książki były skierowane do dzieci i było to oczywiste. Natomiast dalej okazywało się, że książka/film powinny być min. +16, jak nie +18. Podobnie jest ze Zmierzchem. Pierwsze dwie części są ckliwą, romantyczną opowiastką dla nastolatek, natomiast dalej robi się ciężej, dochodząc do tego, że w 4 części wampirza matka walczy o życie swojego wampirzego dziecka… WTF? Z dwojga złego, lepiej dla nich by było, jeśli skończyłoby się na tym, że wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie ogołacając okoliczne stacje krwiodawstwa (;
    Z resztą to, że ostatnia część jest bardzo nie trafiona potwierdziły też wyniki filmu… Które jedynie u nas były jakieś sensowne. W stanach był porażką.

    Taka dygresja (;

Leave a Reply

Your email address will not be published.