Peter Weyland, Prometeusz, stwórca i twórcy

Prometeusz Scotta, zgodnie z zapowiedziami reżysera, dotyka pewnej zasadniczej kwestii, czyli historii stworzenia. Film wychodzi od pytania, skąd się wzięliśmy, skąd na Ziemi istnieje życie? Nauka stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie, ale jak dotąd, pomimo wielu dekad poszukiwań i różnych hipotez, nie jest w stanie dać dobrej i jednoznacznej odpowiedzi. Prawdopodobnie te właśnie poszukiwania zajmą ludzkości jeszcze trochę czasu, stąd jest to dosyć wdzięczny temat do rozważań dla filmowców i pisarzy. Mogą one być lepsze i gorsze. Mądrzejsze i głupsze, ale w większości fabularnych przypadków na końcu opowieści odkrywamy tę tajemnicę. Czasem wręcz bohater spotyka swojego stwórcę, co aż prosi się o głęboko filozoficzny (w sensie Coelho) dialog.

 
 

Abstrahując jednak od tej drobnej złośliwości warto zaznaczyć, że jest to dosyć dobry wybieg fabularny. Pozwala nadać historii odpowiednią konkluzję i zarazem zadać kolejny zestaw pytań, tak, aby odbiorca miał wrażenie obcowania z czymś głębokim. Jednym z podstawowych jest, kim jest stwórca? Czy można nazwać go bogiem, albo nawet Bogiem? Co wiąże się z samym aktem stworzenia, czy stwórca ma jakieś zobowiązania względem swojego dzieła? Weźmy na przykład Blade Runnera. Jednym z głównych elementów tego filmu jest relacja pomiędzy Royem Battym, a Eldonem Tyrellem. Korporacja tego drugie produkowała replikantów, a i on sam brał udział w ich projektowaniu. Czego jego dzieło, jego syn, chce w zamian? Chce żyć dłużej. Co ciekawe nie jest on jedynym filmowym dzieckiem Tyrella, gdyż, pomijając rzeszę mniej lub bardziej anonimowych replikantów, ma on także „córkę”, czyli Rachael. Ma ona wspomnienia jego siostrzenicy i zarazem jest eksperymentem w tworzeniu lepszych replikantów. Tutaj warto dodać, że K. W. Jeter w swoich kontynuacjach zarówno książki Dicka, jak i filmu, zgodnie ze swoimi demonami, dodał wątek kazirodczy w relacjach pomiędzy Tyrellem, a jego sztuczną siostrzenicą.

Wracając jednak do twórczości Scotta, łatwo można zauważyć, że prawdopodobne ta dwoistość, czyli posiadanie mechanicznego syna i córki, sprawia, że niektórzy doszukują się pewnej dodatkowej dwuznaczności w Prometeuszu. Według tychże Vickers, czyli córka Petera Weylanda, jest także maszyną. Według mnie jest to błędna interpretacja. Na czym innym polega bowiem oś fabularna obydwu filmów, jak i rola samych androidów/replikantów dla opowieści jest różna. Nim jednak wytłumaczę, o co mi chodzi wróćmy do fabuły Blade Runnera. Dla Roya jego twórca jest zarazem wspaniały, jak i straszny. Bohater grany przez Hauera jest w tym filmie buntownikiem przeciwko swojemu Bogu. Kiedy staje z nim twarzą w twarz domaga się wyjaśnień, lecz gdy nie są mu one dane, to go morduje. Wcześniej podobny los spotkał inną osobę zaangażowaną w tworzenie replikantów, konkretnie osobę odpowiedzialną za stworzenie dla nich oczu, czyli Hannibala Chew. Mamy oto starcie dzieła z twórcą. Co więcej, w filmie oczywistym jest, że choć Batty jest negatywnym bohaterem, to zarazem racja jest po jego stronie. Nie chce on władzy nad światem, ale chce jedynie żyć dłużej niż jest mu to dane. Oczekuje może nie tyle nieśmiertelności, a zwykłego przedłużenia chwili, aby nie zniknęła, jak łza na deszczu. Nadto w swoich wypowiedziach podkreśla, że dane jemu życie nie jest wspaniałe. W rozmowie z Chew podkreśla, że to, co widział, dzięki niemu było czymś strasznym.

