Robin Hood na statku wraz z Murdociem Grają o Tron (Nightflyers)

Mrok, posępność i horror. Ewentualnie dyskoteka w galaktycznej pustce.
Mrok, posępność i horror. Ewentualnie dyskoteka w galaktycznej pustce.

Nisko budżetowe kino science fiction potrafi czasem z dużą pewnością siebie rzucać się na temat znacznie wykraczające poza możliwości twórców. Powstają wtedy przeważnie filmy, które mają rozliczne i różnorodne braki. Dotyczą one tak sfery efektów specjalnych, które zamiast pozwalać widzowi wciągnąć się w opowieść, sprawiają, że film odbiera się jako niewiarygodny. Innym problemem mogą być aktorzy, którzy nie są w stanie zagrać ról, które im dano. Pojawia się także czasem problem scenariusza, gdyż zdarza się, że scenarzysta ma zbyt daleko idące pomysły względem własnych umiejętności. Wtedy zamiast głęboko filozoficznej opowieści wychodzi im bełkot, albo też wydmuszka oparta na ładnych słowach, a pusta w środku. W efekcie twórcy tworzą wtedy filmy nudne, albo też posiadające daleko idące dziury fabularne prowadzące widza do zniechęcenia, czy też znużenia.

Trochę inaczej sprawa wygląda wtedy, gdy mamy do czynienia z ekranizacją jakiegoś tekstu kultury. Do problemu ambicji dochodzą wtedy rozliczne oczekiwania producentów, którzy widzą okazje do zarobienia pieniędzy na znanym nazwisku. Przed twórcami częstokroć pojawia się wtedy problem zwyczajnej niemożności przeniesienia opowieści na kinowy ekran, bo nie posiada ona elementów, które dobrze wyglądałyby w filmie. Czasem fani książki/komiksu/czegoś są w stanie wybaczyć rozliczne błędy i problemy, gdyż są szczęśliwi, że ich ukochane dzieło zostało zekranizowane. Częściej jednak rzucają się z wrogością i nienawiścią na filmowców, którzy w ich mniemaniu zniszczyli tekst wyjściowy.

W ramach oszczędności Robin Hood nie zmienił stroju i nie poszedł do fryzjera.
W ramach oszczędności Robin Hood nie zmienił stroju i nie poszedł do fryzjera.

Po takim przydługim wprowadzeniu możemy przejść do omawiania Brytyjskiego filmu Nightlyers. Mamy tutaj do czynienia właśnie z nisko budżetowym filmem science fiction, stąd też nie znajdziemy wśród aktorów słynnych gwiazd kina. Za to znajdziemy tam bardzo ciekawe osoby znane każdemu człowiekowi wychowanemu na przełomie lat 80-tych i 90-tych w Polsce. Oto wśród aktorów znajdziemy dwie rozpoznawalne twarze. Pierwszą jest znany i uwielbiany przez multum kobiet Michael Praed, czyli Robin Hood z klasycznego serialu telewizyjnego z lat 80-tych, a którego czołówka wciąż jest przez wielu nucona (~Robin).

Drugi aktor, który powinien być kojarzony, to Michael Des Barres, który grał Murdoca w MacGyverze. Przyznaje, że część osób zapewne podrapie się ze zdziwieniem po głowie słysząc o tej postaci. Wszyscy kojarzą głównego bohatera, ale Murdoc? Prawdopodobnie większa jest szansa, że ktoś obecnie wie o Angusie MacGyuverze, aniżeli o Murdocu. W związku z tym przypomnę wszystkim, że Murdoc był kilkukrotnie powracającym mordercą, który próbował zabić MacGyvera. Jego szalone plany były spektakularne, a Michael Des Barres w ramach swojej roli przebierał się w różne dziwne stroje. Był to jeden z lepszych bohaterów i szczęśliwie udawało mu się przeżyć rozliczne śmierci.

Okładka zbiorku z opowiadaniem Martina. Taka trochę Ripley'owata.
Okładka zbiorku z opowiadaniem Martina. Taka trochę Ripley’owata.

Skoro mamy z jednej strony Robin Hooda, a z drugiej psychopatę od MacGyvera, to możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z filmem, na który warto rzucić okiem. Dodatkowym argumentem może być nazwisko, które pojawia się przy okazji tytułu. Nightlyers jest, jak można się było spodziewać po wprowadzeniu, ekranizacją opowiadania uznanego autora. Tym jest zaś George R.R. Martin, który napisał tytułowe opowiadanie i opublikował je w 1980 roku. Dla dokładności była to tak zwana w amerykańskim systemie novella, czyli przekładając na nasze, długie opowiadanie. Niestety nie miałem okazji go czytać, wiec nie jestem w stanie powiedzieć, czy ekranizacja była wierna, czy też nie. Z tego, co czytałem, ku zaskoczeniu wszystkich, fani narzekają, że uproszczono historię i zmarnowano okazję na dobry film.

