Przez śniegi świata w podróży bez końca (Snowpiercer)

Para Buch
Para Buch

Koreańskie kino od wielu już lat podbija świat. Warto przy tym pamiętać, że jest to już kolejna fala azjatyckiej kinematografii, przy czym wydaje się, że ta ma największe szanse na pozostanie na dłużej w świadomości widzów. Obecnie, po tym, gdy mineła moda na bollywood i japońskie horrory, kino koreańskie wyrasta na potęgę. Dotyczy to nie tylko kina ambitnego, które zawsze stosunkowo – dzięki między innymi sile snobizmu – łatwo wykraczało poza ramy jednego kraju. Fenomen kina koreańskiego polega w dużej mierze na tym, że światowy sukces dotyczy całej kinematografii. Także czysto rozrywkowych produkcji. Przy czym nie ma tutaj ograniczenia tylko do jednego gatunku filmowego (jak japońskie horrory, tudzież filmy o jakuzie).

Stąd też nie powinno dziwić, że i na nasze ekrany kin trafiają filmy z Korei. Dziwić raczej powinno, że na razie jest ich tak nie wiele. Biorąc pod uwagę siłę i różnorodność tych filmów, a także – co jest niezwykle ważne – ich dopasowanie do naszych gustów filmowych, to powinno być ich znacznie więcej. Wspominam o dopasowaniu, każdy, kto widział kino z innego kręgu kulturowego, niż Europejski, bardzo często stykał się z problemem, jak właściwie odbierać dany film. Język kina nie zawsze nadaje się do prostego przeniesienia do innego kraju. Koreańskie kino na tym tle jest nadzwyczaj bliskie temu, czego przeciętny europejczyk szuka. Są oczywiście pewne elementy dla nas dziwne, ale nie mają one dominującej roli (można tu wymienić choćby niesamowitą wręcz skłonność do irracjonalnej przemocy). Stąd są dla nas zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze.

koła w ruch
koła w ruch

Ostatnio do naszych kin dotarła koreańska super produkcja zrobiona we współpracy z francuzami i amerykanami, a kręcona w Czechach. Chodzi mi tutaj o film Snowpiercer w reżyserii Joon-ho Bonga na podstawie francuskiego komiksu Le Transperceneige autorstwa Jacquesa Loba, Benjamina Legranda i Jean-Marca Rochette’a. Nie miałem jeszcze okazji go czytać, więc nie będę robił porównania z materiałem źródłowym. Zwrócę jednak uwagę na to, że komiks ten był jednym z kilku tekstów kultury, które we Francji poruszały wątek globalnego oziębienia. Powstawały nawet gry komputerowe osadzone w tej stylistyce (Transactica firmy Silmarils – oparta zresztą na powieści La Compagnie des Glaces Georges-Jeana Arnauda).

Snowpiercer opowiada o świecie przyszłości. W wyniku nieudanego eksperymentu mającego powstrzymać globalne ocieplenie całą planetę spotkał powrót do epoki lodowcowej, a nawet czegoś jeszcze gorszego. Życie wymarło, nie będąc w stanie pokonać potwornie niskich temperatur. Człowiek był w stanie przetrwać ledwie kilkanaście minut, nim zamieniał się w sopel lodu. Jednakże część ludzkości przetrwała. Wszystko dzięki przemysłowcowi o godnym nazwisku: Wilford. Od dziecka uwielbiał on koleje i zamarzył sobie luksusowy pociąg, który objeżdżałby całą planetę. Mógłby on w nim żyć bez końca. Pomysł ten był wyśmiewany, jako przykład przesadnego i niepotrzebnego wręcz luksusu w postaci globalnego Orient Expresu.

Sytuacja zmieniła się drastycznie, kiedy nastał pogodowy kryzys. Wtedy to właśnie ten pociąg okazał się dla wielu jedyną nadzieją na przeżycie. Sprzedawano na podróż nim bilety w dwóch klasach: jedna gwarantująca niezwykłe luksusy, a druga była związana z koniecznością wykonywania pewnych prac na pokładzie pociągu. Jednakże w momencie odjazdu pociągu dotarła do niego grupa pasażerów na gapę. Dochodzi do zamieszek, ale po pewnym czasie powstaje pewna społeczność. Pierwsza i druga klasa podróżują w wygodnych warunkach na przodzie, natomiast pasażerowie na gapę utrzymywani są przy życiu i codziennie dostają galaretki proteinowe dostarczające wystarczającą ilość energii do przeżycia w ostatnich wagonach.

