Na ostępach kinowego Dziekiego zachodu grasują superbohaterowie i to na długo przed tym, jak zabito pewne małżeństwo po wyjściu z kinowego seansu.

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię film John Carter opowiadający o przygodach tytułowego konfederata hen na Marsie. Ta produkcja Disney’a była dla tego studia sporą porażką finansową. Dodajmy, że chociaż film z początku był bardzo źle oceniany przez krytykę, to z czasem zaczęto go doceniać. Można powiedzieć, że John Carter staje się powoli klasykiem, czy też przynajmniej filmem szanowanym. Jednakże, to nie odbiór ze strony krytyki odpowiadał za bardzo słabe zyski. Za tym stała, z czym w praktyce wszyscy się zgadzają, fatalna kampania reklamowa, która nijak nie potrafiła zachęcić widzów do pójścia do kina. Inaczej rzecz ujmując, Disney miało szanse zarobić, ale poprzez fatalne reklamę strzeliło sobie w stopę.

Co ciekawe, bardzo szybko okazało się, że nikt w tym studio nie przemyślał sprawy i przyczyn porażki filmu. Oto na ekrany kin w 2013 roku, czyli w rok po Johnie Carterze, weszła kolejna super produkcja Disney’a, która przyniosła mu ogromne straty finansowe. Pod wieloma względami wręcz jeszcze bardziej spektakularna. John Carter w obsadzie nie miał żadnej gwiazdy gwarantującej zyski. Natomiast w przypadku filmu, o którym chce tu napisać parę słów, mieliśmy do czynienia z gwiazdą pierwszej wielkości, jak też i z dużą ekipą doświadczonych twórców, którzy mogą się pochwalić odpowiednimi sukcesami.

Znowu jednak reklamy nie zachęcały do udania się do kina. Tworzyły wrażenie, że film, który miały promować, jest w najlepszym wypadku bardzo słabą wariacją na temat Abrahama Lincolna łowcy wampirów. Kolejne sekwencje pokazywały rozliczne wybuchy, które miały zastąpić fabułę filmu. Co gorsza, owe wybuchy nie były specjalnie spektakularne. Kiedy wreszcie film wszedł na ekrany nie pomogła mu zdecydowanie raczej powszechna niechęć krytyków, jak też i wpływowych komentatorów. Zmieszany z błotem film doprowadził do kryzysu w Disney’u, jak też i pożegnania się tego studia z producentem, który dał temuż wiele z jego największych sukcesów w ostatnich latach.

Tenże producent w wywiadach wielokrotnie zaczął podkreślać jedno, że jest przekonany, że z czasem jego film zostanie doceniony, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Johna Cartera. W ten sposób Jerry Bruckheimer opisywał The Lone Ranger. Polski tytuł, Samotny jeździec, nie jest zły, ale pomija jednakże ważny element, jakim jest to, że Ranger jest jednak funkcją, a nie tylko terminem opisowym.

Serial telewizyjny miał tylko jeden sezon w kolorze, stąd specjalnie wybrane czarno białe zdjęcie pokazujące bohaterów.
Serial telewizyjny miał tylko jeden sezon w kolorze, stąd specjalnie wybrane czarno białe zdjęcie pokazujące bohaterów.

Film Gore Verbinskiego, podobnie zresztą jak i John Carter odwołuje się do amerykańskiej klasyki. Przy czym o ile opowieść o Marsie wiązała się z początkami science fiction i fantasy, tak Lone Ranger jest ściśle związany z tworzeniem się superbohaterów. Oto w latach 30 tych XX wieku w jednej stacji radiowej pojawił się bohater, który w przebraniu walczył z przestępcami na Dzikim Zachodzie. Serial okazał się natychmiast wielkim sukcesem tak wśród dzieci, jak i dorosłych. Stąd też nic dziwnego, że szybko powstała seria książek o przygodach tego dzielnego bohatera, jak też i całe multum różnych zabawek, czy ozdób. Jeszcze w latach 30-tych zawitał on na ekrany kin poprzez serial kinowy, a w latach 40-tych pojawił się w serialu telewizyjnym, a potem także kilka filmów. Do tego dodajmy rozliczne animacje i komiksy, a otrzymamy jeden w większych przebojów kultury masowej.