W każdym razie, przechodząc do tego, co przyjdzie obejrzeć tym, którzy się odważą, opowiedzmy o Nightflyers. Opowieść jest w miarę prosta. Oto niedługo w pobliżu Ziemi będzie przebywać tajemniczy statek obcych. Pojawiają się oni regularnie, ale jak dotąd nie udało się ludziom nawiązać z nimi kontaktu. Sytuacje chce zmienić pewien naukowiec, który po wielu latach starań dostał odpowiednie środki finansowe na przedsięwzięcie wyprawy. Dzięki tym pieniądzom udaje mu się zebrać ekipę, w skład której wchodzi kierowniczka wyprawy, wysokiej klasy telepata (w tej roli Murdoc) z towarzyszką, a poza tym grupa techników, którzy mieli odpowiadać za komunikację z obcymi. Pomysł naukowca był dosyć prosty, technicy nawiążą połączenie radiowe, a wtedy telepata korzystając ze swoich zdolności będzie w stanie odkryć tajemnicę języka obcych.

Pieniądze także pozwoliły na wynajęcie statku, acz jego niska cena powinna wskazywać, że będą z nim pewne problemy. Tanie statki mają przeważnie jakieś ukryte właściwości, czy to w formie długów pilota, czy też czegoś, co może czaić się na pokładzie. Skoro już przy tym jesteśmy, to zwróćmy uwagę na osobę pilota. Statek jest dosyć duży – służył jako statek zwiadowczo-badawczy, a nie ma załogi. Okazuje się, że jedyną istotą żywą na pokładzie jest pilot-kapitan (znany też pod ksywą Robin Hood), który kontaktuje się z pasażerami, tylko pod postacią hologramu. Z czasem pojawia się także kolejne pytanie odnoszące się do tajemniczych czerwonych świateł na ścianach. Czyżby to były kamery? Jeżeli tak, to czyje? Kto podsłuchuje rozmowy i śledzi wszystkich pasażerów? Pewne tajemnice dosyć szybko się wyjaśniają, w tym sytuacja pilota. Inne pozostają w ukryciu znacznie dłużej.

To ujęcie jest niestety jednym z niewielu momentów filmu, gdzie bohaterka jest intrygująca i ciekawa.
To ujęcie jest niestety jednym z niewielu momentów filmu, gdzie bohaterka jest intrygująca i ciekawa.

Teoretycznie głównym bohaterem filmu jest owa kierowniczka wyprawy. To z jej perspektywy poznajemy pozostałe postaci i to na niej głównie skupia się kamera. Niestety, chociaż na samym początku postać wydaje się ciekawa i interesująca, to z każdą kolejną minutą filmu okazuje się, że scenariusz nie dał jej zbyt wiele charakteru. Chwali się, że doskonale sobie radzi z otaczającym ją zagrożeniem, niestety jednak ciężko powiedzieć coś więcej o niej. W jakimś sensie wydaje się, że scenarzyści zapomnieli o tym, że główny bohater musi w sobie coś mieć, co sprawi, że widzowie będą ciekawi, czy uda mu się przeżyć. Tutaj tego zabrakło (acz wypada wspomnieć, że ten problem dotyczy wszystkich postaci w filmie, które są – z wyjątkiem telepaty – mało wyraziste).

Pomimo intrygujących elementów fabuły i dobrze dobranych aktorów, film jednak niestety należy zaliczyć do nieudanych. Brakuje mu napięcia i pomysłu, jak ominąć problemy z efektami specjalnymi. Oznacza to, że chociaż nie mamy do czynienia z jakąś totalną porażką w tym względzie, to jednak są one na tyle słabe, że odwracają uwagę od nie tak znowuż wciągającego scenariusza. Mamy w związku z tym sytuację, że dobry pomysł poległ w wyniku przerostu ambicji. W opowieści widać bowiem, że przy odpowiednim budżecie i lepszym reżyserze mógłby z tego powstać porządny klasyk taniego kina. Tak się niestety nie stało. Zabrakło autorom scenariusza pewnej odwagi i swobody w opowiadaniu historii. Zamiast tego otrzymaliśmy jeden z wielu, ewidentnie inspirowanych Alienem Scotta, filmów o czymś złym grasującym na pokładzie statku.

2 comments

  1. Joanna says:

    Od siebie dodam, że dla symbolem lat 80-tych była właśnie Catherine Mary Stewart ( jedna z wielu rozpoznawalnych twarzy lat 80-tych). Zagrała w “Ostatni gwiezdny wojownik” , “Noc komety” czy “Świat oszalał”.
    A sam film nudny i ciężko przez niego przebrnąć. Pamiętam, że wiele lat temu zachęciła mnie do odbejrzenia filmu własnie obecność Michaela Preada, ale niestety filmem się rozczarowałam.

Leave a Reply

Your email address will not be published.