Geek-hate Porn

Raczej staram się nie pisać na tematy aktualne. Nie tylko, dlatego, że mają one to do siebie, że z oczywistych powodów szybko się dezaktualizują (jak inaczej by je nazywano, gdyby tak nie było), ale także, dlatego, iż niezbyt lubię samemu czytać setki podobnych tekstów na jeden wspólny temat. Zapewne w danym momencie bardzo ważny, ale nijak niemający znaczenia w dłuższej perspektywie czasu. Tak jak, mówiąc kolokwialnie, olałem sprawę molestowanie kostek, tak i inne tego typu rzeczy nie sprawiły, abym chciał podnieść klawiaturowe pióro i napisać moją opinię na ten temat. Tym bardziej, już trochę zapomniana afera z Kaja Malanowską i jej zabawnym zderzeniem z rzeczywistością (wymieszaną z podejrzeniami oszustwa ze strony wydawnictwa) nie pobudziła mnie na tyle, abym chciał skreślić kilka słów. Po co marnować czas, kiedy za rok nikt nie będzie wiedział, o co chodziło i dlaczego ludzie się tym czymś podniecali.

Czasem jednak uważam, że warto napisać na tematy ogólniejsze, choć to nie znaczy, że mniej ważne. Tematy w bardzo małym stopniu związane z główną tematyką strony. Jednym z nich jest kwestia popularności pewnych słów w internecie. Są pewne modne określenia, które atakują odbiorców z każdej strony i to bardzo często w dziwny sposób. Będę starał się zachować pewną dyscyplinę moich narzekań tetryka, stąd podejdziemy do zagadnienia po kolei.

Każdy z czytelników na pewno spotkał się przynajmniej raz z określeniem „każdemu jego porno”. Mamy także różne nisze używania tych słów w środowiskach fotografów, czy też osób kręcących się w pobliżu. Jest związku z tym bardzo wiele zdjęć na różnych serwisach fotograficznych oznaczonych jako: camera porn, food porn, a i zapewne inne podgatunki się znajdą. Przy czym nie chodzi o zdjęcia pornograficzne, gdzie model/ka trzyma aparat fotograficzny, czy też ma w swych ponętnych dłoniach świeżo upieczonego łososia. Nie wątpię, że istnieje tego typu nisza gatunkowa pornografii (zgodnie z zasadą 34), acz zdecydowanie użytkownicy tych terminów nie mają akurat tego na myśli.

Klasyczne Camera Porn. Wielu fotografów ma niegrzeczne myśli widząc ten aparat.
Klasyczne Camera Porn. Wielu fotografów ma niegrzeczne myśli widząc ten aparat.

Pod określeniami tymi kryją się fotografie pokazujące sprzęt fotograficzny, albo jedzenie. Nie mają one charakteru w żadnym stopniu erotycznego, ani seksualnego. Przynajmniej mam taką nadzieje. Koncepcja tego typu określenia ma jednak na celu pokazać, że ktoś bardzo interesuje się danym tematem. To jest jego główne zainteresowanie fotograficzne, przy czym ostatnio termin ten wychodzi z czysto kliszowego spojrzenia i dotyka też innych dziedzin życia. Stąd możemy mieć nawet ludzi mówiących o literature porn i to nie w rozumieniu tematu powieści, a zwyczajnie byciu zainteresowanym literaturą.

Natomiast hasło o „porno dla każdego” ma podkreślać różnorodność zainteresowań ludzi. Stąd też ma trochę inne umocowanie, ale znacznie większą skale rażenia. W gruncie rzeczy tym porno dla kogoś może być wtedy wszystko, od srebrnych łyżeczek, aż po powieści Henryk Sienkiewicza.

Pornograficzna lasagne, te warstwy, te zaogrąglenia nierówno układającego się ciasta w brytfance.
Pornograficzna lasagne, te warstwy, te zaogrąglenia nierówno układającego się ciasta w brytfance.

Tyle tylko, powstaje tutaj pytanie, gdzie w tym wszystkim owo porno? No, bo powiedzmy sobie wprost, słowo to ma jednak konkretne znaczenie. Chodzi o podniecenie i czasem (acz niekonieczne) akty seksualne. Okazuje się jednak, że nie ma go nigdzie. Pornografia stała się słowem, które znaczy wszystko i nic. Co więcej, straciło swoje przypisanie do pewnych sfer intymnych, czy też zastrzeżonych dla dorosłych. Nie wykluczam, że za parę lat znajdą się ludzie, którzy na określenie swoich zainteresowań wózkami dziecięcymi (związane choćby z ciążą) będą mówić o porno wózków dziecięcych. Natomiast dyskutując o tym, czy niemowlak powinien mieć pieluchy, czy nie, stwierdzą, że każdemu jego porno. Co gorsza, zapewne te osoby nie będą sobie kompletnie zdawały sprawy z tego, że tego typu określenia mogą mieć niebezpieczne z punktu widzenia prawa konotacje. Skoro w obecnych czasach wszystko może być porno.

