Wampiryzm serialowy

Bójcie się wampirycznego kota, tylko posrebrzana klatka broni was przed apokalipsa kocich wampirów.
Bójcie się wampirycznego kota, tylko posrebrzana klatka broni was przed apokalipsa kocich wampirów.

Uwaga wprowadzająca, w okresie świąt tekstów nie będzie. Zapraszam w piątek “po”.

Jakoś tak w związku ze zbliżającymi się świętami Wielkanocy naszła mnie ochota na kontynuowanie wątku o istotach wstających z grobów. Tym razem w formie omówienia różnych czołówek seriali. Rozliczne produkcje o wampirach na długo przed True Blood były obecne w telewizji. Były one bardzo różnorodne i właściwie jedyną ich cechą wspólną był fakt, że występowali w nich krwiopijcy. Gatunki i formy opowieści były zaś zmienne.

Powstały na początku lat 90-tych Kindred: The Embraced, czyli u nas Więzy krwi, powstał na kanwie gry rpg Wampir: Maskarada. Pod wieloma względami był on wierny materiałowi źródłowemu (podręcznik nawet pojawiał się w pierwszym odcinku, jako tajemna księga o wampirach), przy czym wiele w nim zmieniono ze względu na próbę dostosowania materiału źródłowego do formy serialu. Stąd Nosferatu są tutaj niezwykle wręcz urodziwi. Natomiast sam serial, zgodnie zresztą z niewymawianą głośno ideą gry, był swego rodzaju skrzyżowaniem telenoweli i opowieści o mafii. Książe miasta Julian, który przewodził wszystkim wampirom działającym zgodnie z zasadami Maskarady (to jest, nieujawniających się zwykłym śmiertelnikom), zachowywał się właściwie niczym Don Corleone, a i uroda aktora odtwarzającego tę rolę mu w tym pomagała.

Czołówka serialu przypomina bardzo mocno czołówkę Nieśmiertelnego, co jest o tyle zabawne, że Frankel (Julian) i Adrian Paul (Duncan MacLeod) wyglądają niczym bracia. Zaznaczmy, że Kindred raczej optuje za wolniejszymi ujęciami i mocniej podkreśla romansowe elementy opowieści w czołówce. Widać to zresztą w tym, że mamy ujęcie seksu i kilka scen uwypuklających damsko-męskie relacje. Co najciekawsze, bardzo mocno ograniczana jest krew i relatywnie nie wiele jest o tym, że mamy tutaj do czynienia z wampirami, a bardziej jest mowa o telenoweli. Wypada wspomnieć, że taka tradycja gotyckich oper mydlanych jest bardzo silna w Ameryce, gdzie mieliśmy Dark Shadows (i to w dwóch telewizyjnych wersjach).

Julian i jego klany, to nie jedyne wampiry, które biegały po ekranie w latach 90-tych. Ówcześni widzowie, acz raczej Amerykańscy, mogli jeszcze oglądać Forever Knighta. Tytuł był raczej mało finezyjną grą słowną. Głównym bohaterem serialu był Nick Knight, który był wampirem (stąd był „wieczny”). Czując wyrzuty sumienia z powodu wypicia dużej ilości ludzkiej krwi nasz bohater postanowił zmienić dietę. Zamiast żywić się homo sapiens postanowił korzystać z krwi zwierząt. Na tym jednak nie koniec, jego celem było ponownie stać się człowiekiem. Żeby jednak nie było zbyt nudno, Knight poza wyrzutami sumienia i innymi emo-zachowaniami, miał także normalną pracę. Był policjantem w Toronto, przy czym ze względu na swój stan zdrowia, miał tylko nocną zmianę. Poszczególne odcinki opowiadały o kolejnych zagadkach kryminalnych, które często wiązały się ze wspomnieniami naszego bohatera o jego wcześniejszych przygodach. Pod tym względem serial bardzo mocno przypominał, ponownie, Nieśmiertelnego. Co ciekawe zresztą pierwowzorem Forever Knighta był film telewizyjny Nick Knight, który wyprodukowano i nadano w 1989 roku. Po trzech latach decydenci postanowili ponownie usiąść i nie tylko zrobili jego remake (zatrudniając innych aktorów), ale także rozwinęli opowieść w pełny kilku sezonowy serial.

Czołówka jest już typowo narracyjna, gdzie głos tłumaczy widzom, o czym opowiada serial. Melodia, jak i sam głos narratora są niczym wprost wzięte z tandetnego horroru. Dodajmy też bardzo klimatyczne napisy, gdzie z jednej strony mamy nowoczesną czcionkę drukowaną, a z drugiej „niby krwawe” dopełnienia tekstu, które przywodzą na myśl różne powieści Mastertona i innych.

