Moda na Akcję, albo ruchomy Playboy, czyli o Obywatelu Kane kina klasy B

Gdyby nie przypadek nigdy bym nie usłyszał o Andym Sidarisie, ani tym bardziej o jednym z kilkunastu przezeń wyreżyserowanych filmów. Ktoś mógłby stwierdzić, że nic bym wtedy nie stracił, ale co tam. W każdym razie dzisiaj będzie o bardzo złym kinie, ale o takim, który doczekał się niesamowitych pochwał. Jak ujął to Joel Stephens w recenzji na imdb.com: Najpierw był Złodziej rowerów, potem Obywatel Kane, Przeminęło z wiatrem, Doktor Żywago, Gahndi, a teraz Hard Ticket to Hawaii(First there was the Bicycle Thief, then Citizen Kane, Gone With the Wind, Doctor Zhivago, Gahndi, and now Hard Ticket to Hawaii). Sami przyznacie, że jest to ciekawa zachęta do obejrzenia złego filmu?

 
 
 
 
Plakat jest fenomenalnym popisem artystycznych talentów. Kreska, głębia, figura, czego chcieć więcej?
Plakat jest fenomenalnym popisem artystycznych talentów. Kreska, głębia, figura, czego chcieć więcej?

Andy Sidaris przez wiele lat pracował w Hollywood, albo raczej obok niego. Karierę zaczynał jako reżyser transmisji z wydarzeń sportowych. Dostawał nagrody i zdobywał uznanie tworząc relacje między innymi z Igrzysk Olimpijskich. W czasie swojej pracy odkrył, że poza spoconymi zawodnikami i zawodniczkami jest coś jeszcze, co się podoba widzom: cheerleaderki. Stąd zawsze starał się je umieścić w relacji, tak, aby widzowie mogli się napatrzeć na zgrabne dziewczyny tańczące w przerwach rozgrywek. Ten niezwykle popularny za oceanem element sportu doczekał się nawet wielu własnych filmów. Wszystko dzięki młodości i gracji.

Sidaris wykorzystał tę lekcję, kiedy postanowił zacząć kręcić filmy z aktorami, a nie tylko kolejne relacje. W połowie lat 80-tych rozpoczął serię produkcji tworzonych trochę według tego samego schematu i z pamięcią o tym, czego chcą widzowie. Początkowo teoretycznym głównym bohaterem był mężczyzna (najczęściej grany przez aktora z telenowel, albo też aktora, który w przyszłości w jednej z nich skończył), który był otoczony przez wianuszek aktorek. W tym wypadku jednak trzeba zaznaczyć, że ich umiejętności wiarygodnego odgrywania swojej roli były na bardzo dalekim planie, jeżeli chodziło o wybór ich do roli. Sidaris seriami zatrudniał modelki Playboya, Penthouse’a i innych periodyków dla panów. Film jednakże, wbrew opinii niektórych, potrzebuje fabuły, a poza tym niewątpliwie zaletą każdego jest, jeżeli ma wybuchy i strzelaniny. To jednak nie stanowiło większego kłopotu.

Hard Ticket to Hawaii jest drugim filmem Sidarisa, po Malibu Express. Trafiłem na niego przypadkiem. Coś mnie podkusiło, aby sprawdzić, w czym grał „były” Ridge z Mody na sukces, czyli Ronn Moss. O ile wszyscy znamy aktorów, którzy zaczynali swoją karierę w telenowelach, albo też na nich je kończyli, to, w czym grają ci, którzy od początku do końca byli kojarzeni z jedną postacią. Dodajmy, że w produkcji posiadającej tyle odcinków, że spokojnie można uznać, że mamy do czynienia z aktorami, na których zużyto największą długość taśmy filmowej. Próbując w związku z tym sprawdzić, czy Ronn Moss poza graniem jednej postaci przez tyle lat, ma coś jeszcze w dorobku trafiłem na wikipedie. Okazało się, że tak, a i stwierdzenie na tam znalezione, że został doceniony za rolę w tym tajemniczym filmie sprawiło, że musiałem zobaczyć, o co chodzi. Po kilku fragmentach obejrzanych w internecie zapadła decyzja, trzeba sprawdzić cały film.