Z oczywistych powodów taka sytuacja musi prowadzić do wielu konfliktów. Pasażerowie z końca pociągu chcą lepszych warunków życia. Dodatkowym powodem do buntu jest to, że co pewien czas pewne osoby z przodu pociągu wybierają poszczególnych pasażerów na gapę. Są oni wykorzystywani, jako uzupełnienie brakujących wykwalifikowanych pracowników, tudzież zabierane jest dziecko bez podania przyczyny. Zawsze jednak brana jest tylko jedno osoba, podczas, gdy reszta rodziny pozostaje w warunkach ledwo pozwalających na egzystencję. Jest to jedna z wielu przyczyn, dla których regularnie dochodzi do buntów i rebelii z tyłu pociągu. Wszystkie jednak są topione we krwi. Świat pociągu nie jest miły.

Takie akwaria nie tylko w palacach polskiej arystorkacji
Takie akwaria nie tylko w palacach polskiej arystorkacji

Film zaczyna się w momencie, gdy trwają przygotowania do kolejnego powstania. Jego formalnym przywódcą jest stary Gilliam, bez nogi i bez ręki kaleka, który posiada wielki autorytet wśród pasażerów. Na tyle duży, że i jest traktowany z szacunkiem przez osoby z przodu pociągu. Tak na prawdę jednak powstaniu przewodzi Curtis Everett, silny i sprawny mężczyzna, który pozbawiony jest młodzieńczej zapalczywości. Doskonale potrafi ocenić racjonalność podejmowania pewnych działań, choć też jest bezwzględny w realizacji swoich celów. Tym jest zabicie Wilforda. Ma także pomoc od tajemniczej osoby z przodu pociągu, która wysyła mu regularnie informacje pomocne w przygotowaniu powsrtania.

Od razu należy zaznaczyć, że Joon-ho Bong traktuje widza jako osobę inteligentną. Nie mówi wszystkiego od razu, wiele rzeczy ledwie sygnalizuje. Nie wiemy na przykład, w jaki sposób pociąg cały czas jedzie, czyli czym jest zasilany. Oczywiście fajnie byłoby mieć taką informację, ale z punktu widzenia fabuły była ona zbędna. Podobnie jest z tym, z kogo rekrutują się siły porządkowe pociągu, także i jednostki specjalne, które działają na polecenie Wilforda. Z drugiej strony pokazuje on wystarczająco dużo rzeczy widzowi, aby ten mógł zrozumieć i wyobrazić sobie, jak wygląda społeczeństwo pociągu. Chociaż jest ono podzielone na klasy, to nie są one w rzeczywistości aż tak sztywne, jakby się mogło wydawać. Widać wyraźnie, że można awansować, jak i zostać zdegradowanym. Pojęcie klas może niektórych sprowadzić na błędny tok rozumowania, że mamy tutaj do czynienia z krytyką kapitalizmu i występujących w nim podziałów. W rzeczywistości system pociągu to typowa dyktatura, której znacznie bliżej jest Korei Północnej, aniżeli wizjom Howarda Zinna i podobnych. Pociąg należy do Wilforda, a i to on odpowiada za wszystko, co się w nim dzieje. Nie ma w nim pieniędzy, czy innych elementów normalnej gospodarki.

Zarazem w pociągu mamy jakąś formę przemysłu, którego odpadami są zielone bryłki nazywane kronolem. Jest to narkotyk wywołujący halucynacje popularny na przedzie. Poza tym w wagonach, gdzie pracuje druga klasa możemy znaleźć takie poświęcone uprawie roślin, znajdzie się miejsce dla akwarium, jest też chłodnia (stąd możemy się domyślić, że jest i wagon, gdzie hoduje się zwierzęta do jedzenia). Takich wagonów użytkowych jest zapewne więcej, ale nie są one pokazane. Dla niektórych może to być wada filmu, ale przypomina to trochę robienie zarzutu Terminatorowi, że nie pokazano fabryki, gdzie produkuje się T-1000. Czy jest jakaś potrzeba na takie ujęcie? Nie ma żadnej, tak też w Snowpiercerze, gdzie widz traktowany jest w podobny sposób. Jako osobę na tyle inteligentną, że nie trzeba wtłaczać w nią niepotrzebnej wiedzy o świecie przedstawionym.

Głodny?
Głodny?