W końcu w 2013 roku weszła na ekrany kin wymarzona przez Johnny’ego Deppa nowa wersja przygód tego bohatera. Depp, wielki fan oryginału, chciał zrobić film trochę inny od dotychczasowych opowieści, gdzie ciężar historii byłby przesunięty z białego Rangera, na Indianina, który dotąd był traktowany z góry. Tym razem to Tonto, bo tak ma na imię ten bohater, miał być tym, który poprowadzi opowieść. W jego też wcielił się sam Depp, co spowodowało pewne problemy. Pewna grupa oburzonych protestowała, że „biały aktor” gra Indianina i uznawała to za przykład rasizmu, co niewątpliwie wpłynęło negatywnie na atmosferę wokół produkcji.

W pewnym sensie nie pomagało to, że Depp w swojej roli był skryty pod grubą warstwą makijażu, co od razu niektórym nasunęło skojarzenia z jego rolą w Piratach z Karaibów. Stąd też w niektórych recenzjach pojawiały się zarzuty, że gra on dokładnie tę samą rolę. Krytycy zarzucali też filmowi luki w fabule, czy też wręcz jej brak.

Po ponad 50 latach trochę się oni zmienili.
Po ponad 50 latach trochę się oni zmienili.

Na te dwa zarzuty odpowiedzieć jest dosyć łatwo. Obydwa są mianowicie kwintesencją tego, co od dawna zarzuca się krytykom filmowym, czyli słabego, tudzież nieuważnego oglądania filmów. Często okazuje się, że to nie wina filmu, a tego, że krytyk czegoś nie zrozumiał. Są oni czasem osobami o dosyć ograniczonych horyzontach. Złośliwości jednak na bok, sprawa wygląda następująco. Depp gra Tonto, Indianina z tajemniczą przeszłością, która bardzo mocno odcisnęła piętno na jego psychice. Jest to człowiek bardzo dziwny z dużymi problemami. Nie ma nic wspólnego z frywolnym i zabawnym Jackiem Sparrowem. Tak na prawdę nie jestem w stanie wskazać żadnych podobieństw pomiędzy obydwiema postaciami, poza tym, że gra je Depp i ma on więcej makijażu na twarzy niż zwykle ma to miejsce w przypadku aktorów. Na tej samej zasadzie, jeżeli ktoś by się uparł można oczywiście wskazać, że gra on cały czas Edwarda Nożycorękiego, ale byłaby to już pewna przesada.

Natomiast fabuła jest całkiem zgrabnie poprowadzona, acz w dosyć nietypowy sposób. Oglądamy opowieść starego Tonto, który tłumaczy młodemu chłopcu przebranemu w strój Lone Rangera, jak to było z jego przygodami. Opowieść jest chaotyczna, czasem wręcz dziwna. Ma miejscami pewne luki, ale nie jest to wada filmu, a raczej jego zaleta. Lone Ranger jest starannie skonstruowaną opowieścią wewnątrz opowieści. Ma wszystkie wady historii opowiadanej i nie kryje się z tym. Tak do końca nie wiadomo zresztą, jak ta opowieść powstaje. Pomimo tego przygody Lone Rangera i Tonto pozostają wewnętrznie logiczne i przy uwzględnieniu założenia, że poznajemy wspomnienia, a nie „prawdziwą opowieść” są logiczne i spójne.

Oglądamy początki Lone Rangera, jak ten z prawnika wracającego na Dziki Zachód i wierzącego w ideały pacyfizmu staje się zamaskowanym bohaterem walczącym z przestępcami. W wyniku różnych zdarzeń on, a także jego brat, który był Texas Rangerem, udają się w pościg za znanym złoczyńcą Butchem Cavendishem. Niestety bracia, a także pozostali Rangerzy zostają zabici w zasadzce. Czy jednak na pewno wszyscy? Ciała znajduje tajemniczy Indianin Tonto, który za wszelką cenę chce zabić Butcha. Wykopuje im groby i planuje ich pochować, lecz oto na scenie pojawia się biały koń, który wybiera prawnika. Koń reprezentuje ducha przodków i Tonto, nie zgadzając się z wyborem, wyciąga go z grobu i postanawia ożywić. W ten sposób prawnik nabiera niezwykłej mocy, mianowicie, jako już umarły, nie będzie mógł zginąć w walce. Zarazem, czy to wszystko jest prawdą nie jest do końca jasne. Film wielokrotnie poddaje w wątpliwość to, co mówi Tonto i co robi. Nasz prawnik początkowo mu nie wierzy, lecz po wielu różnych przygodach zaczyna akceptować swoją rolę jako wojownika o sprawiedliwość. W ramach hołdu dla swojego brata nosi maskę wykonaną z jego kamizelki. Rozpoczyna się wielowymiarowy pościg.

