Przeklęta widownia, czyli komik pełen wyzwisk (Don Rickles)

Jak to ujał Nipsey Russell opisując Dona Ricklesa: "Znaleziono orangutana cierpiącego na przepuklinę, którego karmiono trucizną z jadu grzechotnika, a następnie dano łagodny głos dzikiej hieny"
Jak to ujał Nipsey Russell opisując Dona Ricklesa: “Znaleziono orangutana cierpiącego na przepuklinę, którego karmiono trucizną z jadu grzechotnika, a następnie dano łagodny głos dzikiej hieny”

Komedia jest trudnym rzemiosłem. Opowiadanie dowcipów wymaga nie tylko talentu, odpowiedniego materiału, ale i pewnego rodzaju charyzmy. Wszyscy się spotkaliśmy przynajmniej raz z sytuacją, gdy ten sam dowcip opowiadany przez jedną osobę nie był śmieszny, a gdy ktoś inny go opowiedział nagle okazywał się bardzo zabawny. Nie polegało to na zmianie samej natury żartu, a sposobu, w jaki został opowiedziany. Przywodzi to na myśl chociażby jeden z odcinków MASHa, gdzie Sokole Oko i BJ konkurowali między sobą, kto lepiej opowiada dowcip o imitacji ptaka. Dlatego też nie dziwi, że pośród multum komików tylko nieliczni osiągają prawdziwy sukces. Większość przemija. Kilku niektórzy kojarzą, ale nie wiedzą, dlaczego.

Odnośnie trudności z zawodowym opowiadaniem żartów należy też dodać, że wielka jest rola widowni. Ludzie reagują trochę stadnie i odbiór komika uzależniony jest od tego, czy inni widzowie będą się dobrze bawić, czy też nie. Stąd jedną ze zmor wszystkich osób występujących na scenie są tacy członkowie widowni, którzy przeszkadzają. Komentują, czy też krytykują na żywo komika. Mogą to być obraźliwe uwagi, złośliwe komentarze, czy też pospolite wyzwiska, które z jednej strony można odebrać jako słabość tego, co opowiada dowcipy, ale też często wiążą się ze złośliwą naturą krzykacza. Wiele osób nie wytrzymuje wtedy presji i przerywają swój występ. Inne robią rzecz jeszcze gorszą, mianowicie odpowiadają agresorom. Im ostrzej, tym gorzej, bo przestają prowadzić swój program, a stają się niejako niewolnikami krytykanta. Widownia reaguje negatywnie i w ten sposób komik kończy karierę. Regularnie można przeczytać o komediantach, którzy potem musieli się gęsto tłumaczyć z użytych przez siebie sformułowań w trakcie takiej dyskusji. Przepraszać za różne wyzwiska i błagać o danie następnej szansy.

Czasem jednak dzieje się rzecz dziwna. Komik odpowiada na zaczepki w taki sposób, że widownia zamiast się obrażać, czy też denerwować, zaczyna się śmiać. Komik wygrywa i okazuje się zwycięzcą walki z widownią. Czasem dalsze wydarzenia są jeszcze ciekawsze. Co bowiem zrobić, kiedy wyzwiska komika bardziej śmieszą widownie, niż jego dowcipy? To był i jest przypadek Dona Ricklesa.

Rickles zaczynał jako komik w klubach i w pewnym momencie okazało się, że widownia woli go, kiedy obraża ją, aniżeli opowiada dowcipy. Jednakże prawdziwym przełomem było, kiedy w trakcie jednego z występów obraził on swojego przyjaciela, Franka Sinatrę, który akurat był na widowni. Tak mu się to spodobało, że zaczął on zachęcać kolegów z branży, aby przyszli na występ Ricklesa, aby ten mógł ich obrazić. Co by nie powiedział, potrafił on to robić doskonale. Dalej zresztą umie umiejętnie zwyzywać kogoś.

