Abstrakcja komedii w duchu Twin Peaks (On the Air)

Symbolika anteny jest ważna. Czasem.
Symbolika anteny jest ważna. Czasem.

David Lynch zawsze był reżyserem obdarzonym dużym poczuciem humoru. Wiele jego filmów posiadało sceny komediowe. Były one zabawne, acz bardzo często dowcip był abstrakcyjny, do tego stopnia, że dla wielu był kompletnie niezrozumiały. Zresztą, miejscami granica pomiędzy żartem, a horrorem była bardzo cienka. Stąd też nic dziwnego, że bardzo wiele osób nie dostrzega tego, że filmy Lyncha są zabawne, czy też ironiczne. Patrząc tak na fanów, jak i krytyków twórczości tego reżysera można stwierdzić, że większość osób skupia się na mroczności, czy strachu, jako tych emocjach, które wywołują jego dzieła.

Stąd też dla wielu osób sporym zaskoczeniem będzie, że David Lynch ma w swoim dorobku coś, co można nazwać prawdziwą komedią. Oczywiście była to komedia dla samego Lyncha, co nie znaczy, że wszyscy musieli to tak odbierać. Należy jednak zacząć od początku. Wszystkiemu winne było Twin Peaks. Niesamowity (acz tylko początkowy – potem było gorzej) sukces tego serialu sprawił, że Lynch i Frost mogli robić, co chcą. Nie mieli żadnych wyznaczonych ograniczeń w działaniu. Dla stacji telewizyjnych byli oni gwiazdami podobnymi Michaelowi Mannowi parę lat wcześniej. Stąd też nie było dla nikogo problemem, gdy postanowili oni stworzyć nowy serial telewizyjny. Korzystając z aktorów, z którymi pracowali przy Twin Peaks równolegle z produkcją tego przeboju rozpoczęli kręcenie czegoś, co można nazwać mianem sitcomu.

Jeżeli ktoś jest obeznany z historią powstawania Twin Peaks, to zapewne pamięta, że na początku Lynch i Frost myśleli o produkcji serialu opowiadającego o życiu Marilyn Monroe. Miała to być opowieść o kinie, aktorce i latach 50-tych. Nic jednak z tego nie wyszło. Jednakże pomysły z tamtego okresu miały bardzo wyraźny wpływ na samo Twin Peaks, gdzie mieliśmy bardzo wyraźną stylistykę retro. Jednak, ową fascynacje dawno minionymi czasami najlepiej widać właśnie w wyprodukowanym przez Lyncha i Frosta sitcomie. Jego tytuł to On the Air. Serial opowiadał o perypetiach ludzi pracujących nad programem telewizyjnym Lester Guy Show. Akcja działa się w latach 50-tych, kiedy telewizja (choć obecna w Ameryce już od dłuższego czasu) dopiero raczkowała. Stąd o ile Twin Peaks był serialem retro, tak On the Air rzeczywiście dział się w przeszłości.

Tutaj potrzebna jest drobna dygresja historyczna. W początkach amerykańskiej telewizji bardzo ważnym elementem krajobrazu były programy gwiazd kina, najczęściej już trochę przebrzmiałych. Półgodzinne audycje mieszały gatunki, raz była komedia, a raz dramat. Stąd też owa gwarantowana różnorodna rozrywka pomimo dużych ograniczeń technologicznych bardzo szybko zyskała sobie popularność.

Stąd też serial w serialu – motyw zresztą znany z pierwszego sezonu Twin PeaksLester Guy Show, to właśnie próba reanimacji kariery Lestera Guy’a. Był on kiedyś wielkim aktorem, który był bardzo popularny. Szybko jednak jego kariera upadła, a on sam spadł z panteonu gwiazd. Nie zatracił jednak przekonania o swojej wielkości.

Teraz program telewizyjny jest dla niego szansą na powrót. Szybko jednak wychodzi, że jego zadufanie w sobie, czy też wprost bucowatość stanowi ku temu przeszkodę. Co więcej, ku jego przerażeniu, już w trakcie pierwszego odcinka okazało się, że ktoś inny stanie się gwiazdą programu. Chodzi o Betty Hudson, mówiąc delikatnie, niezbyt inteligentną prostą dziewczynę, która kompletnie nie umie grać. Jest jednakże bardzo prawdziwa i uczciwa. Jej naiwność sprawia, że widzowie pokochali ją od pierwszej sceny programu.

