Najlepsza czołówka serialu (The Prisoner)

Dzisiaj będzie krótko, acz mam nadzieje, treściwie. Ostry wydźwięk tytułu tekstu od razu zapewne kieruje myśli rozlicznych czytelników ku ich ulubionym czołówkom. Zaraz pojawi się Dexter, czy Dr Who i okrzyk, to jest „to”. Ktoś inny zaproponuje jeszcze jeden serial wyprodukowany w ostatnich latach, a i zapewne będzie miał wiele argumentów za tym, że to właśnie ta czołówka jest tą, którą można określić mianem najlepszej. Ja jednak nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy. Według mnie, aby w ogóle bawić się w ocenianie i szeregowanie tego typu rzeczy, należy mieć szersze spojrzenie. To, co najczęściej widzimy w tego typu rankingach, to jedynie zapis niechęci ich autorów do telewizyjnych staroci, nawet, jeżeli mamy do czynienia z małymi arcydziełami.

 
 

Nim jednak będę mógł napisać o tej czołówce, o którą mi chodzi w tytule, to muszę przedstawić pewne tło historyczne. Danger Man był jednym z kilku brytyjskich seriali o przygodach tajnego agenta w walce z różnymi tajemniczymi przeciwnikami. Można tutaj wspomnieć o Avengers (u nas Rewolwer i melonik), ale też i o słynnym Świętym. Ten ostatni serial jest tutaj o tyle pomocny, że jego narracja oparta jest o uwagi samego głównego bohatera wypowiadane wprost do widza.

Jednakże w przeciwieństwie do wspomnianych powyżej seriali Danger Man miał trochę inną naturę. Nie chodzi tutaj o to, że początkowo każdy odcinek miał tylko 30 minut. Jego sukces opierał się na dwóch elementach, pierwszym był Patrick McGoohan. Pod wpływem jego kreacji, jako Johna Drake’a – tajnego agenta – nawet oferowano mu rolę Jamesa Bonda. Trzeba powiedzieć, że doskonale potrafił on łączyć bezwzględność i brutalność, z czymś, co należy określić mianem „stylu”. Z jednej strony „angielski” gentleman, a z drugiej, kiedy trzeba, morderca.

Drugą rzeczą był ton serialu. Danger Man był jak na ówczesne czasy niezwykle brutalny. Nie dlatego, że było tam dużo scen przemocy, a dlatego, że były one bardzo dosłownie przedstawione. Zamiast niekończących się kopniaków tutaj był jeden, czy dwa ciosy kończące sprawę. Pasowało to do zdecydowanie mroczniejszych scenariuszy, niż miało, to miejsce w Świętym. Nasz bohater, choć zawsze wykonuje rozkazy, to nie zawsze ich efekty są optymistyczne. Praca szpiega pełna jest niewdzięczności i przykrych wyborów. Oczywiście nie jest to serialowa wersja powieści Johna Le Carre, ale w gruncie rzeczy bliżej jest mu do nich, niż do Avengers.

W USA serial stał się popularny dopiero po tym, jak zmieniono mu tytuł i dano nową czołówkę. Trudno powiedzieć, dlaczego oryginalna wersja się nie przyjęła, ale też można doskonale zrozumieć, czemu nowa wersja się tak spodobała. Zasługa w tym piosenki Johnny’ego Riversa Secret Agent Man. Był to jego pierwszy przebój i od niego w dużej mierze zaczęła się jego kariera. Pewną ciekawostką jest to, że w tekście piosenki pojawia się zdanie, że they’ve given you a number and taken away your name, czyli dali tobie numer i zabrali nazwisko. Była to oczywista aluzja do postaci Jamesa Bonda.

Jednakże, niejako przez przypadek, było to zdanie niezwykle profetyczne. Patrick McGoohan znudzony graniem roli Drake’a nagle podczas kręcenia nowego sezonu – przełomowego, bo wreszcie w kolorze – odszedł. Zamiast tego postanowił przygotować własny serial, którego inspiracją była dziwna wioska Portmeirion w Walii. Pełna pokrętnej architektury była miejscowością wypoczynkową. Tak narodził się The Prisoner.

Czołówka jest historią, z której łatwo się zorientować, o czym opowiada sam serial. Mamy oto tajnego agenta, który złożył rezygnację, ale jego firma tak łatwo z niego nie zrezygnuje. Zamiast jednak go zabijać, chce uzyskać odeń informację. Nigdy nie wyjawiono wprost, acz można się domyśleć, że chodzi o przyczyny, dla których podjął on tę decyzję. Czołówka do serialu ma świetną, dynamiczną muzykę. Natomiast na ekranie najpierw widzimy historię agenta z pokazanymi ujęciami burzliwej rozmowy z przełożonym, a potem jak, poniekąd nieludzko, instytucja przekazuje jego dokumenty do archiwum. Bohater wie jednak, że musi się śpieszyć, w związku, z czym w pośpiechu się pakuje, lecz w tym momencie docierają do niego ręce organizacji. Odurzony gazem budzi się w dziwnej wiosce. Pozbawiony imienia – od teraz jest, wbrew swojej woli, tylko numerem 6 – którego nigdy nie poznajemy, traci też wolność. Odtąd będzie poddawany rozlicznym próbom mającym zmusić go do współpracy.

W praktyce każdy odcinek serialu mógłby mieć własny długi tekst. Poza głębszymi rozważaniami odnośnie wolności i człowieka, pojawiają się w nim rozliczne motywy znane nam z popkultury. Począwszy od żywych szachów, a skończywszy na westernie. Jak to zwykle bywa wiele elementów serialu powstało przez przypadek. Począwszy od tego, że McGoohan bawiąc się z propozycjami muzyki do czołówki, kiedy jedną z nich przyśpieszył uznał, że to jest właśnie ten dźwięk, którego chce. Także i widoczny w czołówce biały balon początkowo miał być wielkim robotem. Maszyna ta jednak sprawiała więcej kłopotów i zamiast tego stworzono jedną z najbardziej niepokojących istot w telewizji. Rover wygląda bezpiecznie, ale z drugiej strony poruszając się w sposób dziwny (efekt zastosowanej mieszanki), a i pokazując, że jest groźny, sprawia, że zapada on w pamięci lepiej, niż nie jeden wyszukany efekt specjalny.

W każdym razie, The Prisoner jest arcydziełem telewizji, a jego czołówka, jest najlepszym wprowadzeniem do jakiegokolwiek serialu. Nakręcony parę lat temu remake pomimo gwiazdorskiej obsady okazał się porażką. Nie tylko, dlatego, że scenariusze były wadliwe, ale także, dlatego, że nikt nie pomyślał o zrobieniu takiego małego arcydzieła, jakim jest omawiana tutaj czołówka.

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.