Do gwiazd z Nolanem (Interstellar)

Christopher Nolan jest jednym z kilku obecnie tworzących reżyserów, o którym można powiedzieć, że obok wielu fanów, ma także sporą grupę osób, która jego filmów zwyczajnie rzecz ujmując nie lubi. Nie chodzi mi tutaj o jakiś wyraźny podział opinii, krytykę filmu, czy też coś innego w tym duchu. Mam raczej na myśli sytuację, gdy na długo przed premierą można powiedzieć, kto pochwali jego film, a kto stwierdzi, że jest on zły. Wynika to w dużej mierze z tego, że jak mało który reżyser Nolan ma bardzo własny i charakterystyczny styl. Doskonale ta linia podziału była widoczna przy okazji premiery Interstellar, gdzie nawet można było znaleźć nieomalże odezwy wzywające osoby, którym ten film się podobał, do zmiany zdania. Bo ostatniego filmu Nolana (a raczej Nolanów, bo scenariusz Christoper pisał wspólnie z bratem) wypada nie lubić.

Do gwiazd!
Do gwiazd!

Ta łatwo dostrzegalna niechęć względem Interstellar do pewnego stopnia sprawiła, że można odnieść wrażenie, że ten film nie jest w najlepszym razie niczym specjalnym. Zwyczajowo, jak to ma ostatnio często miejsce, niechęć do produkcji wyrażano wyszukiwaniem tak zwanych obiektywnych zarzutów, które jednak – jak to zwykle ma miejsce – po bliższym przyjrzeniu rozsypywały się niczym domek z kart. Nie można jednak teraz powiedzieć, że film mi się nie podobał, bo to nie wypada.

Ja mam jednak inne zdanie niż spora część krytyków (nie ważne, czy zawodowych, czy nie) i dla mnie Interstellar był niesamowicie przyjemnym przeżyciem filmowym. Punkt wyjścia historii jest dosyć prosty. W niedalekiej przyszłości ludzkość zrezygnowała z podróży kosmicznych. Fundusze dotąd na nie wydawane przeniesiono na wsparcie programów rolniczych, gdyż od pewnego czasu postępuje zaraza, która systematycznie niszczy plony. Ludzkości grozi wymarcie i nikt nie chce wydawać pieniędzy na powrót w gwiazdy. Sytuacja jest raczej odwrotna i zamiast tego mamy do czynienia z postępującym zniechęcaniem do patrzenia w niebo.

Cooper jest byłym pilotem NASA, obecnie wychowuje wraz z teściem dwoje swoich dzieci: starszego Toma i młodszą Murph. Ich matka, co można wywnioskować z fabuły filmu zmarła, gdy Murph była jeszcze bardzo mała. Wszyscy oni żyją na farmie próbując utrzymać się z upraw. Nie jest to jednak łatwe, a sytuację poza zarazą komplikują powtarzające się nawroty burz piaskowych. Ich walka z siłami przyrody nie jest jednak tematem filmu. Otóż pewnego dnia Murph zaczyna mówić, że jej pokój jest nawiedzony. Cooper, jako racjonalnie myślący człowiek tłumaczy jej, że to tylko jej wyobraźnia. Sytuacja zmienia się w momencie, gdy okazuje się, że w trakcie jednej z burz w pokoju pozostało otwarte okno i ku zaskoczeniu wszystkich wzory na piasku okazały się kodem. Były to koordynaty.

Na wodzie!
Na wodzie!

Cooper postanowił sprawdzić, co się tam znajduje i odpowiednio zabezpieczywszy dom ruszył samochodem, do którego potajemnie zakradła się Murph. Razem trafili do tajnej bazy odradzającego się NASA. Okazuje się, że rząd Amerykański od pewnego czasu uznał, że nie ma innej opcji dla ratowania ludzkości niż kosmos i potajemnie zaczął finansować badania. Pojawiła się także nadzieje na ratunek, gdyż znaleziono anomalię, która umożliwiała podróż na ogromną odległość do innego systemu gwiezdnego. Tam liczono na znalezienie planety zdatnej do życia.