Film charakteryzuje się świetną obsadą i co więcej barwnymi i interesującymi postaciami drugoplanowymi. Bardzo często są one ledwie zarysowane, ale mają wystarczająco dużo cech, że to nie przeszkadza. Pomijając głównego bohatera, mamy Namgoonga Minsu. Jest on uzależnionym od kronolu ekspertem od zabezpieczeń, który został wtrącony do więzienia (wyglądającego niczym szafa z prosektorium). W zamian za kostki narkotyku dla niego i jego córki, będzie otwierać buntownikom drzwi pomiędzy wagonami. Mamy parę (kochanków w stylu Diamonds are Forever? braci?) psychopatycznych i bezwzględnych egzekutorów imieniem Franko: jeden jest określany mianem młodszego, a drugi starszego. Są oni wspaniali w swoim sadyzmie i bezwzględnie trzeba pochwalić obydwu aktorów, za to, jak radzą sobie z rolą, która choć przerysowana zarazem jest doskonale wpisująca się w otoczenie. Znajdzie się także na ekranie miejsce dla mierzącej wszystko asystentki Wilforda imieniem Claude, która wygląda niczym z jakiegoś horroru o mierniczych. Będzie pocieszny konduktor, czy też roznosiciel jajek wyjęty niczym z koszmaru o reinkarnacjach Maxa Schrecka. Na specjalne wyróżnienie zasługuje Alison Pill wcielająca się w nauczycielkę w pociągowej szkole. Jest to rola godna wszelkich nagród i pochwał. Szczególnie, kiedy śpiewa szkolną piosenką o pociągu. Film kradnie jednak dwójka aktorów: Tilda Swinton w roli Mason i Ed Harris jako Wilford.

Mason jest osobą na posyłki, która odpowiada także za sytuacje z tyłu pociągu. Kiedy jeden z pasażerów na gapę rzuca butem w asystentkę Wilforda, to właśnie Mason przybywa aby wydać wyrok i wytłumaczyć, dlaczego pasażerowie pociągu nie mogą się buntować. Swinton tworzy postać niezwykle przerysowaną, ale zarazem wspaniałą w swoim szaleństwie. Także i Wilford jest szaleńcem, ale jego obłęd jest znacznie bardziej praktyczny. Ma on wizję, którą chce spełnić. To jest niewątpliwie geniusz, który potrafi być uroczy, a zarazem przypomina, że to do niego należy władza i kontrola nad sytuacją.

Film jest pod wieloma względami bardzo przewrotny. Nie mamy tutaj prostego przełożenia: dobrzy biedacy i źli żyjący w luksusie. Pociąg jest jednym organizmem i nie może on funkcjonować tak, aby wszystkim się dobrze żyło. Wilford nie jest wcieleniem zła, gdyż nie tylko pozwolił pasażerom na gapę jechać pociągiem, ale także dostarcza im jedzenie. Sukces Snowpiercera polega na tym, że nie robi on prostej dychotomii, ale pokazuje – w oczywiście uproszczony sposób – komplikacje wynikające z próby uratowania ludzkości przy bardzo ograniczonych surowcach. Jest to także film bardzo krytyczny względem wiary w poste rozwiązania w zapewnienie wszystkim szczęścia.

Film naprawdę warto polecić. Ma on pecha do recenzji pisanych (co bardzo często widać już po pierwszych dwóch, czy trzech zdaniach) na kolanie, gdzie wymyśla się dziury w fabule. Stąd polecam się nie przejmować opiniami krytyków, tylko przekonać się na własne oczy ile wart jest Snowpiercer. Od razu jednak ostrzegę osoby mające problemy z dużą ilością przemocy. Chociaż film bardzo ładnie przełamuje te sceny żartami i absurdalnym humorem (wiwat ryba!), to za swego rodzaju rekomendacje niech posłuży fakt, że odpowiadał za nie Julian Spencer. Człowiek, który stał za słynną sceną walki w saunie w Eastern Promises Cronenberga. Dla przypomnienia, jest to jedna z najbardziej brutalnych scen walki, chociaż prawie nie ma w niej krwi. Tak też jest w Snowpiercerze, gdzie przemoc jest bardzo dosłowna i niemiła. To nie ma być zabawa, a dosyć poważne ujęcie tematu.

2 comments

  1. Patryk says:

    Jest parę wyjątków 🙂 Ja swojej nie pisałem na kolanie 🙂 Najczęstszym zarzutem jaki widziałem to to że film jest nudny i właśnie że ma dziury w scenariuszu. Absurd, absurd, absurd. Film jest spójną kompozycją, a reżyser po raz kolejny udowodnił swój kunszt (polecam jego poprzednie filmy). Snowpiercer – dla mnie bomba. Mrok, degeneracja, walka o wolność, klimat postapo, bohaterowie, złość i wściekłość. Jeden z lepszych s-f ostatnich lat. Pozdrawiam.

    • hihnttheadmin says:

      Rezysera znam, co prawda na razie tylko z Memoirs of Murder, ale kolejne produkcje czekaja w kolejce 🙂

Leave a Reply to Patryk Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *