Dwóch panów na Marsie, jeden na Księżycu, czyli opowieść o trzech pisarzach z początków fantastyki

Oto zaczynam publikacje tekstu na podstawie zeszłorocznej prelekcji na Falkonie. Trochę mi się ona rozrosła, stąd całość będzie podzielona na części (2, albo 3). Zapraszam do lektury.

 
 
Okładka oddaje bardziej baśniowy niż s-fowy charakter powieści.
Okładka oddaje bardziej baśniowy niż s-fowy charakter powieści.

Literatura fantastyczno naukowa ma wiele oblicz, jak i wiele początków. Różni krytycy, jak i literaturoznawcy wskazują na przeróżnych autorów, którzy według nich mieli być „ojcami” gatunku. W zależności od tego, kto pisze tekst okazuje się inne oblicze nie fantastyki i jej początków. Nie ma bowiem jednego ojca, z którego wszyscy następni pisarze pochodziliby i od którego pomysłów czerpaliby. Widać to wyraźnie, jeżeli porównamy trzy powieści z początków fantastyki (a raczej cykle), niezwykle ciekawe i pod pewnymi względami bardzo ważne. Chodzi nam tutaj o tak zwaną Trylogię Księżycową Jerzego Żuławskiego, czyli: Na srebrnym globie. Rękopis z księżyca (Lwów 1903), Zwycięzca (Lwów 1910) i Stara Ziemia (Lwów 1911), o dwie powieście Gustave Le Rouge: Więzień Marsa (z 1908) i Wojna wampirów (z 1909), oraz cykl marsjański Edgara Rice’a Burroughsa, którego opisy zajęły wiele miejsca na tej stronie i pewnie jeszcze trochę zajmą.

Mamy tutaj do czynienia z trzema cyklami napisanymi przez autorów żyjących w mniej więcej tym samym czasie. Odpowiednio Jerzy Żuławski urodził się w 1874 roku i zmarł w 1915; Gustav Le Rouge 1867 do 1938, a Burroughs żył od 1875 do 1950. Z całej trójki historia najmniej łaskawie obeszła się z Le Rougem. Chociaż był bardzo popularny swego czasu, to obecnie jest w praktyce całkowicie zapomnianym autorem. Także w swojej ojczyźnie, czyli Francji. Żuławski jest przynajmniej regularnie przypominany, wielokrotnie wznawiany (ostatnio wydawnictwo Solaris), a i jego powieści doczekały się w pewnym sensie ekranizacji przygotowanej przez krewniaka Andrzeja Żuławskiego. W gruncie rzeczy najbardziej łaskawie historia obeszła się z Burroughsem, chociaż wydaje się, że w latach jego aktywności pisarskiej był on najgorzej ocenianym przez krytykę autorem z całej trójki. Traktowano go gorzej niż grafomana, ale na jego powieściach wychowały się całe pokolenia pisarzy, którzy potem odgrywali dużą rolę w amerykańskiej (a przez to i w światowej) fantastyce. Żaden z pozostałych omawianych tutaj autorów nie doczekał się takiej późnej popularności i nie możemy wskazać na ich „następców”.

Na srebrnym globie wydano wielokrotnie. To okładka już powojenna (2).
Na srebrnym globie wydano wielokrotnie. To okładka już powojenna (2).

Wszystkie wspomniane serie były tłumaczone na różne języki. Były w momencie publikacji zdecydowanie sukcesami rynkowymi. Stąd też Le Rouge stosunkowo szybko pojawił się w polskim tłumaczeniu, które zresztą było potem wznawiane na zasadzie reprintu jeszcze w latach 80-tych w ramach publikacji różnych „klasycznych” utworów gatunku. Żuławski był na pewno tłumaczony na węgierski, ale też i na wiele innych europejskich języków (za wyjątkiem, co ciekawe, angielskiego). Burroughs i jego cykl marsjański doczekał się publikacji w prawie wszystkich językach i krajach, choć nie wszędzie w całości. W Polsce wydano tylko pierwszą i szóstą część cyklu, co pod pewnymi względami dziwi, ale ostatnio pojawiła się nadzieja w postaci wydawnictwa Solaris, które rozważa wydanie 3 powieści z cyklu. Pytanie, jak to będzie współgrać z ewentualnymi zamiarami „Coś na progu” odpowiadającym za tłumaczenie Władcy umysłów Marsa pozostaje otwarte.

Od razu tutaj zaznaczę, że nie będę się odnosił do Starej Ziemi Żuławskiego. Powieść ta, choć należy ją wymienić, jest niestety nie tylko najsłabszym utworem z trylogii, ale też kompletnie nie pasuje do pozostałych. W dużej mierze jest to dopasowanie się do ówczesnych mód literackich w Polsce, co zarazem sprawia, że obecnie praktycznie nie nadaje się do czytania.

