Gry, gry, gry (Karnawał 1)

Przyznam, że pisanie tekstu o „mojej growej edukacji” jest trochę niewdzięcznym zadaniem. Jednakże skoro zgłosiło się akces do karnawału, to trzeba płacić karę za podjęte wyzwania. Pewne elementy mojego życia z maszynami liczącymi pojawiły się już przy okazji starego tekstu na temat Commodore 64 i wspomnienia o Jacku Tramielu. Tamże pisałem, że pierwszą grą komputerową, w jaką grałem było wydane na ZX Spectrum coś, co można nazwać mianem pojedynku. Dwóch rewolwerowców strzela do siebie, można się przesuwać w górę i w dół chowając się za kaktusami. Wygrywa ten, który zabije swojego przeciwnika.

 
 
 
 
Spektrumn, gumiak, czyli jeden z ważniejszych komputerów 8bitowych.
Spektrumn, gumiak, czyli jeden z ważniejszych komputerów 8bitowych.

Pewnie stąd też zawsze miałem sentyment od poczciwej Spektrumny. Był to bardzo wdzięczny komputer, a i dla wielu pozostaje dalej ukochanym sprzętem. Potem przeskoczyłem na wspomniane Commodore, które na wiele lat było moim głównym dostarczycielem rozrywki. Jednakże trzeba zaznaczyć, że w „dawnych czasach” komputery były świetnym generatorem przyjaźni i kontaktów społecznych. Odwiedzało się znajomych, którzy posiadali różne maszyny i grało razem z nimi. Stąd też w podstawówce bawiłem się Atari (bodajże XL), które jednak nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Miałem także okazje pobawić się Pegasusem, czyli piracką wersją SNESa, do dziś zresztą pamiętam Star Wars wydane na tę platformę sprzętową.

Pewną osobną kategorię stanowi Amiga. Znajomy najpierw zakupił 600ke, a potem wymienił ją na 500ke. Dla osób nieobeznanych z tym sprzętem owa zamiana teoretycznie nowszego, na starszy model może być dziwna. Ma jednak wiele racji, gdyż obydwie maszyny były kompatybilne, a 500ka była lepiej skonstruowana, niż późniejsza 600ka. Znajomy jednak nigdy nie kupił sobie, z tego, co pamiętam, porządnej myszki. Głównie korzystał z joysticka, ale raz na jakiś czas pojawiała się fajna gra, która wymagała właśnie myszki. Stąd też posiadał on jedną mysz, ale kulka w niej (tak, kiedyś myszki nie były laserowe) była na tyle wytarta i nierówna, że nie dało się jej normalnie używać. W związku z tym przechodził on Syndicate poruszając palcami poszczególne wałki w myszce. Robił to na tyle sprawnie, że w żaden sposób nie spowalniało to jego działania. Głównie jednak na Amiśi grało się w gry korzystające z joysticka, a także dostosowane do ówczesnego wieku graczy (podstawówka), czyli Mortal Kombat i Super Frog. Kiedyś nawet udało mi się Johny Cagem zrobić przypadkowo fatality.

A masz! Wyjatkowo bezkrwawy kadr z Mortal Kombat
A masz! Wyjatkowo bezkrwawy kadr z Mortal Kombat

Równolegle pojawiały się także różne inne maszyny. Grałem na automatach, które kiedyś zajmowały dużą salę dworca PKP Wrocław Główny. Tam też królowało Mortal Kombat, ale także i inne gry zajmowały czas. Tłumy ludzi i dosyć duże koszta zabawy ograniczały jednak możliwości poznawania poszczególnych ciosów i kombinacji. Był pierwszy Playstation, a także inne starsze konsole.

Nie można także zapomnieć o IBM PC. Pierwszym blaszakiem, na którym grałem, było jakieś zakurzone 286 i Test Drive 2. Grało się niewdzięcznie, a grafika była brzydka – nie to, co na porządnym 8bitowcu. Potem jednak powoli PeCety doganiały inne komputery. Zarazem pojawiały się różne niesamowicie wciągające gry, jak nieodżałowany i najlepszy Wolfenstein 3D. Dodajmy, że wiele z tych gier także promowało zachowania, że tak powiem, społeczne. Wystarczy wspomnieć o Formula One Grand Prix Geoffa Crammonda. Symulator wyścigów formuły jeden, ale nie tylko dopieszczony do granic możliwości, jeżeli chodzi o realizm, czy grafikę, ale także pozwalający grać na raz większej liczbie graczy. Po prostu, co ileś minut zmieniał się pilnowany przez grę bolid, a zarazem zmieniał się i gracz. Podobny mechanizm został potem wykorzystany w drugiej części tej gry, która była całkiem ciekawym przypadkiem nietypowego rozwoju produktu. Grand Prix 2 powstało w momencie, gdy akceleratory grafiki stawały się standardem, ale jako jedna z nie wielu rozbudowanych, jeżeli chodzi o grafikę gier ich nie obsługiwała. Wystarczy powiedzieć, że w momencie premiery nie było procesorów zdolnych pociągnąć grę w najwyższej rozdzielczości i ze wszystkim i detalami włączanymi. Stąd była wykorzystywana przez niektórych do sprawdzania wydajności procesora i karty graficznej.

Zresztą, skoro jesteśmy przy nowszych produkcjach, to warto wspomnieć o Network Q RAC Rally Championship. Gry o rajdach samochodowych były przez pewien czas bardzo popularne, aby w końcu zniknąć w otchłani zapomnienia. Network Q było jedną z pierwszych i zarazem chyba najlepszą grą tego typu na PeCety, którą można nazwać symulatorem, a nie li tylko ściganką. Nie dlatego, że była to realistyczna gra, czy też, że posiadała dużo możliwości i opcji dla gracza. Prosta sprawa – był to symulator jednego pełnego rajdu samochodowego. Trochę przyśpieszony, ale i tak pokonywało się nie 6 odcinków udających całość, a całą jedną eliminacje Rajdowych Mistrzostw Świata.

Jednakże tak na prawdę najważniejszym elementem mojej edukacji nie były gry. Tym były pisma o grach, począwszy od Bajtka, przez Top Secret, Secret Service, Świat Gier Komputerowych, czy w mniejszym stopniu Gamlber, Reset i Commodore&Amiga. Przez długi czas w większość gier nie mogłem grać – nie były normalnie dostępne. Rzecz, która może niektórych młodszych czytelników, przyzwyczajonych do półek sklepowych wypełnionych pudełkami z grami, dziwić. Dawien dawno zakup legalnej kopii gry komputerowej był niezwykłym wyzwaniem. Tutaj pomagała Składnica Harcerska, gdzie można było kupić oryginalne kasety, czy dyskietki wydane przez LK Avalon, ale także w tej samej cenie leżały na półce i czekały na klienta pirackie kasety z grami, oraz cartridge. O ile jednak wysupłanie pieniędzy na grę na C64 po dotarciu do składnicy nie stanowiło większych problemów, to już zakup gry PeCetowej wiązał się dla dziecka z dużymi problemami natury finansowej. To były zresztą złote lata piractwa komputerowego, gdzie mało kto posiadał oryginały, a większość posiadała gry zakupione na giełdach, które były wtedy tłumnie odwiedzane przez poszukiwaczy nielegalnego oprogramowania. Nie wspominając o tym, że wiele gier nigdy nie pojawiło się u nas w normalnej dystrybucji.

W tej sytuacji pisma były nie tyle zbiorem recenzji, co też jedynym możliwym kontaktem z wieloma grami. Czytało się teksty i oglądało zrzuty z ekranu zastanawiając się, jakby to było samemu zagrać w poszczególne tytuły. Wiele haseł, dziwnego poczucia humoru, jak i dystansu do prasy-nie-growej promieniowało z poszczególnych wydawnictw. Pamiętam, jak Secret Service z lubością naigrywał się z jednego periodyku dla kobiet, który oskarżył prasę komputerową o promowanie najgorszych rzeczy, no bo Sekret skracał się do SS (a wiemy, co to znaczy!), a i był tam dodatek zwany: KGB, czyli Kolorowy Growy Biuletyn.

Złote lata pism o grach komputerowych zaczęły mijać, kiedy pojawiły się płyty CD. Stopniowo nacisk z pisma przesuwał się najpierw na dawane na płycie dema, a w końcu na gry umieszczane na tym nośniku. Pisma upadały, autorzy przechodzili do innej branży, ale zmieniali stronę barykady i zaczynali pracować w firmach produkujących gry. Świat się zmienił, tak jak i zaczął się zmieniać rynek gier. Przestały one być dobrem luksusowym, konsole mocnie zaatakowały, a potem nastała era internetu zapoczątkowana przez Steam.

Świat się zmienił, a edukacja, jak to edukacja, okazała się w wielu miejscach niedostosowana do współczesności. Nie znaczy to, że przestały wychodzić dobre gry, czy też, że nie ma co czytać o nich. Zmieniło się jednak podejście do tej rozrywki, tak jak straciła ona swój pazur i została obłaskawiona.

 
 

One comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.