V po V (cześć 3)

Tydzień temu pisałem o tym jak V stało się serialem. Jak wspomniałem miał on tylko jeden sezon. Na szczęście jego zakończenie, choć było swego rodzaju cliffhangerem, do pewnego stopnia mogło służyć za dobrą konkluzję całości opowieści. Nie był to jednak zamierzony koniec, a i pomimo niespełnienia oczekiwań stacji telewizyjnej odnośnie oglądalności, przez dłuższy czas studio i producenci rozważali jak kontynuować opowieść. Dosyć szybko zrezygnowano z kręcenia po prostu następnego sezonu. Zamiast tego pojawiła się koncepcja stworzenia nowego serialu na bazie dotychczasowych odcinków. W związku z tym zatrudniono J. Michael Straczynskiego, aby napisał scenariusz planowanej kontynuacji V. Zaproponowany przez niego V: The Next Chapter okazał się jednak zbyt drogi, aby można było rozpocząć jego produkcję. Według pomysłu JMSa serial miał się toczyć po kilku latach dalszej wojny, kiedy to ludzkość w praktyce doszczętnie została pokonana i rozbita. Jedyną powracającą postacią miał być Ham Tyler, który zresztą miał zginąć w pierwszym odcinku.

Musiało minąć kilka lat, aby coś w sprawie kontynuacji serialu się ruszyło. Kenneth Johnson przez parę lat pracował przy produkcji popularnego za oceanem serialu Alien Nation. Opowiada on o przybyciu obcych na Ziemie, którzy próbują się na niej zaaklimatyzować. Odbiega on znacznie od tego, co dane nam było zobaczyć w V. Kiedy jednak skończyła się jego produkcja, Johnson, który miał prawa do produkcji filmu na podstawie mini serialu rozpoczął nad nim pracę. Napisał także powieść, która była jego wersją dokończenia historii pierwszego mini serialu zgodnie z oryginalnymi założeniami. W pewnym momencie plany Johnsona przerodziły się w nakręcenie dwóch filmów, remake’u pierwszego mini serialu, a potem już niejako właściwej produkcji, czyli kontynuacji i zwieńczenia opowieści. Jak na razie te plany są raczej dalekie od realizacji.

Nagle jednak pojawiło się inne V. W 2009 roku premierę miała nowa wersja serialu. W przeciwieństwie do poprzednich propozycji była to nie kontynuacja, a pełnoprawny remake. Wiązało się z tym wiele zmian, tak fabularnych, jak i koncepcyjnych. Pomimo początkowych sukcesów nie przetrwał on jednak konkurencji w telewizji i po ledwie dwóch sezonach zakończył swój żywot.

 

Plakat ładny, ale wygląda, jajby obcy przybyli z morza.

Już sam zestaw bohaterów zapowiada zdecydowaną zmianę względem oryginału. W nowej wersji ludzkości przed Przybyszami ma bronić samotna matka pracująca w FBI, ksiądz katolicki i najemnik, który jako jedyny może zostać uznany za postać wzorowaną na bohaterze oryginalnego serialu. Różnice pomiędzy tymi dwiema produkcjami nie ograniczają się tylko do przekonfigurowania bohaterów serialu. Okazuje się, że zasadnicza zmiana dotyczy planów i celów Przybyszów. Nie zależy im już na podboju ludzkości, chcą natomiast uzyskać kontrolę nad nami w celu zdobycia naszego materiału genetycznego. W tym celu hodują człowieka, o odpowiednim zestawie DNA. Szybko okazuje się, że idą za tym także i inne zmiany.

Zacznijmy jednak od krótkiego przedstawienia naszych nowych Obcych. Pierwsza, dosyć zaskakująca zmiana, wiąże się z tym, że to najeźdźcy są teraz nazywani „V”. Kenneth Johnson dosyć słusznie oburzał się na tę decyzję, gdyż litera ta miała całkiem inne znaczenie. Nagle z nazwy symbolu walki ze złymi stało się ono nazwą złych. Poza tym dosyć mocno zmieniono nie tylko cel Przybyszy, ale także i sposób zachowania. Teraz byli oni w dużej mierze pozbawieni emocji, zimni i wyrachowani. Brak uczuć był stanem godnym pochwały. Tutaj zresztą przechodzimy do pewnego problemu, jaki mieli oni w tworzeniu idealnego człowieka potrzebnego do eksperymentu ze zdobywaniem DNA: nie byli w stanie dowiedzieć się, czym jest dusza. Pomysł dosyć ryzykowny, gdyż niebezpiecznie może sprowadzić serial do nieudanej parodii. Poszukiwanie przez obcych duszy zawsze musi wzbudzać pewien stopień wesołości, wydaje się jednak, że producentom udało się uniknąć najgorszego.

Poza tym w nowym serialu zmniejszono też wyraźnie ilość nawiązań do nazizmu. Przybysze mają nie tyle mundury, co raczej starannie wykonane garnitury. Zniknął też ich symbol, który miał oczywiste konotacje graficzne. Mamy związku z tym w dużej mierze bardzo odmienny serial, na co powoływało się Warner Brothers przy próbach zabrania Kennethowi Johnsonowi miejsca w napisach początkowych. Koniec końców im się to nie udało, ale niesmak pozostał.

 

Nasi, przeważnie drażniący bohaterowie.

Wracając jednak do Vki, w nowym serialu Przybyszom przewodzi Anna, grana przez Morena Baccarin. Zastępuję ona Dianę, acz ma z nią wiele cech wspólnych. Jest zimna, bezduszna, krwiożercza i piękna. Zarazem pozbyto się w ten sposób Johna, który w mini serialu był przywódcą obcych. To rozwiązanie zdecydowanie należy uznać za bardzo dobre. Był on kompletnie zbędnym bohaterem. W ten sposób cała władza nad przybyszami wpadła w ręce jednej gadziny (dosłownie, a nie w przenośni). Tutaj warto odnotować, że serial jest bardzo mocno zdominowany przez kobiece postacie. Z jednej strony jest Anna, potem mamy jej córkę Lisę, która zakochuje się ze wzajemnością w Tylerze Evansie. On natomiast jest synem Erici, czyli wspomnianej powyżej agentki FBI. Z drugiej właściwi bohaterowie męscy są na swój sposób wykastrowani. Z oczywistych powodów ksiądz katolicki, który jest wierny swoim przekonaniom nie może okazywać jakichkolwiek uczuć względem przedstawicielek płci przeciwnej. Jednakże pozostali (poza jednym krótkim wątkiem) mężczyźni nie dość, że są raczej biernymi bohaterami, to na dodatek nijak nie „ukazują” swojej seksualności. Cała opowieść de facto skupia się na rozgrywce pomiędzy Anną, a Ericą. W drugim sezonie dochodzi do tego grana przez Jane Badler Diana, która tutaj jest strąconą do więzienia mamusią Anny. Te trzy (a właściwie cztery licząc Lisę) kobiety walczą ze sobą o władzę nad Ziemią. Zresztą to bardzo silne podkreślenie kobiecości widać szczególnie poprzez dzieci. Dla Erici bezpieczeństwo syna jest czasem ważniejsze od wszystkiego innego. Anna natomiast jest matką traktującą swoje potomstwo bardzo utylitarnie. Zapłacze oczywiście nad wymordowanymi przez buntowników młodymi, ale też jak trzeba będzie bezwzględna i gotowa zabić własną córkę.

Nie jest jednak tak, że nie ma w serialu ojców, są, ale jest to wiecznie nieobecny ojciec Tylera, albo też są zjadani przez Annę żołnierze. Wyjątkiem jest Ryan Nichols, który jest agentem Przybyszów, ale zarazem członkiem ruchu oporu przeciwko Annie. Stara się on ją obalić, ale jego działania są ograniczane tym, że ze związku z ludzką kobietą rodzi mu się córeczka. Do końca nie wiadomo, w jaki sposób (przypominam, że tak zwana Star Child z oryginalnej serii była efektem eksperymentów naukowych, których tutaj nie mamy). W każdym razie ta mała dziewczynka jest wychowywana przez Annę i dzięki niej jest ona w stanie szantażować tego gada-rebelianta. Jest on przez to nieporadny i nieudolny. W dużej mierze manipulowany przez silniejszą od niego kobietę.

Serial ma całkiem składną konstrukcję, która cierpi na zbyt szybkie ujawnianie poszczególnych elementów opowieści. O tym, że Przybysze są tymi złymi dowiadujemy się prawie natychmiast, co w oczywisty sposób osłabia przyjemność z oglądania serialu. W każdym razie wszystkie odcinki są połączone, tak jak miało to miejsce w pierwszej wersji serialu. Wydaje się, że intryga bardzo sprawnie szła na przód, ale całość jest urwana akurat w momencie, gdy pewne wady produkcji wydały się rozwiązane.

Pisze o wadach, bo niestety serial jest ich wręcz pełen. Pierwszą zbrodnią jest fakt, że większość bohaterów jest zwyczajnie rzecz ujmując denerwująca. Przeważnie płaczą, jęczą, albo desperują. Częstokroć można odnieść wrażenie, że scenarzyści wymyślili za dużo postaci i nie bardzo mieli pomysł na to, jak niektóre z nich wykorzystać. W związku z tym odbijają się one od jednej, a to od drugiej ściany.

Zasadniczym problemem serialu jest jednak, co innego. Oryginalna produkcja powstała w latach 80-tych. Nie było wtedy internetu, satelity były, ale mało kto o nich myślał jako o broni. Można było wybaczyć w związku z tym, że ruch oporu działa dosyć otwarcie. Tym bardziej, że cały serial był osadzony w takiej niby drugo-wojennej stylistyce. Nawet pojawiła się tam kawiarnia w stylu Casablanci ze sceną śpiewania hymnu. Nowy serial dzieje się tu i teraz. Mamy czasy wszechobecnych komórek, satelitów i innego tego typu tałatajstwa. Co się okazuje? Nasi wspaniali spiskowcy nie dość, że umawiają się przez komórki, to i rozmawiają ze sobą w zasięgu kamer monitoringu miasta. Nie wszystkie te działania można zwalić na ich niekompetencję, wiele robi wrażenie błędów scenarzystów. Widać, że nie odrobili oni lekcji z technik inwigilacji, jakie są obecnie dostępne. Bardzo często widz zwyczajnie ma ochotę się śmiać z głupot i dziwnych zachowań tego jakże dobrze działającego podziemia.

 

Propaganda nowych Przybyszów niestety nie ma tego ładnego nazistowskiego sznytu, jaki miała w oryginalnej mini serii…

Kiedy kończył się drugi sezon nie mieliśmy do czynienia ze wzrostem wiedzy na temat prowadzenia wojny z Przybyszami. Zamiast tego mieliśmy jednak jedna bardzo pozytywną zmianę: większość drażniących bohaterów zginęła w sposób bardzo ładny. Neo-V jest serialem, w którym częściej się widz cieszy na śmierć bohatera, niż na jego uratowanie. Niestety nie będzie nam dane obejrzeć, do czego zmierzała produkcja. V przynosi ewidentnie pecha, gdyż, choć wszystkie wersje miały duży potencjał, to jednak zawsze kończyło się to spektakularnym zakończeniem produkcji, albo zmianą koncepcji.

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.