Co szumi w bitach (Muzyka gier komputerowych i inne sprawy)

Co pewien czas różni „blogerzy” zajmujący się kulturą próbują pokazać czytelnikom, że mają szerokie horyzonty. Jedną z metod udowodnienia, że nie zajmują się oni tylko książkami, albo tylko filmami jest rzucenia hasła „gry komputerowe”. Bardzo często już po drugim zdaniu można stwierdzić, że autor takiego tekstu jest laikiem w tym temacie, albo w ostateczności jest osobą bardzo młodą. To drugie ma o tyle znaczenie, że gry komputerowe, to nie tylko ostatnie lata, czy nawet dekada. Nie będę się nawet bawił w wskazywanie pierwszej gry komputerowej. Zamiast tego zwracam uwagę, że już na przełomie lat 70-tych i 80-tych standardem było produkowanie gry jako dodatku do popularnego filmu. Mamy do czynienia z przemysłem rozrywki, który jest już na swój sposób wiekowy, a co najważniejsze, nie jest prawdą, że dopiero teraz „dorósł”, jeżeli chodzi o charakter i formę.

Powinienem może zrobić tutaj przegląd najważniejszych produkcji, albo rozpisywać się na temat dziwnych pomysłów autorów innych takich list. W gruncie rzeczy na temat każdego takiego tworu można by zrobić osobny tekst, który analizowałby poprzez dobór tytułów, z kim mamy do czynienia. Nie widzę jednak celowości czegoś takiego. Przeważnie autorzy zakrzykną o subiektywizmie, albo też zignorują jakąkolwiek krytykę, a do „pisania” mam lepsze tematy. Zamiast tego proponuje przypomnieć sobie, że muzyka do gier to nie tylko czasy po 2000 roku, w ostateczności japońscy kompozytorzy. To jest właśnie temat, o którym aż przyjemnie się pisze i zapraszam w związku z tym, na skromny wybór kilku ciekawych ścieżek dźwiękowych.

Zaczniemy może od „najnowszej” gry z tych omawianych tutaj, czyli Outlaws. Firma Lucas Arts zrobiła rzecz bardzo dziwną. W 1997 roku byliśmy już po Quake’u. Wszędzie atakowała nas grafika 3D, a tylko nieliczni zwracali uwagę, że przeważnie była ona znacznie brzydsza od dwu wymiarowych sprite’ów, z którymi walczyliśmy w Wolfenstein 3D, Duke’u, czy Dark Forces. Lucas Arts było doskonale świadome sytuacji, stąd pełną parą szła wtedy produkcja Jedi Knighta, czyli drugiej części Dark Forces. Osadzona w świecie Gwiezdnych Wojen opowieść o dalszych przygodach najemnika i komandosa pracującego dla rebelii Kyle’a Katarna ściągała uwagę wszystkich. W jej cieniu powstała jednak, co najmniej równie ciekawa, inna gra. Czyli właśnie Outlaws, które wykorzystywało silnik Dark Forces. Nie trzeba mówić, że kilka lat, jakie upłynęło od premiery tych dwóch gier, było całą epoką, jeżeli chodzi o jakość grafiki, ale co warto odnotować, nie czuło się tego tak bardzo. W tamtych czasach Lucas Arts projektowało naprawdę dobre silniki gier.

Outlaws było nietypową produkcją nie tylko, dlatego, że wykorzystywało przestarzałą technologię. Innym elementem ją wyróżniającym była tematyka. Mieliśmy oto strzelankę dziejącą się na dzikim zachodzie. Walczyliśmy z wyjętymi spod prawa, biegaliśmy po pędzących pociągach rzucając laski dynamitu i oddając salwy z winchestera. Co ważne jednak, wszystko to robiliśmy słuchając w tle wspaniałej muzyki. Clint Bajakian skomponował ścieżkę dźwiękową wyraźnie inspirowaną twórczością Ennio Moricone, ale na tyle samodzielną, że nie można oskarżyć go o plagiat. Kiedy tylko słyszymy takty muzyki, to wiemy, że przebywamy na prerii, a w dłoni mamy sześciostrzałowca. Przed nami krwawa zemsta, a za nami równie krwawa tragedia, która pchnęła nas do wymierzania sprawiedliwości różnym złym ludziom.

Nic dziwnego, że wielu graczom zdarzało się na tyle mocno zasłuchać w muzyce, że ginęli. Po prostu zamiast skupić się na walce z przeciwnikami słuchali smutnych skrzypiec. Jest to na swój sposób największy komplement, jaki można dać twórcy muzyki. Różne inne produkcje, które osadzały akcje na dzikim zachodzie nie były w stanie zbliżyć się do maestrii Bajakiana, a i wydaje się, że on sam nie skomponuje już doskonalszej ścieżki dźwiękowej. Mamy oto małe arcydzieło.

