Przez gry do gier, czyli krótki przegląd po grach na C64

Oto zapowiadany, spóźniony wpis. Kiedy pisałem o Commodore C64 zapowiadałem, że będę do tematu jeszcze wracać. Takoż i czynię, przy czym teraz skupie się na opisaniu i omówieniu kilku ciekawych gier, w które można było grać na tym komputerze. Ten przegląd będzie miał pewną myśl, acz w pełni wyjaśni się ona w zakończeniu tekstu.

Ostatnio dużo się mówi o dachu Stadionu Narodowego, dlatego zaczniemy od jednej z ciekawszych i bardziej interesujących gier w piłkę nożną. Nim jednak będziemy o niej mówić musimy wspomnieć o pewnej ważnej rzeczy. Wiele lat temu było parę firm, które gwarantowały wysokiej jakości rozrywkę. Za takie można uznać Sierrę, czy LucasArts, ale także i Microprose. Produkowali oni bardzo różnorodne tematycznie gry komputerowe. Chociaż Sierra jest znana w gruncie rzeczy tylko z przygodówek, które wypuszczała masowo (różnego rodzaju QuestyPolice Quest, czy Space Quest). Spośród nich najbardziej wszechstronny był Microprose, który produkował gry o bardzo różnej tematyce. Jedną z nich było Microprose Soccer, czyli wspomniana gra w piłkę nożną. Gracz miał do wyboru dwa tryby rozgrywki. Pierwszym była normalna piłka nożna, a drugim piłka halowa – poza terenem różna była ilość zawodników w drużynach. Gra teoretycznie była prosta, jeden przycisk na joysticku odpowiadał za podawanie piłki, sprint, ale także strzelanie. W zależności od długości jego trzymania osiągaliśmy odpowiedni efekt. Jednakże byłoby to dosyć nudne, gdyby nie pewne specjalne dodatki. Pierwszym była możliwość podkręcania piłki. Trzymając spust należało przesuwać joystick w odpowiednim kierunku. Można było w ten sposób dosyć efektownie strzelać na bramkę, acz miało to pewne wady, mianowicie tak jak się samemu atakowało bramkę, to także należało samemu kierować bramkarzem. W związku z tym potrzeba było bardzo dobrego refleksu i umiejętności szybkiego przestawiania się z roli piłkarza w polu na tego, który ma łapać piłkę. Teoretycznie brzmi to dosyć prosto, ale w rzeczywistości było to bardzo skomplikowane. Poza tym mecze potrafiły mieć i inne niespodziewane okoliczności. Mianowicie mogło zacząć padać. Deszcz całkowicie zmieniał, to, jak przebiegał mecz. O ile normalnie wślizg był w linii prostej na dosyć określoną długość, to, kiedy zaczynało padać, nijak nie można było przewidzieć, w jakim kierunku i na jaką długość poleci zawodnik. W tej sytuacji tak samo atak, jak i obrona były bardzo chaotyczne i czasem zdarzało się, że poprzez niewprawny wślizg można nawet było strzelić samobója. Zaznaczmy jednak, że w grze dachy działają w związku, z czym w meczach halowych tego typu niespodzianek nie było, ale za to boisko otoczone było ścianami. Można je było wykorzystać podczas ataku choćby odbijając od nich piłkę, tak, aby trafiła do bramki.

Skacz niczym Adam Małysz w 1985

No, ale skoro piszemy o sporcie, to watro dodać, że mieliśmy także i inne zawody, które mogły odbywać się na ekranie telewizora. W większości przypadków tego typu gier rozgrywka polegała na przesuwanie joysticka z wychylenia w prawo na lewo i z powrotem, przy czym liczyło się tak tempo, jak i prędkość tej czynności. Te gry były bardzo wymagające tak, jeżeli chodzi o koordynacje ruchową, ale także, jeżeli chodzi o sprzęt. Bardzo często było słychać, jak plastik joysticka ledwo wytrzymuje naprężenia. Jedną z ciekawszych gier tego typu było Winter Games. Dzięki niej można było odtwarzać różne zawody z szeroko rozumianej Olimpiady Zimowej. Można było w związku z tym walczyć w biatlonie, jaki w bobslejach. Jednakże z tego grona najciekawsze były skoki narciarskie. Nie wymagały one żadnych szaleństw z joystickiem, zamiast tego potrzebne było odpowiednie skupienie gracza. Trzeba było w odpowiednim momencie odbić się od progu przy użyciu spustu, a następnie pilnować odpowiedniej pozycji skoczka. W tym przeszkadzał wiatr, który potrafił przesuwać go, wyginać itp. Na koniec zaś, kiedy już udało nam się przypilnować skoczka, to należało w odpowiednim momencie znowu nacisnąć spust i wylądować z obowiązkowym telemarkiem. Jeżeli się spóźnilibyśmy, albo zbyt szybko chcieliśmy lądować, to efektem była widowiskowe zderzenie z powierzchnią ziemi. Gra była bardzo przyjemna, acz zdecydowanie dużo zyskiwała, jeżeli można było grać w większej grupie. Można było wtedy tworzyć własny turniej, a i żywa konkurencja odpowiednio pobudza do walki.

Szybciej, bo nas dogania!

