Aktorskie mięśnie kreskówki (He-Man i Masters of the Universe)

Tak powinny wygladać wszystkie plakaty!
 

Na długo nim Transformery i GI Joe pojawili się na ekranach kin także i inne zabawki przekraczały granicę pomiędzy plastikiem, a taśmą filmową. Przykładem takiego bohatera jest bardzo dobrze znany w Polsce He-Man, na którym wychowały się całe roczniki dzieci. Trzeba tutaj od razu zaznaczyć, że podobnie jak kilka innych zabawek, od początku był on robiony z zamiarem połączenia go z szeroko rozumianym kinem. Firma Mattel tworząc zestaw figurek równocześnie była sponsorem serialu animowanego opowiadającego o przygodach He-Mana i jego radosnej gromady w walce z mrocznym Szkieletorem. Tak zabawki, jak i serial okazały się sporym sukcesem finansowym. Co ciekawe Mattel szybko jednak zauważył, że jest on oglądany w Stanach głównie przez chłopców i uznał to za problem. Miał jednak pomysł jak go rozwiązać. Zamiast – jak to miało miejsce w wielu przypadkach – zmieniać w jakikolwiek sposób He-Mana i czynić go bardziej przyjaznym dla dziewczynek, postanowił stworzyć nowy serial oparty na podobnym schemacie i osadzony w tym samym uniwersum. Tak powstała postać She-Ra. Opowieść o niej była bardzo mocno sfeminizowana i była bardziej poważną prekursorką Xeny. Wystarczy powiedzieć, że wszystkie silne postaci w tym serialu były kobietami. Była to duża różnica względem serialu o He-Manie, gdyż tam były silne drugoplanowe postaci kobiece, których odpowiedników brakowało w opowieści o She-Ra.

Od razu zaznaczmy, że nim powstał serial firmy Filmation, która pracowała dla Mattela, to He-Man w trochę innej wersji pojawił się na kartach komiksów. Tam był zwykłym barbarzyńcą w duchu Conana. Natomiast w serialu mieliśmy do czynienia z podwójną tożsamością księcia Adama, który, kiedy pojawiało się niebezpieczeństwo, krzyczał swoje słynne: Na potęgę posępnego czerepu (Trzeba przyznać, że dźwięk tego okrzyku jest niesamowity. Ktoś z naprawdę dobrym słuchem wymyślił całą sekwencje). Sukces serialu był całkiem spory, ale warto o nim pamiętać nie tylko, dlatego, że wychował on całkiem sporą grupę chłopców (i dziewczynek – choć w mniejszym stopniu; niestety nie wiem, jak pod tym względem wyglądała widownia She-Ra). Okazuje się bowiem, że scenariusze do tego serialu pisały późniejsze gwiazdy, takie, jak J. Michael Straczyński, czy Paul Dini znany szerzej z pracy nad serialem o Batmanie.

A tak niestety wszystkie wyglądają

Każdy serial ma jednak koniec i w końcu He-Man zniknął z ekranów telewizorów. Pomimo tego, jako że rzeczywistość nienawidzi próżni, a Mattel braku pieniędzy, to postanowiono w innej formie kontynuować historię. Ktoś wpadł na ryzykowny pomysł, aby nakręcić film z aktorami opowiadający o przygodach He-Mana. Tak powstał Masters of the Universe. Film, o którym chce dzisiaj trochę opowiedzieć. Od razu zaznaczmy, że nie jest to żadne arcydzieło. Okazał się zresztą całkiem sporą porażką w Box Officie i choć początkowo planowano nakręcenie drugiej części, to w związku z problemami finansowymi wytwórni, zamiast niej powstał film Cyborg (wykorzystywał on także scenografie zrobioną do planowanego Spider-Mana). Co więcej, raczej powszechnie uważa się Masters of the Universe za zły film, a przynajmniej zdecydowanie nieudany.

Wydaje mi się, że jest to jednak zdanie przesadzone, choć wiele można zarzucić tej produkcji. Zacznijmy jednak, od krótkiego opisu fabuły. Eternia jest podbita przez Skeletora, wkrótce stanie się on władcą nieśmiertelnym, czy też wręcz bogiem. Niestety dla niego, choć pokonał prawie wszystkich przeciwników, to został jemu jeszcze jeden wróg: He-Man, który wymknął się jego siepaczom. Pomagają jemu Duncan i Teela, czyli dwie dobrze znane z serialu postaci. Cała trójka chce razem stawić opór siłom zła. Widz szybko zauważy, że brakuje tutaj ukochanego przez wielu Orko. Spowodowane to było zbyt dużymi kosztami efektów specjalnych, jakie byłyby wymagane, aby mógł on się pojawić. Zamiast niego na ekranie mamy Gwildora, hobbito-krasnalo podobną istotę. Jest on świetnym twórcą kluczy, choć dodajmy, że chwile wcześniej mamy zapewnienia o braku potrzeby robienia zamków na Eterni… oj co tam. W każdym razie Gwildor jest kluczową postacią filmu. Okazuje się, że to wykonane przez niego urządzenie dało Szkieletorowi przewagę w walce z siłami dobra. Chodzi mianowicie o Kosmiczny Klucz, czyli przyrząd pozwalający otwierać „tunele czasoprzestrzenne”, dzięki któremu zdobył on przewagę nad siłami dobra. He-Man i ekipa szybko przekonują Gwildora, aby im pomógł i razem przenoszą się do zamku Posępnego czerepu, gdzie chcą uwolnić Czarodziejkę (która przez cały film nic nie robi poza staniem w polu siłowym) i powstrzymać Szkieletora. Szybko jednak muszą uciekać z zamku, gdyż wbrew ich planom siły przeciwnika są zbyt liczne. Uruchamiają w związku z tym ponownie Klucz i przenoszą się w losowe miejsce. Jak to zwykle bywa tym losowym miejscem jest Ziemia. Na szczęście nie Cardiff.