Mamy telenowel, mamy serial kryminalny, brakuje już tylko czegoś dla młodszego widza. Także i tutaj telewizja miała coś do zaproponowania. Serial Dracula nadawany był także i u nas. Miał on tylko jeden sezon i z tego, co pamiętam, nie skończył opowiadanej historii. Dodajmy także, że odcinki trwały tylko pół godziny. Bohaterami serialu był Gustav Van Helsing, który wraz ze swoją młodszą rodziną (Maximilianem i Christopherem Townsendami, a także ich szkolną koleżanką Sophie Metternich) walczy z bogatym biznesmenem Alexandrem Lucardem, który ma pewną krwawą tajemnicę. Jest mianowicie tak na prawdę Draculą! Jakby jego nazwisko nie było wystarczającą podpowiedzią. Serial był głupawą opowieścią dla młodego widza, ale miał swój urok i odpowiednio duży dystans, przez co widz nie czuł zażenowania, że ogląda coś takiego.

Czołówka jest typowo młodzieżowa często skacząca i mało konkretna. Mamy zarazem pokaz efektów specjalnych i dużo kłów wampira, który nic tylko syczy.

O ile jednak Dracula był raczej dla dzieci, to już Buffy the Vampire Slayer kierowano do nastolatek. Nigdy nie rozumiałem fenomenu tego serialu, ale zdecydowanie nie byłem jego targetem. Opowieść o Buffy jest znana, więc nie będę tutaj robił jakiś bardziej rozbudowanych uwag, zwrócę natomiast uwagę na pewne elementy czołówki. Zaczyna się ona wraz z dźwiękiem organów, które mają przywodzić na myśl klasyczne Universalowe horrory. Były one zresztą widoczne choćby w raczej kiczowatych makijażach wampirów i ogólnie tych złych. Potem czołówka, wraz z gitarową melodią przechodzi do montażu ujęć, które spokojnie mogłyby odnosić się do serialu w stylu Beverly Hills 90210, gdyby nie w miarę regularne przebicia na różne „złe” istoty. Mamy szkołę i zajęcia w klasach, tańce i różne dramaty życia nastolatek, ale co pewien czas Buffy musi dokopać jakiemuś wampirowi, czy innemu czemuś. Na końcu dźwięk kościelnego dzwonu sprowadza nas ponownie do Universalu. Czołówka jest jak widać bardzo starannie dopasowana do historii o Buffy i doskonale mówi widzom, nie stwierdzając tego przy użyciu jakiegoś narratora, o czym opowiada serial.

Czołówki, jaki seriale, są tutaj całkiem różnorodne. Jedne bardziej ciekawe, inne mniej. Co ciekawe, w żadnej z nich, poza Draculą, wampiryczność nie odgrywa dużej roli. Ważniejsze jest to, w jakiej konwencji dany serial jest produkowany, czy to quasi-Nieśmiertelny, czy też opera mydlana. Wampir jest tylko tutaj motywem dającym pewnego rodzaju smaczku opowieści o czymś całkowicie innym.

 
 
 
 

5 comments

  1. rob says:

    z tych wymienionych to obejrzałem w całości tylko Forever Knight nawet oglądało się to bez nomen omen bólu zębów :)dzięki nawet niezłej obsadzie było tam pare charakterystycznych postaci a i historia w retrospekcjach potrafiła się cofać nawet do starożytności oprócz tego oczywiście buffy widziałem osobną sprawą byłyby krwiopijcy w wersji animowanej od hrabiego kaczuli 😉 po helsing i okolice

  2. Pani Recydywa says:

    Choć to nie o wampirach, to zawsze jak myślę o Hrabim Kaczuli, to przypomina mi się też animowany “Sok z żuka”, który widziałam znacznie wcześniej niż film aktorski, też był chyba nadawany jakoś na początku lat 90.

    • hihnttheadmin says:

      Pamietam Sok z zuka. To byl calkiem fajny serial, acz nim cokolwiek o nim napisze, to bede musial sobie go poprzypominac 🙂
      Hrabia Kaczula jest najlepszym wampirem w historii popkultury 🙂 Natomiast Hellsinga wiele razy probowalem ogladac, ale jakos niezbyt mi to wychodzilo :/

      • rob says:

        🙂 helsinga też oglądałem na raty zakrywając się gazetą bo szczerze mówiąc wielbicielem horrorów nigdy nie byłem 😀 a przy okazji wesołych świąt życzę 😉

        • hihnttheadmin says:

          Ja nie ze wzgledu na horror, a bardziej z powodu tego specyficznego japonskiego podejscia do historii i kultury Europy 🙂
          A co do swiat, to wzajemnie 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.