Zabawne jest to zresztą, że akurat teraz żyjemy w czasach, gdzie szeroko rozumiana erotyka znika z wizualnej kultury popularnej. Jest bardzo silna w przestrzeni publicznej, ale jak patrzy się na kino, to bez większego ryzyka można powiedzieć, że „odwaga obyczajowa” jest w odwrocie.

Międzygatunkowe porno kawy i czekoladki o charakterze międzynarodowym.
Międzygatunkowe porno kawy i czekoladki o charakterze międzynarodowym.

Innym słowem zdobywającym sobie ostatnimi laty wielką popularność jest słowo hejt. Znajdziemy je na blogach, ale też i w gazetach, czy wypowiedziach telewizyjno-radiowych. Zarazem trudno tak do końca powiedzieć, co to słowo znaczy. Okazuje się, że dla wielu jego użytkowników obecnie każda krytyka kogoś, czy czegoś jest zwyczajnym hejtem. Słowo to, tak na wszelki wypadek przypomnę, pochodzi z angielskiego hate, czyli nienawiść. Stąd też z pewnym zaskoczeniem przyjmuje nie tylko popularność tego określenia, ale i jego wszechobecne i bezsensowne używanie. W internetowym żargonie w ramach hejtu mieszczą się na przykład rasistowskie napisy na ścianach budynków. Od tego określenia wzięła się nazwa jednej z akcji walczących z tymi napisami: Zamaluj hejt!. Od razu powiem, że jej infantylność i żałosność można porównać chyba tylko do Tęsknie za tobą Żydzie, acz raczej nie spotka się ona z tak uroczymi parodiami, że przypomnę: Tęsknię za tobą Jaćwingu. Widzimy więc, że hejtem jest realny problem agresji w przestrzeni publicznej wymieszany z chuligaństwem w postaci demolowania budynków. Nastawiamy się w takiej sytuacji, że oto mamy do czynienia ze słowem o bardzo dużej sile rażenia. Jednakże równocześnie odkrywamy, że hejtem jest także skrytykowanie czyjegoś bloga. Nie atak, nie agresja i nie stwierdzenie ad personam, że jakiś bloger jest nadętym bufonem o aparycji rozbitego budyniu, co można byłoby uznać za rzeczywiście akt nienawistny. Nie, hejtem jest stwierdzenie, że blog jest miałki. Hejtem było także wypominanie organizatorom ostatniego Polconu fatalnej organizacji konwentu.

Co zabawne, nikt nie broni stwierdzić, że jakaś krytyka jest nieusprawiedliwiona. Co więcej, zapewne bardzo często można dać dobre argumenty na swoją obronę, czy też pokazać, że sytuacja jest inna, niż twierdzi krytykant. Zamiast tego jednak rzuca się hasło „ty hejterze”, które ma zamknąć usta osobie krytykującej. Sprowadza to całą debatę do jakże pamiętnych czasem pokrzykiwań „komunisto” versus „faszysto”. Problemem jest jednak, że o ile kiedyś tego typu metoda dyskusji dominowała w polityce, tak teraz ludzie na tym poziomie debatują odnośnie wyższości ciasta marchewkowego, nad kokosanką.

Byłoby jednak uproszczeniem problemu stwierdzić, że taka inflacja słów to tylko problem Polski. Porno występuje wszędzie, zresztą moda na to określenie przyszła do nas z zewnątrz. Jest także i inny import językowy, który wzbudza u mnie pewną konsternacje. Chodzi mi tu o popularny termin geek (dla uproszczenie stosuje go synonimicznie do słowa nerd, choć obydwa te określenia mają wybitnie różne znaczenie). W pierwotnym kontekście, słowo to oznaczające dziwaka, było formą wyzwiska skierowaną względem ludzi lubiących rzeczy dalekie od głównego nurtu. Co więcej, podchodzące do tych spraw w sposób poważniejszy, niż wypada i angażujący, z punktu widzenia krytyków, zbyt wiele intelektu. Geekiem była osoba dyskutująca o filologicznych problemach języka Klingonów. Geekem był także człowiek próbujący na podstawie filmów ustalić rzeczywiste wymiary poszczególnych statków kosmicznych w Gwiezdnych wojnach. Z czasem, jak to często bywa, termin ten zaczął być używany do samoidentyfikacji przez te same osoby względem, których był on stosowany jako wyzwisko.