Czy jednak stwórca może złamać zasady? To znaczy, jako Bóg, zmienić rzeczywistość i spełnić życzenie buntownika? W Blade Runnerze odpowiedź jest negatywna, co wynika z faktu, że Tyrell, choć jest twórcą, nie jest Bogiem. Okazuje się, że nie jest on w stanie naprawić tego, co stworzył. W odpowiedzi Batty dokonuje niejako rytualnego aktu obalenia bóstwa. Zabijając Tyrella niszczy jego oczy, które jak wiadomo nie tylko są zwierciadłem duszy, ale także w przypadku tego filmu wyznacznikiem człowieczeństwa.

Sytuacja, w której twórca jest niejako Bogiem w kontekście Blade Runnera pojawia się bardzo wyraźnie w swoistym hołdzie dla tego filmu zrobionym przez ekipę odpowiedzialną za Czerwonego Karła. Ten całkiem udany serial komediowy po dłuższej przerwie powrócił na ekrany telewizorów w trzyczęściowym filmie będącym w dużej mierze ponownym opowiedzeniem historii znanej nam z Blade Runnera. Bohaterowie – powiedzmy, że kosmiczni rozbitkowie – przeżyli różne przygody próbując wrócić na Ziemię i kiedy w końcu na nią trafiają, odkrywają, że są tylko fikcyjnymi postaciami wymyślonymi na potrzeby produkcji serialu. Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy pojawia się na ich drodze pytanie, o to, czy rzeczywiście istnieją, acz tym razem jest ono zdecydowanie bardziej rozbudowane. Koniec końców trafiają oni, po powtórzeniu wielu scen i gestów, do swojego Eldona Tyrella. W jego przypadku może on dać im przedłużenie życia, dać im tę ostatnią chwilę nadziei, ale tego nie zrobi. Jest on Bogiem kapryśnym i złośliwym. Chce w związku z tym zabić swoje dzieło, które spełniło już swoją rolę. Oferuje przy tym piękne zakończenie dla opowieści i bardzo filmowe.

W ten sposób dochodzimy do Prometeusza. Jak wiadomo film ten opowiada o dążeniu przez Petera Weylanda do nieśmiertelności. Chce on żyć wiecznie i w tym celu sięga do swojego stwórcy. Dlatego też zgadza się on sfinansować szaloną ekspedycję naukowców, którzy niczym Däniken odkryli, że wszystkie ziemskie cywilizacje używały symboli, które po odpowiedniej interpretacji wskazywały lokalizacje jednej konkretnej planety. Wyprawa na nią dociera i po dłuższych perypetiach Peter Weyland wreszcie spotyka Inżyniera, jedynego, który przeżył niewyjaśnioną katastrofę. Mówi wtedy, czego oczekuje od swojego stwórcy: nieśmiertelności. Zamiast jednak spełnienia jego życzenia Inżynier wpada w szał i wszystkich morduje. Dlaczego? Sądząc po internetowych komentarzach wiele osób zadawało sobie to pytanie. Wydaje się, że odpowiedź jest dosyć prosta.

Co więcej staje się ona jeszcze bardziej oczywista, jeżeli obejrzymy sceny wycięte z filmu ze względu na ograniczenie czasowe. Jednakże nie tyle zmieniają one wymowę poszczególnych scen, co są bardziej łopatologicznym wyłożeniem widzom pewnych kwestii. Dlatego też skupimy się na tym, co mamy w ostatecznej wersji filmu. Żądza mordu objawiła się Inżynierowi, kiedy odezwał się do niego David. Z czym bowiem mamy do czynienia w jego przypadku? Z uzurpacją boskiej władzy. Człowiek postanowił samemu zacząć tworzyć życie. Co więcej, tworzymy je jako lepsze od nas – Weyland bardzo mocno podkreśla, że jest dumniejszy z Davida, niż ze swojej własnej córki: Vickers. W filmie wyraźnie można odczuć antypatię pomiędzy tą dwójką.

Dla Inżynierów jest to wszystko herezją. Okazuje się, że z ich perspektywy zabawki/eksperyment postanowiły stać się podobne im. W związku z tym nawet nie tyle pytanie o nieśmiertelność jest złe, co uzurpacja aktu tworzenia. Mamy tutaj nie tyle kopię, jak niektórzy twierdzą, co rozwinięcie Blade Runnera. Inne spojrzenie na ten sam problem dążenia do wieczności. Jakie mamy prawo być nieśmiertelni? Dodajmy tutaj, że wycięta scena bardzo mocno skupia się na tym problemie. Okazuje się, że Weyland wprost mówi o sobie, jako o równym bogom. Uważa się za takiego samego, jak Inżynierowie i to właśnie na podstawie tego, że mógł stworzyć sobie Davida. W tym względzie to on stał się Prometeuszem, który postawił wyzwanie Olimpowi i podobnie jak w micie został ukarany.

Inna była trochę sytuacja Inżyniera, który stworzył życie na Ziemi. On także był Prometeuszem, przy czym jest różnica pomiędzy tym, co stworzył Weyland, a jego dokonaniem. Dziełem naszego ludzkiego Prometeusza była istota doskonała, lepsza, a zarazem pozbawiona „czynnika boskiego”. Pod tym pojęciem mam na myśli cząstkę twórcy. W scenie początkowej filmu jesteśmy świadkami, jak Inżynier po wypiciu czarnego płynu w rytualnym akcie zostaje zniszczony i zamieniony w zaczyn życia na całej planecie. Wszyscy pochodzimy z tego samego drzewa. Nasze dzieło natomiast istnieje na nasze podobieństwo, ale nie posiada naszej „krwi”.

Nasze, tzn. ludzkości, potomstwo. Czy jesteście dumnymi rodzicami?

Tutaj zresztą przechodzimy do kwestii ciąży Shaw poruszonej w poprzednim tekście. Czym jest czarny płyn, który podaje David jej partnerowi? Wszyscy uznali, że mamy do czynienia z bronią biologiczną, ale czy na pewno? Warto przypomnieć, że to ten sam płyn, który wypił Inżynier na początku filmu. Mamy do czynienia nie tyle z bronią biologiczną, co z dawcą życia. Niszcząc istotę tworzy niejako na jej podobieństwo nowe życie. Kiedy Inżynier wypija ten płyn jednym z jego efektów jest stworzenie człowieka, który jest jego gorszą wersją. Jesteśmy niżsi i słabsi, a także najpewniej głupsi. Daleko nam do doskonałości Space Jockey’ów. Stąd też David jest niejako wyzwaniem i obrazą, bo oto stworzyliśmy coś lepszego od nas, a nie, zgodnie z pewnym założeniem o kolejności istot, gorszego. Jednakże David nie jest z naszej krwi. To my jako ludzkość wyruszamy drogą prowadzącą nas do sytuacji Batty’ego, przy czym na razie jesteśmy jeszcze słabsi od naszych twórców. Czy jednak naszym ostatecznym celem nie jest, jak to David ujął, zabić własnych rodziców? Z drugiej strony, co powstaje w wyniku podjęcia przez nas tej samej ofiary, jaką złożył Inżynier w pierwszej scenie filmu? On odpowiadał za nasze istnienie, a za jakie my odpowiadamy? My chcemy żeby to był David, jednak tak na prawdę jest to xenomorf. Nie jesteśmy bogami i nasze dzieła są ułomne. Chyba, że ich celem jest anihilacja ludzkości.

Vickers odgrywa tutaj rolę odrzuconej natury. Weyland woli sztucznego syna, od naturalnej córki. Gdyby zamiast maszyny wziął oddaną jemu Vickers to może Inżynier łagodniej spojrzałby na jego prośbę. Jednakże wybrał Davida i swoją boskość, nad bycie po prostu człowiekiem. Jednakże, tak jak Prometeusz poległ w starciu z bogami, tak i Weyland upadł i został strącony właśnie wtedy, kiedy wydawało się, że jest u szczytu swej chwały.

 

ps: polecam paralelną i bardzo ciekawą analizę Prometeusza dostępną tutaj

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

2 comments

  1. Rusty Angel says:

    Ciekawa interpretacja; jedyne, co mi w niej zgrzyta, to założenie filozofii Inżynierów, by tworzyć istoty gorsze od siebie, bo to stawia ich faktycznie na pozycji Bogów, a nas nawet niewolników czy zwierząt i odbiera mesjanistyczny wydźwięk pierwszej scenie.

    • hihnttheadmin says:

      Wydaje mi sie, ze ralacja pomiedzy nami, a Inzynierami jest taka sama jak ta pomiedzy bogami, a ludzmi w roznorodnych religiach. Najlatwiej pokazac to na przykladzie Bibli: Bog stworzyl nas na swoje podobienstwo, ale slabszymi, gorszymi. Dla nas zlozono ofiare z syna Boga, a pomimo tego nie zmienily sie nasze wzajemne relacje. Jestesmy slabsi od JHWH. Podobnie jest w Prometeuszu: Inzynier zlozyl z siebie ofiare, aby nas stworzyc, ale nie znaczy to, ze kiedykolwiek bedziemy rowniejsi Inzynierom, ani, ze taki stan rownosci byl zamierzony przez nich.

Leave a Reply

Your email address will not be published.