Na tym jednak nie koniec niespodzianek. Cooper dowiaduje się bowiem, że wielokrotnie już ludzie związani z NASA trafiali na tajemnicze wiadomości i sygnały. Anomalie magnetyczne i inne tego typu rzeczy. Coś wskazywało na próbę komunikacji, ale nie było jasne, z kim i do kogo. Projektem wyprawy kieruje profesor Brand, który zarazem próbuje stworzyć silnik zdolny wynieść w specjalnych rakietach ludzkość ku gwiazdom. Dzięki czemu będzie można zasiedlić planetę po drugiej stronie anomalii. Równocześnie istnieje alternatywa w postaci specjalnych banków wypełnionych zarodkami, z których po wylądowaniu będzie można niejako wyhodować ludzkość.

Brand proponuje Cooperowi, aby wyruszył on z misją ostatniej szansy na specjalnym statku rekonesansowym. Przelecą przez anomalię i będą mieli znaleźć odpowiednią planetę. Mają niejako pomoc w postaci poprzednich misji, które lądowały na poszczególnych planetach. Nadawali z nich odpowiednią wiadomość, która miała informować o warunkach i o tym, czy dana planeta nadaje się na zostanie nową Ziemią. Cooper się zgadza, co nie cieszy jego córki. Chce ona, aby on został na Ziemi razem z nią. On jednak chce wyruszyć, gdyż widzi w tym szansę na uratowanie przyszłości swoich dzieci. Poza tym ciągnie go do gwiazd. Wraz z Cooperem w misji biorą udział naukowcy: córka Branda, oraz Romilly i Doyle.

Na globie!
Na globie!

W tym momencie chyba najlepiej skończyć omawianie fabuły, aby nie opowiadać zbyt dużo. Film Nolana jest przedstawicielem dosyć zapomnianego gatunku wielkich filmowych spektakli w stylu Hollywood lat 50-tych, czy 60-tych. Właściwie jest to jedyny obok Tarantino (acz Tarantino dopiero od niedawna poszedł w ową spektakularność wraz z Inglorious Basterds) obecnie żyjący twórca, który tworzy filmy w tym duchu. Inni reżyserzy najczęściej próbują zmieniać i mieszać, aby stworzyć niby coś nowego. Tego typu zabawy przeważnie kończą się porażką.

Interstellar jest powrotem do przeszłości nie tylko pod względem formy. Chodzi także o temat opowieści i sposób jej poprowadzenia. Mamy do czynienia z powrotem do klasycznej fantastyki naukowej znanej nam z dawnych czasów. Bez kombinowania, bez transhumanizmu i innych tego typu rzeczy. Zamiast tego mamy porządną historię o podróży do gwiazd. Czasem niektórzy porównują film Nolana do Odysei kosmicznej. Jest to jednak porównanie niesprawiedliwe, bo w przeciwieństwie do filmu Kubricka Interstellar posiada fabułę, a nie tylko efekty specjalne.

Warto też odnotować jeszcze jeden element łączący Interstellar z filmami Tarantino. Nolan i Tarantino są wielkimi zwolennikami taśmy filmowej. Choć obaj wychodzą z odmiennych założeń, należy podkreślić, że są to dwaj obecnie najbardziej znani i kojarzeni wielbiciele celuloidu. Różnice w podejściu wynikają z motywacji. Tarantino podchodzi do tej kwestii pod kątem miłości do tradycji. Nolan natomiast ma podejście utylitarne: film jest dalej lepszy od cyfry, stąd nie ma powodu, aby zamieniać lepsze narzędzie na gorsze. Stąd dalej kręci na kliszy, a i stara się kręcić na największej możliwej (IMAX), bo daje to dodatkowe wrażenia odbiorcom.

Nolanowi udało się w Interstellarze przywrócić do życia zapomniane kino. Niewątpliwie pomaga w tym zaskakująco dobra jak na Hansa Zimmera muzyka. Oczywiście wszyscy w pewnym momencie się orientują, że to on za nią odpowiada, ale w porównaniu do reszty jego kompozycji, Interstellar wyróżnia się zdecydowanie na plus. Bohaterowie filmu są wiarygodni, zaś Hoyte van Hoytemie udało się pięknie nakręcić nie tylko obce planety, ale także smutną Ziemie. Nolan po raz kolejny pokazał, że jest jednym z najważniejszych reżyserów obecnie tworzących w Hollywood, który nie tylko umie opowiadać ciekawe historie, to i traktuje widzów, jak istoty inteligentne.

Wśród zarzutów wysuwanych przeciwko Interstellarowi często podnosi się sztuczność dialogów, sposób przedstawienia postaci Brand, oraz zakończenie. W krótkim, pełnym spoilerów przedstawieniu postaram się pokazać, dlaczego (podobnie jak w przypadku Prometeusza) mamy tutaj do czynienia raczej z problemem widza, a nie filmu. Zacznijmy od podobno strasznych dialogów. Bohaterowie nie żartują, są generalnie poważni i skupieni. Dawno temu Robert A. Heinlein napisał jako radę dla młodszych pisarzy, aby pamiętać, że bohaterowie to żywe istoty. Muszą mówić jak normalni ludzie. Tutaj pojawia się niespodzianka swego rodzaju, nie wiem jak inni, ale prędzej mówiłbym jak Cooper, czy Brand, aniżeli sarkastyczny i pełen żartów bohater wymyślony przez krytyków. Ciekawym jest to, że niewielu osobom przeszkadzają drętwe dialogi w przywoływanej już tutaj Odysei kosmicznej.

Drugi zarzut, czyli odnośnie postaci Brand jest całkiem ciekawy. Oto Nolanom zarzuca się, że to właśnie kobieta mówi w tym filmie o miłości i chce się kierować właśnie tym uczuciem. Taka charakteryzacja ma być przykładem nieomalże seksizmu i czytając te zarzuty stwierdzam jedno. Doskonale rozumiem autorów, którzy obawiają się umieszczać postaci kobiece, bo obecnie podstawową regułą krytyki jest automatyczne stwierdzenie, że jeżeli jakaś pojawia się na ekranie, to mamy do czynienia z seksizmem. Jeżeli ma cechy zwyczajowo wiązane z kobietami, to jest źle. Tak samo jest i wtedy, gdy tych cech postać pozbawimy, bo wtedy przestaje ona być kobietą. Zresztą akurat zarzut ten odnośnie Brand ma dodatkowy element dziwaczności w tym, że nie rozumiem, od kiedy miłość i działanie pod wpływem tego uczucia jest jakoś wyjątkowo kobiece – to niby mężczyźni nie kochają? Co więcej, zarzut odnośnie sposobu przedstawiania Brand jest tym bardziej zabawny, bo świadczy o niezbyt uważnym oglądaniu filmu. Brand chce polecieć na trzecią planetę, gdyż tam wcześniej wysłano Edmunds. Byli oni parą i Brand dalej go kocha.

Jakie jednak motywy kierują Cooperem, aby lecieć na bliższą planetę? Obiektywne racje? W żadnym stopniu. Jego podstawową motywacją jest powrót na Ziemię, aby spotkać się z córką. Czy to w jakikolwiek sposób lepszy powód dla wybrania planety niż ten przedstawiany przez Brand? Co więcej, przez taki, a nie inny wybór załogi nie tylko zginął jeden z jej członków, to na dodatek cała misja o mały włos się nie powiodła. Oto egoizm Coopera zagroził przetrwaniu ludzkości. Nie ma racjonalnego powodu, aby krytykować takie, a nie inne działanie Brand, chyba, że od razu krytykujemy Coopera, który działa także z emocjonalnych pobudek. Łatwiej – niestety – jest jednak patrzeć krytycznie krytykom na postać kobiecą, aniżeli dostrzegać skomplikowanie sytuacji.

Zresztą, w tym miejscu przechodzimy do ostatniego zarzutu. Film krytykuje się za to, ze sprowadza się do historii o tym, że uczucie miłości rodzicielskiej jest tak silne, że rozwiązuje wszystkie problemy. Trochę w duchu „love conquers all” z Atlasu chmur. Tyle tylko, że nie do końca o to chodzi w filmie. Rzeczywiście Cooper jest w stanie przesłać wiadomość Murph, bo jest z nią silnie związany. Nie sprawia to jednak, że film nagle przestaje mieć sens i przestaje być science-fiction, a staje się melodramatem.

W filmie wyraźnie wskazuje się, że anomalia jest dziełem istot inteligentnych. Możliwe, że ludzi z przyszłości. Osoba zatrzymana w niej jest w stanie komunikować się ze światem zewnętrznym w ograniczonym zakresie. Wiemy także, że Cooper nie jest pierwszą osobą, która się w taki sposób komunikowała. Dlaczego jednak to jemu udało się przekazać wiadomość? Bo jemu najbardziej zależało. Wynikało to z prostej rzeczy, czuł, że musi spotkać się jeszcze raz ze swoją córką. Stąd miał wystarczająco silną motywację, oraz, dzięki bardzo silnym związkom z Murph, wiedział, w jaki sposób przesłać wiadomość, którą ona będzie w stanie zrozumieć. Jeżeli coś takiego uznać za rezygnację z fantastyki naukowej, to wolę nie myśleć, co ludzie mówią o Mad Maxie, którego motywacją do działania była wyłącznie miłość (acz jest to z mojej strony złośliwa uwaga, bo pierwszy film o dziwo nie jest tak popularny, jak kontynuacje).

ps, jak ktoś jest ciekaw motywów Manna, to Nolan także napisał o nim komiks.

5 comments

  1. Borys says:

    Film mi się nie podobał; odnoszę coraz silniejsze (i nieprzyjemne) wrażenie, że Nolan skończył się na “Prestiżu”. Ale tutaj nie będę się rozpisywał, bo o “Interstellar” wspominałem już u siebie na blogu wymieniając zeszłoroczne rozczarowania filmowe. Natomiast dałeś mi do myślenia akapitem, w którym piszesz “Film Nolana jest przedstawicielem dosyć zapomnianego gatunku wielkich filmowych spektakli w stylu Hollywood lat 50-tych, czy 60-tych”. Nie jestem jednak pewien, czy dobrze Cię zrozumiałem. Chodzi o filmy z epickim oddechem, które nie są li tylko taśmowymi blockbusterami i “gumą do żucia dla oczu”, tak?

    • hihnttheadmin says:

      Jestes laskawy, znam takich, dla ktorych Nolan skonczyl sie na Memento 🙂
      Natomiast odnosnie spektakli, to tak. O to wlasnie mi chodzilo, o filmy “kinowe”. W moim odczuciu wiekszosc obecnych blockbusterow nie posiada tego charakteru i spokojnie mozna je ogladac na malym ekranie. Zdaje sobie srawe, ze to nie jest “obiektywne” okreslenie, ale tak mi sie widzi to. To jest troche tak jak sceny w tysiacami statystow, niby teraz mozna ich w komputerze pomnazac, to jednak inaczej odczuwamy to, gdy na ekranie rzeczywiscie zebrano tylu ludzi.

      • Borys says:

        Czyli zgadzamy się, o co chodzi. I dla mnie “Interstellar” jest nieudany prawdopodobnie dlatego, że stoi w rozkroku między kinem epickim a blockbusterowym, choć nie czas tu i miejsce na rozwijanie tej tezy. 🙂 Z kolei “Cloud Atlas” podobał mi się, ponieważ stanowił oryginalne rozwinięcie koncepcji kina epickiego.

        Aha, polecam Ci “Black Book” Verhoevena – wyśmienity przykład współczesnego “epickiego oddechu” (2006 r.), ale niestety nie w pełni udanej produkcji. Epickość gryzie się trochę z Verhoevenowskim sznytem. Ale ogólnie wypada in plus. To film, który niezasłużenie przeszedł bez echa.

  2. eV says:

    To ja myślałam, że ludzie, którym ten film się nie podobał po prostu go nie oglądali – a tu się okazuje, że nawet maja jakiekolwiek argumenty!

Leave a Reply

Your email address will not be published.