W każdym razie wszystkie trzy serie opowiadają o podróży na obce globy. Le Rouge i Burroughs wybrali Marsa, a Żuławski znacznie bliższy księżyc (choć w wersji filmowej zmieniono to na tajemniczą planetę). Jednakże, pomimo, że mamy do czynienia z istniejącymi obiektami, to w ich opisie nie do końca przypominają one, to, co rzeczywiście istnieje na ich powierzchni. Najbardziej realny jest księżyc Żuławskiego, ale tylko jego jasna strona. Opisana z dużą dokładnością i realizmem jest zgodna nie tylko z ówczesną wiedzą, ale też i w dużej mierze dalej pozostaje aktualna. Dopiero druga strona księżyca, ciemna, jest swobodną kreacją autora. Okazuje się, że nie tylko jest tam atmosfera, ale też i życie. Choć w swych formach proste, to jest ono wyraźnie inne od tego, co znamy z Ziemi. Wynika to z tego, że na opisanym przez Żuławskiego obszarze (to znaczy przy północnym biegunie księżyca) nie tylko panuje cały czas półmrok, to i bardzo rzadko pada deszcz. Powietrze, jest jednak duszne i parne. Roślinność, podobna mchom, tudzież w postaci krzewów z liśćmi zwiniętymi na kształt badyli (albo cygar), zdolna jest do ograniczonego ruchu. Pośród nich biegają jaszczurko-podobne istoty o jednym oku, które zamiast nóg posiadają macki. Mamy też inne, podobne w swoim wyglądzie stworzenia, w tym latające. Jednakże charakterystycznym elementem natury księżyca jest cisza. Zwierzęta nie dają głosu. Stąd świat księżycowy jest w dużej mierze surrealistyczny i dziwny.

A to Węgrzy z ich propozycją okładki. Z jednej strony ładnej, a z drugiej dziwnej.
A to Węgrzy z ich propozycją okładki. Z jednej strony ładnej, a z drugiej dziwnej.

Inaczej sytuacja wygląda, jeżeli chodzi o Marsy. Dla Gustava Le Rouge, choć był to glob czerwony, to w dużej mierze wyglądał on jak Ziemia. Czytelnik z pewnym zaskoczeniem mógł się zorientować, że większość opisów planety sprawia raczej wrażenie nijakich, tudzież niczym niewyróżniających się od tego, co można zobaczyć wyglądając za okno. Z czasem na szczęście pojawiają się w powieściach coraz dziwniejsze kreacje. Dziwne rośliny jednak są w dużej mierze ograniczone do kilku szczególnych przypadków. Nie wydaje się żeby Le Rouge wymyślił na potrzeby opisywanej przez siebie historii jakiś konkretny ekosystem. Były to raczej dziwadła mające pobudzić zainteresowanie czytelników. Na tym tle wyróżnia się chyba tylko istota składająca się z białej masy, która żyje w piaskach przy zbiornikach wodnych. Groźna i niebezpieczna, wygląd jej jest jednak trudny do opisania. Posiada twarz przypominającą ludzką i z opisu brzmi trochę jak słynna Meduza.

Na tym tle wyróżnia się Burroughs z jego bogatym opisem Marsa, jako umierającej planety. Choć trzeba przyznać, że miał on (poprzez większą ilość powieści dziejących się na powierzchni czerwonego globu) znacznie więcej okazji do stworzenia niezwykłego ekosystemu, to pozostaje on w miarę składny i przemyślany. Zarazem na tyle obcy, że czytelnik nie odczuwa – jak ma to miejsce u Le Rouge’a – kontaktu tylko z pomysłami na odrealnienie Ziemi. Mars Burroughsa jest obcy i dziki. Powierzchnia planety pokryta jest przez roślinność podobną mchom, a poprzecinana kanałami. Ta akurat informacja, o kanałach, łączy Burroughsa z Le Rougem. Obydwaj autorze opierali się tutaj na badaniach astronomów, którzy dostrzegli takie byty na Marsie. Poza tym na tak zwanym Barsoom mamy też i lasy oraz bagna. Wszystko starannie rozplanowane, tak, że patrząc na mapy pokazujące wymyśloną przez Burroughsa planetę, nie odczuwamy zdziwienia, że na tak małej powierzchni mamy tak dużą różnorodność.

Na tym kończymy pierwszą część omawiania tematu. W następnej poruszymy kwestię doboru bohaterów i sposobu w jaki trafili oni na obce globy. Okładki wzięte z Encyklopedii Fantastyki (Le Rouge i Żuławski) oraz z wikipedii.

 
 
 
 
 

4 comments

  1. Szkoda, że Żuławskiego nie przetłumaczono na angielski. Moim zdaniem “Na srebrnym globie” i “Zwycięzca” miały szansę stać się hitami na ówczesnym anglosaskim rynku. Czytam teraz “Starą Ziemię” i faktycznie to książka zupełnie inna od poprzedniczek. Wiele w niej owego charakterystycznego dla początków dwudziestego wieku pustego gadania o masach, sztuce i te de i te pe.

    • hihnttheadmin says:

      Uwazam, ze dalej mialyby szanse na calkiem niezla sprzedaz i dobre przyjecie przez czytelnikow. Starej Ziemi nikt nie lubi 🙂

  2. rob says:

    opisy marsa obu panów poniekąd pokrywały się z wizją cześći naukowców przełomu XIX/XX wieku choć dziś wywołują poniekąd uśmiech na twarzy ale obie wizje mają swój urok po dziś choć le rouge bardziej w new age wersji ją prezentuje

    • hihnttheadmin says:

      Z tego co wiem, to akurat juz niezbyt wtedy wierzono w kanaly. Lowell mial znacznie wiekszy wplyw na poczatku XX wieku na literature, anizeli na swiatek naukowy. Nie ulega jednak watpliwosci, ze to najpierw naukowcy wymyslili, a potem zostalo to wykorzystane w powiesciach.

Leave a Reply

Your email address will not be published.