Podróżnicze czołówki przyszłości

Dla wielu, wbrew logice i prawdzie, Star Trek jest serialem, który jako pierwszy wprowadził poważniejsze S-F do telewizji. Pomimo różnych ewentualnie opinii na ten temat, nie ulega wątpliwości, że bardzo mocno wpłynął on na sposób konstruowania późniejszych opowieści z tego gatunku skierowany na mały ekran. Szczególnie mocno było to widać w latach 90-tych, kiedy to w krótkim odstępie czasu pojawiło się kilka seriali wykorzystujących podobny motyw wiecznej wędrówki w ogromnych pustych przestrzeniach. Wynikało to nie tylko z popularności nadawanego wtedy Star Trek: The Next Generation, ale bardziej z dorośnięcia ludzi wychowanych na oryginale i ich dojścia do odpowiednio wysokiej pozycji w hierarchii decydentów telewizyjnych.

 
 
 
 

Jednakże pierwszy serial, od którego czołówki dzisiaj zacznę, wyłamuje się z prostego schematu kopiowania Star Treka. Pomimo tego, że w narracji wprowadzającej mamy wyraźne do niego odniesienie i niejako zwrócenie uwagi, że mamy bliżej „ostateczną granicę”, niż tylko wśród gwiazd. SeaQuest DSV opowiada o świecie niedalekiej przyszłości. Ludzkość zaludniła lądy i teraz szuka miejsca do dalszego rozwoju. Miejsca do skolonizowania i zamiast patrzeć w niebo spojrzeli w dół. Morza i oceany zajmują większość powierzchni naszej planety i nim będziemy kolonizować gwiazdy, to raczej ruszymy do znajdujących się bliżej nas terenów, czyli właśnie wielkich zbiorników wodnych. Serial bierze swój tytuł od nazwy statku, którym bohaterowie podróżują.

Dowodzony przez kapitana Nathana Bridgera Seaquest należy do United Earth Oceans Organization, czyli takiego wodnego-ONZ. Jego zadaniem z jednej strony jest badać oceany, a z drugiej chronić rozliczne stacje i kolonie przed zagrożeniem ze strony tak piratów, jak i wojsk rządów nienależących do UEO. Z czasem serial zaczął odchodzić od dosyć poważnego i miejscami mrocznego s-f na rzecz bardziej fantastycznych elementów. Wystarczy powiedzieć, że pojawili się obcy (w tej roli Mark Hamill), wielkie prehistoryczne krokodyle, czy demono-bogowie. Owe zmiany były wprowadzane w dużej mierze wbrew oryginalnym twórcom i aktorom, stąd w pewnym momencie podjęto decyzje bardzo zdecydowanego zakończenia serialu. Koniec drugiego sezonu nie pozostawiał nadziei, że wróci on na ekrany telewizorów. Niestety stacja NBC uważała inaczej i pojawił się trzeci sezon, który jednak nie spodobał się widzom. Między innymi, dlatego, że na prawdę nie było nań miejsca w wykreowanym świecie.

Serial opowiada o przygodach grupy, stąd mamy wyraźne zaznaczenie, że mamy wiele różnych bohaterów. Pomimo częstego dotykania bardziej problemowych rzeczy, czołówka jest zdecydowanie lekka i przyjemna. Zapowiada radosną przygodę w morzach i oceanach. Rzeczywistość była trochę inna.

 

 

Rockne S. O’Bannon, który stworzył SeaQuest DSV parę lat później wrócił z historią wiecznego podróżnika. Tym razem już tradycyjnie, w kosmosie. Farscape jest produkcją studia Jima Hensona i można spokojnie uznać go za jeden z ładniejszych seriali S-F. O ile komputerowe efekty specjalne zostawiają czasem trochę do życzenia, to modele obcych są nie tylko ładne, ale i interesujące. Serial przetrwał 3 sezony i 1 miniserial kończący poszczególne wątki. Ze względu na dosyć dziwne założenia, posiada on dosyć rozbudowaną narracje, gdzie główny bohater w paru słowach tłumaczy, o co w całej historii chodzi. Zmienia się ona w toku serialu wskazując, że chodzi w nim o coś więcej niż tylko odwiedzanie kolejnych planet.