Cała czwórka potworków

Oczywiście nasi bohaterowie lądując na naszej planecie gubią Klucz, który wpada w ręce pary nastolatków. Chłopaka, który uważa się za przyszłą gwiazdę rocka i dziewczynę, która jest sierotą po tym, jak jej rodzice zginęli w wypadku lotniczym. W pościg za He-Manem Szkieletor wysyła Sauroda, Blade’a, Bestię i Karga, czyli barwny zestaw potworów. Ich wygląd jest bardziej ciekawy, aniżeli racjonalny. Wystarczy powiedzieć, że Karg zamiast dłoni ma haki… Wkrótce po pierwszej nieudanej potyczce z He-Manem wrócili oni z podkulonymi ogonami do Szkieletora. Ten nie przyjmuje ich wyjaśnień i nakazuje im ponownie wyprawić się na Ziemię. Tym razem pomoże im prawa ręka-kochanka Szkieletora Evil-Lyn. Przez cały film na błękitnej planecie będzie miało miejsce wiele scen walki, pościgów i wybuchów.

Nie będę pisał, co dalej dzieje się w filmie, bo na prawdę warto samemu obejrzeć i to pomimo tego, że nie mamy do czynienia z arcydziełem. Trzeba wyraźnie stwierdzić, że Masters of the Universe niestety jest nudne. Brakuje filmowi tempa, czy czegoś, co by mocniej wciągnęło widza. Z drugiej strony nie jest to jakiś szczególnie zły film. Wielkim błędem twórców filmu było przeniesienie części fabuły na Ziemie. Nie tylko rozbija to opowieść na dwie, ale także jest w gruncie rzeczy zbędnym dodatkiem. Znacznie ciekawszym byłoby gdybyśmy dostali więcej scen na Eterni. Mając te wady w pamięci, jak i pomijając narzekania na zbyt duże różnice pomiędzy filmem, a serialem, trzeba zwrócić uwagę na kilka pozytywnych elementów.

Oczy, oczy, oczy!

Pierwszym i zasadniczym jest dobór aktorów. Ciężko sobie wyobrazić lepszego odtwórcę roli He-Mana, niż Dolpha Lundgrena. Ma on nie tylko odpowiednie mięśnie, ale także i budowę ciała do grania tego bohatera. Poza tym należy wspomnieć o Franku Langelli w roli Szkieletora, który nie wygląda dokładnie tak samo jak w serialu, ale jest cudownie wręcz zły. Na końcu pochwał należy wspomnieć o Meg Foster jako Evil-Lyn. Tutaj pozwolę sobie na kilka dodatkowych słów. Chociaż Foster jest relatywnie znaną aktorką (to znaczy, jak się ogląda filmy, to na pewno widziało się ją nie jeden raz, ale raczej nie pamięta się jej nazwiska, a i jej rola jest przeważnie daleko drugo planowa), to tutaj aż błyszczy. Po pierwsze doskonale wciela się w zimną i złą do szpiku kości bohaterkę. Po drugie ma świetne warunki fizyczne do tego i nie chodzi mi tu nawet o urodę, której nie można jej odmówić, a o niesamowite wręcz oczy. Choć aż chce się krzyknąć, że to są szkła kontaktowe, to prawda jest inna, ona naprawdę ma takie oczy! Jej kostium jest oczywiście groteskowy, niby-erotyczny w stylu okładek książek fantasy klasy b, ale na swój sposób piękny.

Skoro jednak jesteśmy przy kostiumach, to warto powiedzieć, że strona wizualna jest jednym z elementów wartych uwagi. Widać, że bardzo dobrze się do niej przyłożono, a i zatrudniono dobrych fachowców, takich jak wielki Mœbius, który zaprojektował wiele kostiumów, jak i część scenografii. Tak Eterenia, jak i stroje wyglądają bardzo dobrze, a sekwencja zajmowania Greyskull jest na poziomie Flasha Gordona. Scenografia jest dobrze pomyślana i do póki bohaterowie błąkają się na Eterni, to film wygląda, jakby miał znacznie większy budżet. Na Ziemi widać, że są pewne braki, ale w gruncie rzeczy nie przeszkadza to podczas oglądania filmu.

Efekty specjalne, choć nie kosztowały dużo, wyglądają przyzwoicie i widz nie ma prawa narzekać. Z drugiej strony żaden nie robi wielkiego wrażenie. To dotyczy zresztą także muzyki, która nie jest może wspaniała, ale nie przeszkadza. Suma summarum, warto zobaczyć, szczególnie, jeżeli było się fanem serialu animowanego. Co prawda film raczej nie wzbudzi wielkiego entuzjazmu, ale patrząc na różne produkcje będące adaptacjami figurek i zabawek, to nie można odmówić mu pewnego uroku.

 

Oto link do bardzo fajnego bloga o produkcji filmu. 

 
 
 
 
1 words, 42 letters
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.