Jednak na tej grze nie koniec, jeżeli chodzi o wspaniałą muzykę, jak i o gry Lucas Arts. Na długo nim Johny Deep pomalował twarzy i został piratem powstała inna produkcja, która wzbudza w pełni zrozumiałą fascynację graczy. Secret of Monkey Island było przygodówką, w której gracz wcielał się w Guybrusha Threepwooda. Ten młody człowiek chciał zostać piratem i dlatego udał się na jedną z wysp Karaibów. Jak to często bywa w grach komputerowych, od razu wpakował się w kłopoty. Z jednej strony zakochał się w pani gubernator, a z drugiej naraził się groźnemu piratowi Le Chuckowi.

 Gra została wydana w 1990 roku i od razu okazała się jednym z większych sukcesów rynkowych. Oto mamy produkcję pełną humoru i żartów. Niektóre zagadki były na tyle absurdalne, że aż trudno pojąć skąd mogły one przyjść do głowy autorom. Sama forma rozgrywki nie wystarczyłaby, aby stała się ona tak popularna, w czasach, kiedy co miesiąc wychodziła dobra przygodówka. Niewątpliwie jednym z elementów, który pomógł jej stać się tak sławną była skomponowana przez Michaela Landa muzyka. Chwytliwe reggae-podobne melodie od razu zapadały w pamięć i to pomimo tego, że twórcy musieli korzystać z dosyć ograniczonych w owym czasie możliwości komputerów IBM PC, jeżeli chodzi o dźwięki. Nagrana jako pliki midi szybko doczekała się poprawionej wersji, bo w 1992 Secret of Monkey Island pojawiło się na rynku w edycji na płycie CD. Tutaj jednak widać od razu siłę dobrej kompozycji, melodie zachwyca nie ważne, czy mamy lekko piskliwe dźwięki midi, czy „orkiestrową interpretacje”, albo wręcz koncert skandynawskich rockmanów.

By jednak jeszcze na chwile zostać przy pierwszej połowie lat 90-tych, a i wykorzystać owych rockmanów musimy przeskoczyć do innej platformy sprzętowej. W 1993 roku komputery Amiga były jeszcze ważną częścią rynku. Bardzo wiele gier wychodziło tylko na A500, czy A1200, a użytkownicy Pecetów w dalszym ciągu zazdrościli jakości grafiki, jaką te teoretycznie słabsze maszyny, potrafiły zaprezentować. W tym to wspaniałym roku 1993 Sensible Software, prawdopodobnie jedna z najważniejszych firm produkujących gry komputerowe, wypuściła na rynek Cannon Fodder. Ta czarna komedia opowiadająca o wojnie sprowokowała długie dyskusje w prasie i wszelakie kontrowersje związane z jej kampanią reklamową, choć w porównaniu do takiego Blood, to nie było nic „strasznego”.

W każdym razie w grze dowodziliśmy oddziałem żołnierzy i wykonywaliśmy różne misje. Koncepcja bardzo prosta, jednak tym, co sprawiało, że ciężko było się oderwać od gry była duża ilość bardzo rozrywkowej masakry. Kule, granaty i krew lały się strumieniami. Czego chcieć więcej? Jednak z każdą misją mocno wywrotowy charakter produkcji był coraz bardziej wyraźny. Oto zamiast radośnie drużyną przechodzić kolejne misje, wirtualny cmentarz zapełniał się naszymi podopiecznymi. Jakoś tak robi się smutno na myśl, że wysłaliśmy na śmierć tylu różnych potencjalnych bohaterów Tronu.

Jednak nie o tym chce, a o muzyce Jona Hare. Kiedy gra uruchamiała się uderzała nas radosna melodia z równie chwytliwym tekstem, wojna nigdy nie była taka fajna (war never been so much fun). Z każdym kolejnym powtórzeniem z coraz większym uśmiechem powtarzamy tę frazę, gdyż jest wręcz wspaniała. Zresztą wiele o jakości kompozycji mówi to, że kiedy kilka lat później wydano wersje Cannon Fodder na GameBoy Advanced, to muzyka została nominowana do nagrody BAFTA. Tak jak w przypadku muzyki z Secret of Monkey Island, jest ona wspaniała także wtedy, gdy słyszymy ją w wykonaniu Skandynawów (i to w szalonej wersji).

