Między kościołem, a władzą (przykłady teokracji)

Ostatnio mam trochę mniej czasu w związku z pracami nad dwoma większymi projektami. Stąd wpisy będą pojawiać się nieregularnie. W każdym razie w ostatnim numerze „Więzi” znajduje się artykuł księdza Stanisława Adamiaka Czy chrzcić Marsjan? Polska fantastyka o Bogu będący próbą opracowania tematu relacji polskiej fantastyki naukowej i religii. Przygotowany jest on w formie antologii (czego w gruncie rzeczy należało się spodziewać od historyka osadzonego w dużej mierze w historii starożytnej.

O ile Adamiak skupia się na raczej pozytywnym obrazowaniu religii, trzeba jednak pamiętać, że nie jest to jedyne dostępne spojrzenie. Religia jest także często przywoływana przez autorów fantastyki, jako pewnego rodzaju zagrożenie. Chodzi tutaj oczywiście przeważnie o jej fundamentalistyczne odłamy, acz niektórzy autorzy w ogóle odrzucają religię w jakiejkolwiek postaci. Wprowadzenie przez twórcę prostego politycznego podziału na dobrych ateistów i złych wierzących jest jednak często uproszczeniem, gdyż rzeczywistość pisarzy bywa bardziej skomplikowana.

Często też religia jest li tylko pretekstem do stworzenia szerszego i bardziej ciekawego świata. Bardzo dobrym przykładem takiego – poniekąd ukrytego – spojrzenia na religię jest Lord of Light Rogera Zelaznego. W tej, zasłużenie docenionej powieści mamy do czynienia z opisem kolonizowania planet, gdzie w ramach odpowiedniego przygotowywania społeczeństwa pierwsi koloniści przyjmują rolę bogów z mitologii indyjskiej. Odgrywają tam spory i konflikty, które niejednokrotnie są kalką opowieści, które już kiedyś istniały.

Ehh Brazylia!
Ehh Brazylia!

Książka Zelaznego jest jednak pod wieloma względami wyjątkowa. Przeważnie starcie z religijną hipokryzją nie ma wymiaru mitologicznego, a jest znacznie bliższe pragmatyzmowi władzy i cynizmowi. Dobrym punktem wyjścia jest mini powieść Roberta A. Heinleina If This goes On –. Jest to pierwsza opublikowana powieść Heinleina, a osadzona jest w szerszym cyklu Historii przyszłości. Opowiada o mrocznym okresie w wymyślonym przez tego pisarza świecie. Oto w Ameryce władzę przejął niejaki Nehemiah Scudder, który najpierw wygrał wybory prezydenckie, a potem został dyktatorem.

Stworzona przez Scuddera teokracja jest bardzo skuteczna. Wspiera ją silne wojsko, które korzysta z najnowocześniejszych technologii. Jak to jednak często bywa w tego typu państwach, bardzo szybko powstaje ruch oporu. Tutaj nazywany jest on Kabałą i choć w państwie działa tajna policja, to udaje się jej infiltracja większość ośrodków władzy.

Bohaterem powieści jest młody żołnierz, który skończywszy West Point został przyjęty do elitarnych oddziałów nazywanych Aniołami Pana imieniem John Lyle. Oddziały Aniołów zajmowały się ochroną siedziby Proroka (którym jest kolejny już następca Scuddera) w Nowym Jeruzalem. Stanowisko to było zaszczytne, ale jak Lyle szybko odkrył, centrum władzy łączy się z intrygami i innymi działaniami bardzo dalekimi od wyidealizowanej religi.

Ehhh Ameryka!
Ehhh Ameryka!

Przełomowym punktem dla naszego bohatera będzie jednak odkrycie miłości. Zakochał się on w jednej z poświęconych sióstr, która miała na imię Judith. To zakazane – nie tyle ze względu na celibat, co raczej, dlatego, że prawo do niej miał tylko Prorok – uczucie sprawia, że z posłusznego żołnierza teokracji przemieni się on w jednego z rebeliantów. W wyniku różnych zdarzeń dołączy on do ruchu oporu.

Pierwsza połowa powieści opowiada o odkrywaniu natury reżimu, jak też i późniejszej ucieczce z Nowego Jeruzalem. Reszta zaś to opis wielkiego buntu przeciwko rządzącym. Opis rewolucji zyskał w Ameryce dużą popularność. W dużej mierze, dlatego, że powieść przedstawia cały proces obalania władzy jako pewnego rodzaju przedsięwzięcie biznesowe. Nie jest to proste rzucenie się na przeciwnika, czy też wbicie noża w plecy, które ma zakończyć konflikt. Zamiast tego mamy rozbudowaną operację, która na różne sposoby ma uderzyć w przeciwnika.

Eh Marines?
Eh Marines?