Czym jest Hard Ticket? Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to pismo w stylu Playboya, tylko, że w wersji filmowej. Pomiędzy sekwencjami różnych scen akcji i humoru, mamy mniej, lub bardziej irracjonalne sceny pokazujące wdzięki zatrudnionych modelek. Jak już wielokrotnie wspominałem piersi są najtańszym efektem specjalnym i Sidaris zdecydowanie postanowił zrobić ze swojego filmu odpowiednik „piersiowych” Gwiezdnych wojen. Ilość nagości robi wrażenie, i czasem naprawdę trudno zrozumieć, jaki był jej cel.

Fabuła jest prosta, agentka specjalna zajmuje się pilnowaniem kobiety, która jest w systemie ochrony świadków. Oficjalnie prowadzą firmę transportową, tak ludzi, jak i towarów. Pewnego dnia mają przewieźć węża do Zoo i parę turystów na romantyczny dzień na samotnej plaży. Niestety w wyniku pomyłki pracowników lotniska zabierają nie tego węża, co trzeba – zamiast zwykłego – dostają rakotwórczego mutanta, który zabija ugryzieniem. Spokojnie można go uznać za śmiertelnie niebezpieczne zwierze. Oprócz tego, po odstawieniu turystów, trafiają na model helikoptera, którym grupa bandytów przemyca diamenty. Z dwóch paczek jedna ginie wśród trawy, a drugą bohaterki zabierają ze sobą.

Have no mercy, kill them all! Czy tylko mi się wydaje, czy Lucas zainspirował się wspaniałymi dialogami w Hard Ticket kręcąc epizod VI? Jeżeli tak, to zdecydowanie wyszło mu to na plus.

Jednakże zły przywódca grupy przestępców postanawia odzyskać diamenty. Za dziewczynami wysyła swoich ludzi, którzy napadają na nie i odzyskują pudełko – zarazem chcą także dostać drugą paczkę. Przy okazji swojego ataku przypadkowo uwalniają zmutowanego węża. Co mogą zrobić nasze dwie blond-heroski? Mają tylko jedną możliwość, czyli zemstę. W tym celu sprowadzają na wyspę znajomych agentów. Jednym z nich jest Ronn Moss, a drugim człowiek, którego największą rolą było bycie zapaśnikiem w Rambo 3, który bije się z tytułowym bohaterem w słynnej początkowej scenie filmu.

Niestety o tym wszystkim od razu wie nasz przestępca. Okazuje się, że w restauracji, którą bohaterki wykorzystują jako miejsce kontaktu ma on szpiega w postaci jednej z kelnerek. W rzeczywistości jest to szpieg płci męskiej tylko przebierający się za kobietę. Sprawa zaczyna się komplikować i rozpoczyna się seria strzelanin i innych scen akcji.

Po przeczytaniu tego opisu fabuły zapewne część z czytelników z politowaniem popatrzy na autora tych słów. To wszystko brzmi przecież, jak żenujący film dla nastolatków ulokowany gdzieś pomiędzy porno, a Commando. Jest jednak coś, co sprawia, że Hard Ticket wyróżnia się na tle innych tego typu historii. Kino zna wiele filmów, które opierały się na mieszance nagości i przemocy. Jednakże Hard Ticket to Hawaii dodaje do tej mieszanki rzecz niezwykle ważną: poczucie humoru, którego wiele komedii mogłoby pozazdrościć. Pod pewnymi względami przypomina to trochę Maczetę, czy inne tego typu produkcje. Bohater grany przez Ronna Mossa nigdy nie trafia do celu, chyba, że przy użyciu przenośnej wyrzutni rakiet, której używa tak na otwartej przestrzeni, jak i w budynkach. W filmie mamy też i freezbe używane jako broń po dołączeniu doń żyletek. Wspomniane sceny nagości w swej absurdalności są wręcz przezabawne. Można odnieść wrażenie, że twórcy filmu puszczają do nas widzów oko, mówiąc: drogi oglądaczu, a jaki to nowy dziwny powód wymyślimy, żebyś ty mógł obejrzeć nagą aktorkę?