W filmie są - ważne dla fabuły - postaci kobiece. Jedną jest żona Texas Rangera, która jest typem silnej kobiety, która umiejętnie walczy o przetrwanie. To jest bohaterka twarda i pewna siebie. Drugą jest grana przez wiadomo kogo właścicielka domu publicznego ze sztuczną nogą. Dlaczego ma sztuczną? Dowiesz się z filmu.
W filmie są – ważne dla fabuły – postaci kobiece. Jedną jest żona Texas Rangera, która jest typem silnej kobiety, która umiejętnie walczy o przetrwanie. To jest bohaterka twarda i pewna siebie. Drugą jest grana przez wiadomo kogo właścicielka domu publicznego ze sztuczną nogą. Dlaczego ma sztuczną? Dowiesz się z filmu.

Film w gruncie rzeczy jak na produkcje przygotowywaną na „super przebój lata” jest zaskakująco wręcz smutny i pod wieloma względami pesymistyczny. Pomiędzy humorem, wartkimi scenami akcji, dowiadujemy się, że ten idealizowany brat głównego bohatera nie był taki wspaniały. Oficer kawalerii popełnia dramatyczny i tragiczny w skutkach błąd, a sam Tonto jest bardzo smutnym bohaterem. Także i wątek miłosny filmu jest w gruncie rzeczy jednym z bardziej nietypowych i także nie powoduje uśmiechu na twarzy. Prawnik chodził kiedyś z kobietą, która została żoną jego brata. Do końca nie jest jasne, czyim synem jest jej potomek: prawnika, czy Texas Rangera. Wiadomo jedno, ona dalej go kocha, o czym brat doskonale wie.

Lone Ranger jest filmem o wiele lepszym od Piratów z Karaibów. Pełnym humoru, oraz smutku, gdzie dostajemy w gruncie rzeczy bardzo przyjemną mieszankę różnych stanów nastroju. Jest bardzo pomysłowy i umiejętnie łamie schematy, a całość doskonale wpisuje się w koncepcje „Dziwnego Zachodu” (Weird West). Zdecydowanie warto go obejrzeć nie przejmując się krytykami. Do przyjemnego seansu nie trzeba znać poprzednich inkarnacji bohatera, acz nie mogę się powstrzymać przed pewną złośliwą uwagą. Niektórzy krytykowali film, że wykorzystuje fragment muzyki z opery Rossiniego Wilhelm Tell. Prawda to, że słychać ją w głównej scenie akcji i doskonale komponuje się ona z tym, co mamy na ekranie. Jest to bardzo miła sekwencja, ale skąd Rossini, a nie Zimmer, który odpowiadał za muzykę do filmu? Odpowiedź jest bardzo banalna i łatwa do znalezienia. Utwór ten był melodią początkową tak dla programu radiowego, jak też i dla serialu telewizyjnego. Krytykant oczywiście nie musi tego wiedzieć i nie ma obowiązku sprawdzania historii serialu, czy bohatera, kiedy się recenzuje film z jego przygodami. Nie zmienia to tego, że daje to złośliwą satysfakcję tym, którzy wiedzą.

W każdym razie: Hi-yo, Silver!

3 comments

  1. rob says:

    fajny film może nie arcydzieło ale dało się obejrzeć bez bólu nawiasem mieliśmy jeszcze jeden serial przerobiony potem na film też przez krytyków zjechany czyli wild wild west :)a na początku l90 był jeszcze serial przygody bronco billa??(czy jakoś tak) z brucem campbelelm w roli głównej pozdrawiam

    • hihnttheadmin says:

      Wild West mi sie srednio podobbal, ale juz Adventures of Bronco Billy z Campbelem bylo nadzwyczajnie urokliwe 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.