W trakcie obiadu, czyli dwóch Hannibali

Porozmawiajmy o mnie
Porozmawiajmy o mnie

Powieści Thomasa Harrisa o seryjnych mordercach, które łączy osoba Hannibala Lectera nigdy mnie jakoś specjalnie nie interesowały. Także i nagradzane Milczenie owiec nie wzbudziło u mnie większej reakcji. Film Jonathana Demme’a był sprawnie zrealizowanym thrillerem, ale w moim odczuciu zachwyty nad nim były jednak w dużej mierze przesadzone. Zarazem zawsze przyznawałem, że to właśnie Milczenie owiec zrobiło z uznanego aktora, jakim był Anthony Hopkins, gwiazdę pierwszego formatu. Gdy parę lat później zostałem wmanewrowany w seans Czerwonego smoka, to chciałem tylko się śmiać z nieudolności Bretta Ratnera, który przejął rolę reżysera.

Film ten był słaby na każdym poziomie, a jednym z najsłabszych elementów był Anthony Hopkins i to nie tylko ze względu na bardzo marnej jakości odmładzanie go, a raczej z powodu całkowitego braku umiaru. Można było odnieść wrażenie, że ogląda się Loaded Weapon, a nie mroczny thriller. Podobnie zresztą Ralph Fiennes w roli Dollaryhyde’a mógł, jeśli już sprowadzić uśmiech na twarz widza, poprzez swoją pocieszność. Nie wspominając nawet o tym, że więcej włożono pieniędzy w tupecik Hopkinsa, niż w cały zbrzydzający makijaż Fiennesa.

poważnie!
poważnie!

Dopiero po Czerwonym smoku Ratnera przypadkowo obejrzałem pierwszą ekranizację powieści Harrisa. Wcześniej nie wiedziałem, że w latach 80-tych Dino de Laurentis wyprodukował film Michaela Manna na jej podstawie, który trafił do kin pod innym tytułem: Manhunter. Zmiana w tym wypadku wynikała z przesądności de Laurentisa, który wyprodukował wcześniej Rok smoka, który (choć jest świetnym filmem) był pokaźnych rozmiarów porażką finansową. Stąd zakazał on używania w tytułach swoich filmów smoków. Pomimo zmiany film nie okazał się sukcesem, co chyba raczej należy wiązać z umiejętnościami producenta, który mając świetne filmy bardzo rzadko na nich zarabiał, aniżeli z jakąś klątwą.

W Manhunterze Michael Mann w roli Hannibala Lecktora (nazwisko zostało zmienione, ale nie wiadomo dlaczego) obsadził Briana Coxa. Ten urodzony po wojnie Szkocki aktor pracuje głównie w teatrze, ale ma na swoim koncie pokaźną liczbę ról w znanych i popularnych filmach. Stąd też patrząc na sposób kreowania postaci Hannibala mamy ciekawe porównanie z wersją proponowaną nam przez urodzonego przed wojną walijskiego aktora Hopkinsa. Jest to zderzenie nie tylko dwóch różnych wersji zła, ale też i dwóch odmiennych sposobów grania seryjnego mordercy.

Dieta z ludziny wyraźnie tuczy. W trakcie seansu Smoka żałowałem między innymi, że Hannibal się nie podtuczył na tej inkarnacji Grahama...
Dieta z ludziny wyraźnie tuczy. W trakcie seansu Smoka żałowałem między innymi, że Hannibal się nie podtuczył na tej inkarnacji Grahama…

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy podczas oglądania filmów, a w szczególności porównywania Czerwonego smoka z Manhunterem, to fakt, że to ten drugi film jest zdecydowanie lepiej nakręcony. Tak, jeżeli chodzi o kadrowanie, jak i kolory. Jest to o tyle ciekawe, że oba miały tego samego operatora, czyli Dantego Spinotti. W dużej mierze wynika to chyba z tego, że latach 80-tych Mann posiadający swój charakterystyczny styl i fascynacje, bardzo pilnował, aby reżyserowany przez niego film posiadał wiązane z nim znaki rozpoznawcze. Ratner jest natomiast reżyserem bez świadomości obrazu, który nie radzi sobie z filmami wymagającymi czegoś więcej niż słowa.