Wraz z dumnymi geekami, przyszła pora na ich zadomowienie się w przestrzeni publicznej. Różni aktorzy, celebryci i inne osoby często teraz podkreślają swoją geekowatość, tak, że właściwie można czasem dojść do wniosku, że z niszy geeki stały się masą. Jednakże szybko każdy człowiek zostanie sprowadzony do poziomu, kiedy zorientuje się, że owa masowość geekostwa nie wynika z tego, że nagle pojawiło się tak dużo osób mających takie zainteresowania i cechy charakteru. Źródłem popularności tego terminu jest to, że teraz z pełną powagą za geeka uważa się osoba zakładająca koszulkę z Dr Who, choć widziała może dwa odcinki serialu. Geekiem jest także osoba, która oglądała co prawda wszystkie odcinki, ale nigdy nie zastanawiała się nad szczegółami ewolucji Daleków. Podobnie jest i z innymi popularnymi obecnie seriami.

Skoro są wspominani Otherkini, to nie może zabraknąć smoka o nietypowej anatomii.
Skoro są wspominani Otherkini, to nie może zabraknąć smoka o nietypowej anatomii.

Nie chodzi mi tutaj o to, że ktoś potajemnie próbuje zdobyć sobie uznanie jako geek, choć nim nie jest. Chodzi mi o to, że gdzieś znikają określenia takie jak miłośnik, wielbiciel, czy trochę bardziej patologiczny fan. Wszystko to jest zastępowane słowem geek, gdzie ci właśnie nowi „geecy” patrzą z pogardą na ludzi, którzy spędzają godziny zastanawiając się nad początkami UNIT i dlaczego lata się nie zgadzają. Język staje się uboższy, a ludzie tak na prawdę znacznie mniej zainteresowani tematami, które są podnoszone. Obecny geek obejrzy odcinek serialu, polubi na portalu społecznościowym zabawny rysunek, z którym wydrukuje sobie koszulkę, a następnie zajrzy na tvtropes, żeby się dowiedzieć wszystkiego, co wydaje mu się, że powinien i na tym się skończą jego czynności geekowe. Co gorsza, jak się spojrzy trochę z dystansem na ową samoidentyfikacje, to reakcją będzie zdecydowana i ostra agresja. Akurat ten element problemu wzbudza u mnie szczególną wesołość, jakby to akceptacja innych czyniła z kogoś dziwaka i wyrzutka. Nagle słowo mające stygmatyzować stało się dla wielu osób tak potrzebne, że nie tylko chcą się czuć geekiem, to domagają się od wszystkich akceptacji tego. Najczęściej, z krótkim argumentem, że liczy się to, że tak siebie określam. Dokładnie tym samym, którego stosują osoby zaliczające się do grupy: Otherkin.

Na tym kończę moje zrzędzenie i narzekanie. Nie na ludzi, ani na ich wybory językowe, tylko na postępujące ubożenie języka. Cała gama różnych zachowań sprowadzana jest do kilku prostych określeń. Zarazem, kiedy ktoś chce dyskutować, to nic tylko hejtuje, hejter jeden przeklęty.

14 comments

  1. Misiael says:

    Ludzie, których bolą neosemantyzmy.

    Ludzie, których drażni umasowienie subkultury, z której dotychczas korzystali do plemiennej samoidentyfikacji.

    • hihnttheadmin says:

      @ neosemantyzmy, tak, draznia mnie wtedy, kiedy sa robione w sposob idiotyczny.
      @ umasowienie, nigdzie czegos takiego nie napisalem. Poza tym, nie jestem az tak pewien, czy szeroko rozumiana fantastyka sie tak bardzo umasowila w porownaniu do tego, jak sytuacja wygladala kiedys.