Jeżeli ktoś chce zachęty, to taka mała 10 minutowa zachęta do obejrzenia całego filmu. Warto!

Tutaj w ogóle przechodzimy do kwestii, którą swego czasu poruszałem: seks i kino. O ile bardzo często narzekałem na głupotę scen rozbieranych, tak tutaj ta głupota doskonale wpisuje się w konwencje. Jedną z lepszych scen tego typu zaczyna się od tego, że bohaterki znalazłszy pudełko (jeszcze go nie otwarły) zastanawiają się, co z nim zrobić. Jedna stwierdza, żeby poszły do jacuzzi, gdyż tam jej się najlepiej myśli. Obie następnie udają się w negliżu do jacuzzi, otwierają pudełko, w którym znajdują diamenty, po czym postanawiają wyjść z owego jacuzzi. Koniec sceny. Film też, choć z pozoru powinno się wydawać, że będzie skrajnie seksistowski, w gruncie rzeczy taki nie jest. Oczywiście na tyle, na ile produkcja oparta na nagich aktorkach takową może nie być. Jak wspomniałem postać grana przez Ronna Mossa kompletnie nie umie strzelać, natomiast bohaterki płci żeńskiej są całkiem sprawne z bronią i radzą sobie bez problemu z przeciwnikami.

Do tego dodajmy dużą ilość prześmiesznych one-linerów, absurdalnych dialogów i mam w sumie przezabawny film. Hard Ticket to Hawaii dzięki swojej lekkości, dystansowi, świadomej autoparodii i doskonałemu zrozumieniu, że to nie jest i nigdy nie miało być arcydzieło, sprawia, że jest to bardzo dobry zły film. Co najważniejsze, zły film zrobiony z premedytacją, a nie przez przypadek. Wbrew pozorom nie jest to łatwe zadanie, co widać po wielu nieudanych produkcjach tego typu. Film ten mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Jest to przykład tego, że nawet w najdziwniejszych regionach kina można znaleźć produkcję, którą ogląda się z wielką przyjemnością. Zarazem dodam, że chyba jest to najlepszy film z cyklu. Widziałem jeszcze Malibu Express, oraz część trzecią Picasso Trigger i muszę powiedzieć, że choć nie żałuje spędzonych minut z tymi filmami, to nie dorównują one Hard Ticket. Andy Sidaris zrobił małe arcydzieło kina klasy B. Film ma wszystko, czego się oczekuje od tego typu produkcji i jeżeli ktoś ma dystans, lubi zwariowane poczucie humoru, to zdecydowanie warto obejrzeć. Choćby dla sceny z gumową lalką.

Wybór najlepszych scen z Malibu Express

Podsumowując, Hard Ticket to Hawaii jest fenomenalnym filmem, który albo się pokocha, albo spojrzy z pogardą na jego wielbicieli. Jest to świetna komedia w percepcji porno-brutalnej, którą nic tylko oglądać i pokładać się ze śmiechu słuchając poważnych rozważań i stwierdzeń, jak: Life is a bitch and then you die.

 
 
 
 

2 comments

  1. rob says:

    właściwie to ron zaczynał od spiewania i to z sukcesami z grupą player robi to zresztą do dziś a co do obsady mody na sukces są tam aktorzy z dorobkiem ;D którzy dogrywają tam na czynsz ;D

Leave a Reply

Your email address will not be published.