Przyznam, że mnie Farscape znudził, acz kiedyś obejrzę go do końca. Ma on parę niewątpliwych zalet, ale kilka pomysłów obecnych w nim wzbudza zdecydowane zdziwienie i wątpliwości. Jednakże jak wspomniałem, urok poszczególnych modeli postaci jest na tyle duży, że trudno nie uśmiechnąć się na ich widok.

 

 

Pozostając jeszcze chwile bliżej Star Treka wypada wspomnieć i o Andromedzie. Po śmierci Gene’a Roddenberry’ego, czyli osoby, która wymyśliła przygody Spocka i tego buca Kirka, ekrany telewizyjne zapełniły się serialami opartymi na jego pomysłach. W większości były to odrzucone scenariusze i ewentualnie piloty, które nie poszły do dalszej produkcji. Spośród nich Andromedzie najbliżej jest do Star Treka. Jest to jednak odrobinę mroczniejsza wizja kosmosu, gdzie główni bohaterowie próbują stawić opór większemu zagrożeniu. Serial ciągnął się przez kilka sezonów, a w roli głównej występował Kevin Sorbo znany wszystkim ze swojej roli Herkulesa. Czołówka dosyć dobrze pokazuje, że Andromeda jest specyficzną produkcją. Mocno tandetną i nie do końca przemyślaną, a do tego zawierającą jakąś dłuższą historię, której końca za bardzo nie widać. Ma jednak swoich zagorzałych fanów.

 

 

Skoro jesteśmy przy nie do końca udanych produkcjach, trzeba tutaj wspomnieć o Krucjacie. Po zakończeniu produkcji bezsprzecznie najlepszego serialu s-f, czyli Babylon 5, JMS dostał propozycje zrobienia spin offa. Serial osadzony w tym samym świecie miał opowiadać całkowicie nową historię. Pomysł mu się spodobał i tak powstał serial Krucjata. Była to historia poszukiwania lekarstwa na zarazę, która grozi śmiercią wszystkich mieszkańców Ziemi. Specjalny statek Excalibur wyrusza i po drodze czekają go rozliczne przygody. Serial był jednak porażką i to nie tylko ze względu na dziwne, nie do końca poważne zachowania stacji telewizyjnej, która ciągle zmieniała zdanie odnośnie tego, jak chce, aby on wyglądał. Wina leżała w dużej mierze po stronie JMSa, który chciał powtórzyć sposób prowadzenia historii zaprezentowany w Babylon 5, jednakże czasy się zmieniły i widzowie nie chcieli czekać kilku sezonów, aż właściwa historia się zacznie. Pomimo kilku ciekawych pomysłów serial zniknął po niepełnym sezonie.

Czołówka zapowiada tajemniczą i mroczną historię. Niestety brakuje jej tempa i bardziej usypia, czy wręcz zniechęca do oglądania, że aż dziwnym jest to, że odpowiadał za nie JMS. Coś tak niedopracowanego zaskakuje i dosyć dobrze oddaje raczej nieprzemyślaną Krucjatę.

 

Na koniec należy wspomnieć o najbardziej niezwykłym serialu opartym na pomyśle ze Star Treka. Grupa kanadyjskich producentów, jak twierdziła w wywiadach, chciała zrobić nowoczesną wersję tego serialu. Jednakże z jeszcze krótszymi spódniczkami i tak powstał Lexx. Jest to jedna z najdziwniejszych rzeczy, jaka trafiła na ekrany telewizorów. Serial w pełni świadomie niepoważny, autoparodystyczny, pełen dwuznacznych obrazów (statek bohaterów, tytułowy Lexx, jest wielkim penisem, albo ważką bez skrzydeł – zależy jak patrzeć). Początkowo powstał jako cztery luźno powiązane ze sobą filmy później przerodził się w normalny serial, acz nic normalnego się w nim nie działo. Nie jest on dla wszystkich zrozumiały i nie wszyscy są w stanie go wytrzymać. Nie ulega jednak wątpliwości, że pierwszy film, I Worship His Shadow jest bardzo fajną opowieścią o niekompetentnym idiocie, kobiecie zamienionej w super wojowniczkę, głowie robota, która się w niej zakochał i nieczułym, martwym wojowniku, który jest ożywiany, aby zabijać wrogów tajemniczego Zakonu. Czołówka pokazuje wszystko o szaleństwie Lexxa.

 

 

Ciąg dalszy nastąpi.

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.