Powieść Heinleina została po raz pierwszy opublikowana w 1940 roku w „Astounding Science Fiction”, a trzy lata później w tym samym piśmie pojawiła się powieść Fritza Leibera Ciemności przybywaj. Co ciekawe If This Goes On – zostało opublikowane w formie książki, jako część Revolt in 2100 wraz z kilkoma innymi tekstami mniej lub bardziej związanymi z państwem Scuddera. Natomiast trzy lata wcześniej Ciemności przybywaj doczekało się swojej książkowej edycji.

Eh Abstrakcja???
Eh Abstrakcja???

W każdym razie wspominam tutaj o tekście Leibera nie tylko, dlatego, że ona i If This Goes On są niejako związane latami publikacji i wydania, ale dlatego, że mamy tutaj do czynienia z pewną wspólnotą tematyczną. Książka Leibera opowiada o świecie przyszłości, gdzie powrócono do stereotypowych mrocznych wieków. Oto ludzie żyją w małych osadach i potulnie słuchają się rządzącego wszystkim kościoła. Z drugiej strony jest wielki przeciwnik w postaci Satanasa, który chce zmienić świat.

Nie do końca jest to jednak takie średniowiecze. Okazuje się, że kościół (zwany tutaj Hierarchią) posiada w swoim władaniu bardzo nowoczesną technologię włączając w to statki kosmiczne. W niedalekiej względem nas przyszłości doszło do przejęcia władzy nad światem przez grupę naukowców. Uznali oni, że ludźmi należy kierować i traktować ich niczym idiotów. Stąd, aby zapewnić stały rozwój technologii strącono masy do poziomu poddaństwa, aby nie mogły się one buntować przeciwko rozlicznym pracom naukowców. Stąd kapłani posiadają na przykład specjalne szaty, które pełnią rolę zbroi. Mamy także wiele innych maszyn, sieci komputerowych do wymiany informacji. Poza tym istnieją także specjalne maszyny, które przykładowo dają pomoc biednym.

Ufff, Inkwizycja!
Ufff, Inkwizycja!

Wyznawcy Satanasa jednak czuwają i wynajdują w tłumie kapłanów jedno słabe ogniwo. Zmanipulowany buntuje się on przeciwko Hierarchii i musi uciekać. Trafia w ręce wyznawców Satanasa, którzy próbują go przekonać do przyłączenia się do ich organizacji. Okazuje się bowiem, że tak jak Hierarchia jest w gruncie rzeczy cyniczną grupą ludzi rządnych władzy i kontroli nad społeczeństwem, tak i wyznawcy Satanasa w gruncie rzeczy wykorzystują ten symbol tylko do zastraszenia przeciwników, a w rzeczywistości korzystają z nowoczesnej technologii, jak też i biotechnologii. Religia jest tutaj narzędziem, które ma ułatwić kontrolę nad ludźmi, acz trzeba tutaj dodać, że i tam znajdują się prawdziwie wierzący.

Inaczej do tematu podszedł Rafał Ziemkiewicz w swoim opowiadaniu Jawnogrzesznica. Było ono nominowane w 1990 roku do nagrody Zajdla, co czytającego je teraz może trochę dziwić. Poza kilkoma ciekawymi motywami w postaci maszyny do odprawiania pokuty, samo opowiadanie nie wnosi sobą niczego specjalnego. Główny jego wątek sprowadza się do tego, że „żołnierz” reżimu teokratycznego spotyka na swojej drodze dziewczynę – prostytutkę. Każdy, kto ma jakieś rozeznanie kulturowe już teraz będzie w stanie powiedzieć, co nastąpi dalej.

Co ważne i ciekawe, te trzy opowieści są zdecydowanie bardziej nastawione przeciwko instytucjom, a nie samej religii. O ile w przypadku Ziemkiewicza może to trochę dziwić, to Heinlein i Leiber, jako Amerykanie, mają długą tradycję nieufności wobec zinstytucjonalizowanej wiary. Niechęć wobec kościoła jako właśnie instytucji widoczna jest w twórczości Edgara Rice’a Burroughsa, który zresztą wyniósł takie spojrzenie z rodzinnego domu.

Heinlein przykładowo bardzo szanował Biblię i nawet w Farnham’s Freehold główny bohater każdego ranka czytał ją swoim towarzyszom. Mamy tutaj do czynienia z pięknym przykładem trochę anarchicznej (czy też może raczej libertariańskiej) religijności, która bardzo wpływa na dosyć wyraźną niechęć w Stanach względem katolicyzmu. Nie chodzi tutaj li tylko o zadawnione spory z okresu reformacji, a o bardzo wyraźny bunt przeciwko jakimkolwiek instytucjom życia religijnego, które wykraczają poza jeden kościół rozumiany jako wspólnota. Trzeba tutaj pamiętać, że takie podejście to nie jest jednostkowy przypadek, czy też efekt ducha czasów.

Według tego podejścia można powiedzieć: Bóg tak, ale kościół nie. Ziemkiewicz w ten sposób nie postrzegał religii, stąd u niego mamy do czynienia z innym poprowadzeniem opowieści. Jego efekty widać w późniejszej twórczości tego autora. Nie doszło w jego przypadku do przewartościowania poglądów i nagle z „antyklerykała” nie został zwolennikiem kościoła. Dla niego raczej ważniejsza była religia –traktowana bardzo dosłownie – niż instytucja.

Okładki Heinleina za Muzeum w archiwum.

Leiber zaś stąd.

9 comments

  1. Borys says:

    “Przygotowany jest on w formie antologii (czego w gruncie rzeczy należało się spodziewać od historyka osadzonego w dużej mierze w historii starożytnej.”

    Hm, mógłbyś wyjaśnić to zdanie? Bo artykuł mnie zainteresował i jestem skłonny kupić dla niego “Więź” (tam zdaje się jest więcej ciekawych tekstów…?), ale o co Ci chodzi z tą antologią? Ks. Adamiak opublikował swój przegląd religijnej fantastyki w modelu premium, czy jak? 🙂

    • hihnttheadmin says:

      W moim odczuciu jest to wlasnie taki przeglad, ktory nie probuje glebiej wgryzc sie w temat. Ot, idziemy od tekstu do tekstu (stad zlosliwosc wzlgedem starozytnikow, ktorzy slyna jako osoby ograniczajace sie do wymienienia dat, a nie wchodza glebiej w temat). Faktycznie jakos zdanie mi troche polecialo :/

        • hihnttheadmin says:

          Sosnowskiego “Aerozol, boskie tchnienie” zaczalem, ale mnie jakos nie zaciekawilo – kolejny raz pisze o Dicku i mam wrazenie, ze troche juz z obowiazku, aby cos napisac;
          Dudy, jak i reszty numeru nieczytalem :/

          • Borys says:

            No nic, dzięki za informację, ale reklamy to Ty im mimo wszystko nie robisz. Tam w prawym dolnym rogu witryny jest taki znaczek: “Bez Ciebie WIĘŹ nie przetrwa. Jak możesz pomóc?”. Chyba go nie zauważyłeś. 🙂

  2. Podczas czytania Twojego tekstu cały czas przewijał mi się w głowie Walter M. Miller i jego “Kantyczka dla Leibowitza”. Nie wiem czy czytałeś, ale to świetna książka. Po atomowej zagładzie to właśnie kościół staje się ostoją wiedzy i jako takiej cywilizacji. Lecz później owa instytucja staje się nieprzejednanym wrogiem nauki i wszelkiego postępu. Książka Millera to taki przegląd historii ludzkości, od mozolnego zbierania szczątków wiedzy, przez ponowne odkrycia, by w końcu znów sięgnąć gwiazd.
    Miałem też skojarzenia z cyklem “Hyperion” Simmonsa. W “Hyperionie” mamy bowiem postać zarówno księdza katolickiego starającego się przywrócić chwałę Kościołowi jak i żydowskiego uczonego, który “wadzi się” z Bogiem i jest odzwierciedleniem mitu o “Żydzie Wiecznym Tułaczu”. W dalszych częściach jest natomiast przedstawiona parodia Kościoła Katolickiego, który zdominował całą ludzkość oferując ludziom nieśmiertelność już za życia.
    Religia i science fiction to tematy bardzo silnie powiązane. Tak na szybko przypominam sobie jeszcze z polskiej fantastyki „Zabijcie odkupiciela” Grzegorza Drukarczyka – gdzie mamy postać księdza walczącego z instytucją Kościoła, ale także Jezusa, który ponownie zstąpił na Ziemię. Chociaż tam jest więcej o społeczeństwie niż o religii, ale o władzy jest sporo. Choć bardziej o władzy pieniądza.

    • hihnttheadmin says:

      Z Kantyczka caly czas sie mijam. Pamietam o niej, jak cos innego czytam i zapominam, kiedy akurat mam przerwe :/
      W gruncie rzeczy ciekaw jestem, jak wyglada sytuacja religii w fantastyce krajow bardziej ateistycznych niz Polska, czy kraje Anglosaskie. Niestety nowa francuska s-f raczej nie trafia na nasz rynek, a komiksy w duzej mierze pomijaja te kwestie. Nawet jezeli jest to temat obecny, to autrami sa specyficzni ludzie. Vide Jodorowsky z jego religijno-antyreligijnymi ciagatami chyba typowymi dla czlowieka z tak “pokreconym” pochodzeniem i zyciem. Nie ulega watpliwosci, ze dla niego religia jest bardzo wazna, czy wrecz centralna dla egzystencji. Jest to jednak zarazem religia na wskros new ageowska podlana fascynacja Diuna, gdzie takze religia ma przeogromne znaczenie dla fabuly. Swoja droga ciekawym jest, jak spojrzenie na polityczna sile religii zostalo przeminienione przez Lyncha w opowiesc o Mesjaszu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.