Kariera w klubach pozwoliła mu z czasem na okazjonalne występy w filmach (na przykład w Kelly Heroes, które – jak sam stwierdził – kręcił z Clintem Eastwoodem całe lata w Jugosławii, choć były to tylko miesiące, ewentualnie na odwrót), a także i telewizji. Szczególnie to drugie medium przyczyniło się do rozwoju jego kariery. Wiąże się to szczególnie z momentem, kiedy Dean Martin w latach 70-tych zaprzestał prowadzić swój bardzo popularny program komediowo-muzyczny, a zamiast tego rozpoczął cykl Celebrity Roast. Wybrana gwiazda zaproszona do programu była omawiana, a najczęściej wyśmiewana przez zaproszonych przyjaciół i znajomych. Ten program był wspaniałym miejscem dla Ricklesa, który mógł w przeciągu kilkunastu przydzielonych mu minut wykazać wszystkie wady bohatera dnia, tudzież innych zaproszonych gości. Także i Dean Martin dostawał wtedy za swoje.

Dla Ricklesa nigdy nie było świętości. Rasizm, antysemityzm, seksizm, dowcipy z wyglądu, wad charakteru, czy urody. Wszystko było dozwolone i wszystkim atakował. To w połączeniu z jego niskim wzrostem, wyraźną nadwagą, łysiną i twarzą raczej daleką od norm urody, sprawiało, że tego człowieka spokojnie można by uznać za jakiś okaz najgorszych cech komików. Nieudanego żartownisia, który nie potrafi opowiadać prawdziwych żartów. To, że widzowie się śmieją z jego dowcipów, w takim rozumieniu sytuacji, musiałoby wynikać albo z zażenowania, albo być wspaniałym świadectwem upadku gustu.

Dlaczego jednak, pomimo takiego zastrzeżenia, Don Rickles śmieszył i śmieszy? Dlaczego zamiast dostać pięścią w nos dostawał oklaski? Odpowiedzią na to jest to, od czego zacząłem tekst. Wszystko zależy od sposobu, w jaki się opowiada żarty, ale też i jak obraża się ludzi. Rickles pamiętał, aby uderzać celnie, ale i starannie pilnować się, żeby nikogo nie pominąć. Poprzez obrażanie wszystkich zaznaczał, że tak na prawdę nie atakuje realnie istniejącej osoby. Cały czas podtrzymywał żartobliwą kreację bardzo złego człowieka, pamiętając, aby nie opuścić gardy. To nie było pastwienie się nad jedną osobą, tylko dokazywanie wszystkim. Jeżeli żartował z pochodzenia kogoś z widowni, to nie ograniczał się tylko do Azjatów, ale zaraz szukał na sali Irlandczyka, Żyda, czy Włocha.

Jego humor wspaniale podsumował Dean Martin, kiedy ofiarą Celebrity Roast był sam Rickles, mówiąc, że Hitler mówił, że od niego mógłby się wiele nauczyć. Następnie dodał (Martin, nie Hitler), że jego pomysłem na spędzenie miłego wieczora, to oglądania domowych filmów z Pearl Harbour z dodanym śmiechem z offu.

Z czasem pozwolił sobie na pewną zmianę odnośnie sposobu opowiadania historii. Widoczne jest to chociażby w jego przemowie przy okazji drugiej inauguracji prezydenta Reagana, kiedy po ostrych żartach z jego i małżonki Nancy płynnie przeszedł do bardzo miłego życzenia im powodzenia. To też była niezwykła umiejętność, aby zrobić to tak, by ta druga część występu była wiarygodna.

Stąd też nasz komik, choć obraża, to nie tylko robi to w sposób uroczy, ale też potrafi sprawić, że go lubimy. Między innymi, dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych komediantów atakujących ludzi, Rickles robi to z gracją i z dużą dozą autoironii. Nie tylko obraża innych, ale też krytykuje samego siebie. Zapewne w dzisiejszych czasach nie mógłby on zacząć kariery, jesteśmy zbyt czuli na słowa. Zapominamy tego, że liczy się tak kontekst, jak też i ton wypowiedzi. Zamiast tego mamy oburzenie i okrzyki. Oczywiście nie pomagają w tym pseudo komicy, którzy żerują na podstawowych instynktach, aby się wypromować.

Obrażać trzeba umieć i tyle.

ps: Znajomy publikuje kolejnego w swojej karierze RPGa. Gralem w niego (krotko co prawda), ale według mnie warto wesprzeć, bo to fajna gra jest: Dziedzictwo Imperium: Dwory końca świata.

Leave a Reply

Your email address will not be published.