Pisałem jednak, że mówimy o przemyśle wiekowym, a tu tylko same lata 90-te! Skoczmy w związku z tym do 1983 roku, kiedy to na ZX Spectrum wydano wspaniałą platformówkę Manic Miner. Niezwykle trudna, kolorowa i dziwaczna produkcja stała się wielkim przebojem. Zapisała się też w historii tego komputera tym, że posiadała muzykę puszczaną w trakcie rozgrywki. Ze względu na ograniczenia sprzętowe stała ścieżka dźwiękowa była uznawana za rzecz niemożliwą do osiągnięcia na popularnej spectrumnie. Jednakże twórcy Manic Minera Matthew Smithowi udało się do gry dodać melodie. Nie jest może ona najwspanialsza, ale nie można jej odmówić uroku.

Zresztą kontynuacja, Jet Set Willy, posiadała już znacznie bardziej rozbudowaną muzykę. Wyraźnie lepiej brzmiącą. Warto tutaj jednak dodać, że nie były to oryginalne kompozycje, a jedynie adaptacje klasyków. Inaczej było w przypadku Lazy Jones. Muzyka z tej gry na tyle była chwytliwa, że wiele lat później, kiedy C64 przykryła warstwa kurzu Zombie Nation oparło na niej swój przebój Kernkraft 400. Lazy Jones było dosyć przyjemną grą będąca w istocie zbiorem minigierek, które nie odbiegały pod żadnym względem od standardu, ale były odpowiednio wciągające.

Podobnie rozbudowaną i godną zapamiętania jest muzyka z Green Berets. W pierwszej części jest ona w gruncie rzeczy zastanawiająco przygnębiająca biorąc pod uwagę, że gra była dosyć toporną produkcją z gatunku beat’em up (czasem u nas zwanych chadzankami). Gracz szedł, a raczej permanentnie biegł w prawo i należało zabijać kolejnych przeciwników, albo ich omijać. Przy użyciu noża, ale też i cięższej broni. Było to bardzo trudne, ale zarazem bardzo dynamiczne i wciągające. Do tego nastroju doskonale pasuje druga część muzyki, która brzmi niczym wzięta z filmu z Sylvestrem Stallone.

W tym duchu mamy też muzykę z Last Ninja. Nie będę tutaj rozpisywać się na temat rozbudowanej historii, jak ta gra powstawała. Zamiast tego skupie się na zasadniczym elemencie, czyli prostym stwierdzeniu: jest to jedna z najlepszych gier w historii. Połączenie przygodówki i bijatyki okraszone bardzo dobrą grafiką, którą i dzisiaj odbiera się dobrze sprawia, że dalej chce się w nią grać. Muzykę do pierwszej części stworzył Ben Daglish, który był jednym z najbardziej znanych twórców muzyki do gier na C64. Sława i pieniądze były w pełni zasłużone, co słychać po prostej, orientalizującej melodii, która będąc nowoczesną brzmi tak, jak powinna brzmieć ścieżka dźwiękowa o czasach szogunatu. W odpowiednich momentach dynamiczna, w innych mroczna. Zawsze jednak starannie skomponowana i rozbudowana.

Czas jednak kończyć ten sentymentalno-wściekły wpis. Starzy ludzie zapłaczą i może wyjmą z szafy swoje C64, Atari, albo chociaż uruchomią emulator, czy DOSBoxa. Od razu zaznaczę, że nie wymieniłem tutaj nawet połowy dobrych melodii, jakie powstały na potrzeby gier komputerowych. To jest jedynie przegląd kilku tytułów, które akurat wpadły mi do głowy. Gdybym go pisał w przyszłym tygodniu, to może dodałbym Super Frog, Interstate 76, czy też Władcę. Pisałem jednak teraz i taki zestaw mi wyszedł. Jedno mogę napisać na koniec, bardzo brakuje porządnej książki o historii gier komputerowych, bo stopień niewiedzy w tym względzie jest przerażający. Obawiam się, że z każdym rokiem będzie coraz gorzej niestety.

 
 
 
 

3 comments

  1. Misiael says:

    “Co pewien czas różni „blogerzy” zajmujący się kulturą próbują pokazać czytelnikom, że mają szerokie horyzonty. Jedną z metod udowodnienia, że nie zajmują się oni tylko książkami, albo tylko filmami jest rzucenia hasła „gry komputerowe”. Bardzo często już po drugim zdaniu można stwierdzić, że autor takiego tekstu jest laikiem w tym temacie, albo w ostateczności jest osobą bardzo młodą”

    Widzę, że czytasz bloga Zwierza Popkulturowego.

Leave a Reply

Your email address will not be published.