        • hihnttheadmin says:

          Zastanawialem sie, czy ktos rzuci mi tutaj takie wyzwanie. Tym bardziej, ze delikatnie poruszylem ten temat wspominajac o “akceptacji” w tekscie. Odpowiedziec na nie mozna na wiele sposobow. Prawda jednak jest taka, ze nie widze potrzeby, aby dawac jakiekolwiek certyfikaty, czy dyplomy bycia geekiem. Miedzy innymi dlatego, ze nie bardzo rozumiem cala idee poszukiwania akceptacji swojego statusu, jako wyrzutka/dziwaka. Odczuwam pewna watpliwosc, czy takie samookreslenie, ktore potrzebuje przyznania mu racji, jest rzeczywiscie do konca przemyslane. Zeby nie bylo, ta uwaga nie jest skierowana do ciebie, bo tez i charakter twojego “wyzwania” jest inny. Zwiazany jest z terminologia.
          W kazdym razie, moj problem z obecnym stosowaniem okreslenia geek, nie sprawia, ze chce biegac po swiecie wskazujac palcami i mowiac: “ty nie jestes geekiem”. Nie zgadzam sie natomiast z podejsciem, ze mam kogos nazywac geekiem, bo choc nim nie jest, to on chce byc za takiego uznawany. Zebym kogos nazwal pisarzem, to musi on pisac. Nie wystarczy, ze sam siebie tak okresla, ani tez, ze dostal certyfikat pisarza w postaci papierka ze szkoly kreatywnego pisania. Tym bardziej, ze jest cala masa terminow okreslajacych ludzi zainteresowanych roznymi tematami popkultury, ktore moga taka osobe lepiej i w sposob blizszy prawdzie, okreslic.

          @PaniRecydywa, “kazdemu jego porno” widze czesto, acz moze to kwestia takich, a nie innych zakatkow internetu. W gruncie rzeczy czesciej widze “kazdemu jego porno”, niz “de gustibus”. Takie to juz “de gustibus de pornographiis”.

          • Misiael says:

            “Nie zgadzam sie natomiast z podejsciem, ze mam kogos nazywac geekiem, bo choc nim nie jest, to on chce byc za takiego uznawany. ”

            Ależ możesz sobie nazywać ludzi nawet żółtymi kaczuszkami. Bawi mnie Twoja irytacja, bo sugeruje, że jeśli ktoś, kogo za geeka nie uznajesz identyfikuje się w ten sposób, to jest to dla ciebie jakaś osobista obraza.

          • Misiael says:

            A za Geeka pewnie byś mnie nie uznał, bo:

            – Nie oglądałem starych odcinków doctor Who, jestem natomiast umiarkowanym fanem Niu-Hu
            – Nie oglądałem żadnych Star Treków przed filmami Dżejdżeja (i nie planuję)
            – nie czytałem Ghost In The Shell, Akiry, Neon Genesis Evangelion i praktycznie żadnej mangi ze ścisłego kanonu (i nie planuję)

            Co w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mi w samoidentyfikowaniu się jako geek i to geek totalny. Dilłiwituj z tym.

          • hihnttheadmin says:

            Nie irytuje sie. Stwierdzam fakt i tyle. Natomiast, co do twojej wyliczanki, na podstawie ktorej mialbym stwierdzic, ze nie jestes geekiem, to nie bardzo wiem z czym mam sie dillwitowac. Znam geekow, ktorzy nie ogladali zadnego odcinka Dr Who (ani nowego, ani starego), takich tez, ktorzy nigdy nic nie widzieli zwiazanego ze Star Trekiem. Wiecej, znam takich, ktorzy ani jednego anime nie ogladali i slyszac o mandze kieruja osobe za drzwi. W zwiazku z tym, nie bardzo wiem, co ma piernik do wiatraka (tym bardziej, ze w tekscie o niczym w ten desen nie pisalem).

          • Misiael says:

            “Nie irytuje sie. Stwierdzam fakt i tyle.”

            Nieprawda. Stwierdzasz “fakt” na zasadzie “Oni nie są geekami, bo ja ich nie uznaję za geeków, ponieważ nie spełniają przyjmowanej przeze mnie definicji geekostwa”.

          • Misiael says:

            W definicji:

            a person who is very interested in and knows a lot about a particular field or activity

            nie widzę adnotacji:

            “very interested” na poziomie, który hihnt uważa za wysatarczający do uznania danej osoby za geeka.

  2. Pani Recydywa says:

    Nie wiem, czy określenie “każdemu jego porno” jest faktycznie takie popularne – ja słyszałam je tylko od jednej osoby. A co do Camera-, Food- itd. -porn, dodałabym jeszcze popularne suits porn. Rozumiem, że dziś trudno znaleźć eleganckich mężczyzn, ale przesada nie jest wskazana w żadnej dziedzinie. Wręcz przeciwnie z dystansem do siebie i swoich pzrekonań i sympatii.

Leave a Reply

Your email address will not be published.