Lester Guy ma szczery uśmiech nawet w reklamie. Bardzo szczery (tak samo szczery jak w Twin Peaks)
Lester Guy ma szczery uśmiech nawet w reklamie. Bardzo szczery (tak samo szczery jak w Twin Peaks)

Okazuje się, że bardzo starannie przygotowany scenariusz i scenografia, przez serię wypadków i katastrof powoduje, że nic nie wychodzi. Dramatyczna opowieść o miłości zamienia się w farsę, a całej sytuacji nie ratuje ekipa przygotowująca serial.

Właściwie jest jeden powód, dla którego nie są oni w stanie niczego zrobić. Można zaryzykować, że wszyscy pracujący dla stacji ludzie są w mniejszym, lub większym stopniu szaleńcami. Począwszy od psychopatycznego szefa stacji telewizyjnej, posiadającego charakter porównywalny z pruskim oficerem. Na kolejnym miejscu mamy reżysera, krewnego właściciela stacji, który mówi nie tylko z potwornym akcentem, ale także ma duże problemy z zachowywaniem się odpowiednio. Przykładowo korzystając z megafonu zawsze trzyma go odwrotnie. Także i właściciel stacji, pan Zoblotnik głównie pojawia się jako ogień wydostający się ze słuchawki telefonu. Dodajmy tutaj, że telewizja nazywa się od jego nazwiska Zobltonik Broadcasting Corporation.

Nie ma tutaj miejsca, aby omówić wszystkie niezwykłe, dziwne i groteskowe postaci z On the Air. Jest ich zbyt dużo. Wiele pojawia się tylko jako dalekie tło, jak bracia syjamscy pośpieszający wszystkich dookoła. Trzeba powiedzieć, że jak na serial komediowy mamy tutaj do czynienia z bardzo rozbudowaną ekipą aktorską, która bardzo dobrze sobie radzi w byciu kompletnie niepoważnym.

Same odcinki posiadają główną linie fabularną, która toczy się dookoła prób odzyskania przez Lestera Guya pozycji gwiazdy, a strącenia z podium Betty. Obok tego mamy mniejsze żarty, bardzo często opierające się na tym samym schemacie. W każdym odcinku mamy Billy’ego ‘Blinky’ Wattsa, który zajmuje się udźwiękowieniem produkcji. Choć początkowo może się wydawać, że jest on ślepy, to nie jest prawda. Cierpi on na bardzo rzadką chorobę Bozeman Simplex. Polega ona na tym, że nie widzi tego, co my tylko groteskowy miszmasz obiektów przemieszczających się, kręcących, czy pojawiających się znikąd. Mogą to być piłki plażowe, jak też tajemniczy Indianie. Oczywiście oznacza to, że nie wie on, gdzie jest, ale nie wynika to ze ślepoty.

Skoro mamy serial komediowy, to warto wspomnieć o tym, jaki żarty w nim są obecne. Tutaj pojawia się pewien problem, który dla wielu widzów może być nie do pokonania. Jako punkt odniesienia dam serial radiowy i telewizyjny Christophera Morrisa Jam. Jest to bardzo zabawny serial komediowy, gdzie nie ma żartów. Wiele skeczy jest nie tylko smutnych, ale czasem wręcz depresyjnych. Zarazem jest to udany serial komediowy. Może się to wydawać sprzeczne ze sobą, ale taka jest rzeczywistość i na tym w dużej mierze polega sukces Morrisa i jego produkcji. Idąc dalej możemy też wskazać na popularny komiks internetowy Cyanide&Happiness. W miarę często pojawia się w nim cykl zwanyDepression Comics, gdzie, jak sam tytuł wskazuje, dominują smutne opowieści. Nie ma w nich zabawnej puenty, czy czegoś, co kończyłoby historię radosnym żartem. Czytelnika komiks bawi, ale na zasadzie pewnej mrocznej groteski.

On the Air nie jest tak skrajnym przypadkiem. Jest zabawny, ale w tym samym znaczeniu, co Twin Peaks. Widz się uśmiecha, bawi i raduje, ale cały czas z tyłu głowy ma jakiś niewypowiedziany niepokój. Cały czas oczekuje jakiejś katastrofy, czy czegoś złego. Nic jednak nie wychodzi z czerwonego pokoju. Możliwe, że przez to serial po ledwie dwóch odcinkach praktycznie przestał być nadawany. W sumie powstało siedem odcinków, które od początku do końca są absurdalne, abstrakcyjne i koniec końców przezabawne.

Leave a Reply

Your email address will not be published.