Sport, to nie tylko bieganie, ale także wyścigi. Jednymi z pierwszych fajnych ściganek było Pit Stop 2. Gra firmy Epyx charakteryzowała się bardzo przyjemną grafiką, ale nie w tym należy upatrywać jej sukcesu. W dużej mierze był on spowodowany przez odtworzenie realnie istniejących torów, oraz, co szczególnie ważne: można było grać z drugim – żywym – przeciwnikiem na jednym komputerze. Ekran był wtedy dzielony na połowę i można było oddać się emocjom, gdy jeden gracz kierował swoim bolidem na dole, a drugi tym na górze. Ważnym elementem wyścigu było wymienianie opon i uzupełnianie paliwa. Uderzając o inne samochody, albo dotykając pobocza przyśpieszało się zużywanie opon. Dodawało to napięcia, gdyż samemu kierowało się wszystkimi osobami w pit stopie. Odpowiednio wyćwiczony gracz mógł zyskać dużą przewagę nad przeciwnikiem, dzięki odpowiednio szybkiej wymianie wszystkich opon. Chociaż gra nie miała nigdzie powiedziane, że chodzi w niej o Formułę 1, to było to dosyć oczywista adaptacja tych wyścigów.

Giń!

Skoro jednak jesteśmy przy różnych zawodach sportowych, to warto wspomnieć o żeglarstwie. Przy czym przyznajmy, że samo pływanie szybko się nudzi, więc możemy do zestawu dodać szermierkę. No i tak, aby wykończyć temat: działa. Tak oto przechodzimy do gry Sida Meiera: Pirates. Jest to jedna z najbardziej znanych jego produkcji, obok Cywilizacji i Kolonizacji. Piraci doczekali się aż dwóch poprawionych wersji, to znaczy Pirates Gold i Sid Meier’s Pirates. Obydwie charakteryzowały się poprawą grafiki, tak, aby spełniała ona wymagania współczesnych graczy, jak i wychodziły na popularne na owym czasie platformy sprzętowe. Pirates natomiast wydano w zamierzchłych latach 80-tych (tzn. 1987). Zaznaczmy, że pełny tytuł gry, to Sid Meier’s Pirates, gdyż już wtedy jego nazwisko było wystarczającym magnesem dla graczy. Nie były to jeszcze czasy gwiazdorstwa twórców gier, gdyż te miały miejsce w połowie lat 90-tych wraz z Ferrari i modelkami, ale widać było, że się one zbliżają.

Płyn!

Gra wszyła najpierw na Commodore C64 i, co trzeba zaznaczyć, są wyraźne różnice w tym, jak prowadzi się rozgrywkę pomiędzy wersją pierwotną, a remakami. Warto w związku z tym przypomnieć, jak to kiedyś pływało się na morzu Karaibskim. Gra zaczynała się od wyboru nacji i innych „cech” bohatera, poczym przechodziło się do rozgrywki. Gracz wcielał się w buntownika na pokładzie statku, który poprzez pojedynek szermierczy z poprzednim kapitanem przejmował go pod swoje panowanie. W ten sposób rozpoczynała się przygoda. Na początku trafiamy do portu i możemy się zapisać do służby dla wybranej frakcji. Następnie udajemy się do tawerny, słuchamy plotek i zbieramy załogę. Początkowy statek jest marny, ale może uda się zdobyć coś lepszego potem. Wyruszamy na łowy i płyniemy za celem. Po pewnym czasie trafiamy wreszcie na statek, który jesteśmy w stanie pokonać. Najpierw ostrzał z dział a następnie zbliżenie się do abordażu, ale ostrożnie, aby nie oberwać nagłą salwą z bliska. Już w zwarciu rzucamy się na kapitana przeciwnego statku i serią szybkich ciosów zamieniamy go na plasterki. Mamy teraz łup i drugi statek. W tej sytuacji wypadałoby wrócić do naszego portu, tylko gdzie on był? Zobaczmy, co nam powie słońce. Czytelnik się pewnie teraz zdziwi, jak to słońce? Otóż w Pirates na C64 ustalało się położenie statku przy użyciu pomiaru wysokości słońca, które robiło się samemu. Co więcej, w grze nie było mapy, więc aby zlokalizować poszczególne miasta należało je odwiedzić, a następnie ustalić ich położenie. Co więcej, wielu miejscowości występujących w grze nie dało się znaleźć na współczesnych normalnych mapach, a nawet jak się je znalazło, to okazywało się, że nie znajdując się one tam, gdzie powinny. W ten sposób gracz pomiędzy kolejnymi napadami notował w notesie dane dotyczące kolejnych miast, aby, w razie czego móc szybko do nich trafić. No chyba, że posiadał jakimś cudem oryginalną grę, bo wtedy na końcu instrukcji mógł znaleźć wszystkie potrzebne informacje… no, ale kto (w Polsce) miał oryginały na C64? Nie licząc może gier wydawanych przez LK Avalon. Oj, zdobywało się różne karawele i galeony, a łup wypełniał luki. Prawie jak w Monkey Island, ale to akurat temat na inną opowieść.

Zaczęliśmy nasz krótki przegląd od gry firmy Microprose i na niej kończymy, gdyż Pirates zostało wydane przez właśnie tę firmę. Smutnym jest to, że została ona w dużej mierze zapomniana i podobnie jak wielu innych producentów gier pamiętana jest tylko przez nieliczne grono fanatyków. Gdyby nie oni nie mielibyśmy wielu wspaniałych gier, a co za tym idzie godzin spędzonych przed komputerem. Podobnie smutny los spotkał Epyx, które po latach triumfu nagle zbankrutowało. Firmy szybko się pojawiały, błyszczały wspaniałym blaskiem, aby zniknąć i już nikt o nich nie pamięta.

 
 
 
 
 

2 comments

Leave a Reply

Your email address will not be published.