To, czym jednak naprawdę różnią się właściwie wszystkie filmy z Hopkinsem, od Manhuntera, to inne podejście do postaci Hannibala. To jest ten główny element sprawiający, że inaczej odbiera się te filmy. Różnica wynika z dwóch elementów. Po pierwsze, ze sposobu umieszczania tej postaci w filmie. Mann bardzo mocno ograniczył obecność Hannibala na ekranie. Widzimy go tylko przez chwilę i właściwie bardzo niewiele o nim wiemy. Jest tajemniczy i wycofany. W przypadku Czerwonego smoka mamy sytuację, gdy producenci na siłę pododawali sceny z jego udziałem, więc nie do końca nadaje się on do porównania. Lepsze pod tym względem jest Milczenie owiec, ale i tutaj widzimy, że kamera skupia się na Hannibalu. Nie tylko dzięki umiejętnościom aktorskim Hopkinsa, ale przez decyzje reżysera. Hannibal jest tutaj właściwie głównym bohaterem, gdzie inne postaci są odsunięte i usytuowane w tle. To jest film o Hannibalu, a nie o polowaniu na tamtego drugiego mordercę. Natomiast Manhunter jest o Willu Grahamie i jego demonach, oraz o demonach, które sprawiły, że Francis Dollarhyde został mordercą. Hannibal tutaj ma jedynie wzmacniać postać Grahama, a nie odbierać mu naczelną rolę w filmie. Stąd też Mann nie pozwolił tej postaci ukraść obrazu, a był doskonale świadom tego, że taki bohater jest do tego zdolny. Demme natomiast, choć z punktu widzenia obiektywnej długości obecności Hopkinsa na ekranie tego nie widać, umieścił go w centrum wydarzeń spychając agentkę Sterling na dalszy plan.

Brakuje tylko robaków z ust Hannibala.
Brakuje tylko robaków z ust Hannibala.

Różnice jednak nie ograniczają się tylko do decyzji reżyserów, ale także do sposobu podejścia do budowania roli przez aktorów. Cox oparł się na kilku prawdziwych seryjnych mordercach. Zrobił postać zimną, właściwie nieodczuwającą emocji. Nie wiadomo, czy on kogoś lubi, czy też nie. Jest przy tym bardzo dokładny i umie świetnie działać. To jest osoba, która nie wie, czym jest dobro i zło, stąd też doskonale potrafił ukrywać swoje skłonności. Jest przy tym bardzo metodyczny i, co doskonale widać w scenie, gdy używa telefonu, zdecydowanie jest bardzo inteligentny.

Hopkins do swojej roli podszedł inaczej. Zagrał kogoś zdecydowanie innego i choć bardziej efektywnego w filmie, to zarazem mniej realnego. Hannibal w Milczeniu owiec jest przeszarżowany. Przypomina bardziej choćby Freddy’ego Kruegera, aniżeli realnie istniejących morderców. Hopkins bawi się swoją rolą bardziej, niż robi to teraz w takim Red 2. Tego typu postać jest skuteczna w straszeniu, ale jest to strach bardziej podstawowy. To jest strach, który przywodzi na myśl kolejne części hollywoodzkich horrorów. Stąd też niewątpliwie sukces tej postaci, gdyż tacy bohaterzy są łatwi do przyjęcia przez widzów. Na tym na przykład polega popularność Jokera, którego zresztą Hopkins-Hannibal przypomina i można wręcz odnieść wrażenie, że bez problemu można zamienić jego z Jackiem Nicholsonem i nie zrobi to żadnej różnicy.

Mamy tutaj zderzenie dwóch różnych wizji seryjnych morderców, z jednej strony groteskowo przerysowaną, a z drugiej zimno-realistyczną. Zło może być kolorowe i ładne, ale też i zimne i logiczne. Do mnie bardziej przemawia ta druga wersja, stąd też o wiele przyjemniej wspominam seans Manhuntera. Wolę kanibali, którzy są straszni, a nie takich, którzy ślinią się na myśl o chianti.

2 comments

  1. Pani Recydywa says:

    Warto jeszcze coś dodać o postaci samego Grahama, który jest w Manhunterze bliższy książkowemu pierwowzorowi (silny i zdecydowanie męski) niż słaby i płaczliwie wyglądający Norton. W filmie Manna widać, że to facet, który potrafi się sam obronić, ponieść konsekwencje swoich wyborów oraz naprawdę jest równorzędnym partnerem dla Lectera. I zakończenie jest lepsze niż w powieści.

Leave a Reply

Your email address will not be published.