Wielkie wszystko, wielkie wszystko (Pacific Rim)

Plakat i wszystko wiadomo. Fetyszyści wielkich robotów będą szczęśliwi!
Plakat i wszystko wiadomo. Fetyszyści wielkich robotów będą szczęśliwi!

Czasami idziemy do kina chcąc obejrzeć nowy i zaskakujący film. Szukamy wrażeń, jakich podczas wcześniejszych seansów nie mieliśmy. Fabuła ma być niezwykła i ma być czymś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Tego typu pożądanie nowego jest dosyć powszechne. Częściej jednak chyba dominuje w recenzjach i opiniach, aniżeli w prawdziwych wyborach filmowych. Mimo wszystko staramy się mówiąc o filmach podkreślać, że czegoś takiego jeszcze nie było. Jednakże czasem pojawia się film, który jest bardzo świadomie nieoryginalny. Tego typu produkcje bardzo często opierają się na sentymentach, na poszukiwaniu czegoś, co było. Dobrym przykładem tego typu filmu jest Sky Captain and the World of Tomorrow. Widz idąc na ten film nie powinien nastawiać się, że obejrzy coś nowego. Wręcz przeciwnie, będzie miał do czynienia z powtórką z rozrywki. Chociaż czasem tego typu powtórki cierpią ze względu na to, że poza twórcami nikt nie ma sentymentu do konkretnych produkcji.

 

Filmem, który jest taką dwugodzinną powtórką z rozrywki jest Pacific Rim. Guillermo del Toro jest fanem komiksów, anime, filmów o Godzili, Gwiezdnych wojen i wielu innych produkcji należących do kategorii raczej lekkiej zabawy. Co to oznacza w przypadku Pacific Rim? To, że oglądając go będziemy atakowani przez znane nam motywy, ale też i ujęcia. Wystarczy wspomnieć, że cała sekwencja, w której podczas deszczu po raz pierwszy pojawia się na ekranie Mako Mori, czyli główna kobieca bohaterka filmu, jest żywcem wzięta z całej gamy filmów noir. Mamy kobietę, która niejako wyłania się spod podnoszonego przez nią czarnego parasola. Tego typu skojarzenia nie są li tylko przypadkiem, czy też przewrażliwieniem. Wystarczy powiedzieć, że w jednej ze scen mamy techników prowadzących na Yavinie IV X-Wingi do ataku na Gwiazdę śmierci… Sama fabuła także złożona jest z klisz i koncepcji bardzo dobrze nam już wszystkim znanych, nawet, jeżeli nie oglądamy filmów S-F. Czy to jest wada najnowszego dzieła del Toro?

Robot raz jeszcze.
Robot raz jeszcze.

Nie. Wręcz przeciwnie, to jest jego zaleta. Mamy tutaj do czynienia z filmem, który nie próbuje wyłamywać ram kina. Nie próbuje być rewolucją, ani też sprawić, że z kina wyjdziemy głęboko poruszeni. Pacific Rim jest niejako Indianą Jonesem pokolenia wychowanego na Godzili i anime. Podobnie jak w przypadku produkcji Spielberga i Lucasa, mamy tutaj do czynienia z filmem wyrastającym z naszej młodości. Dla pewnego pokolenia, nawet dla osób, które nigdy nie miały Polonii 1, seriale takie jak Generał Daimos, czy Voltron budzą natychmiastowe skojarzenia. Jest to pewnego rodzaju duch pokolenia. Jeżeli my sami tego nie oglądaliśmy, to na pewno znamy przynajmniej jedną osobę, która zasiadała przed telewizorem, aby obejrzeć kolejne przygody bohaterów owych seriali.

O czym jest Pacific Rim? Gdzieś w odmętach oceanu spokojnego znajduje się portal do innego wymiaru. Przezeń przechodzą wielkie potwory (kaiju), które atakują miasta i mordują ludzi. Aby je powstrzymać ludzkość decyduje się zbudować wielkie roboty, które pokonają napastników. Program, którego efektem są tak zwane Jaegery, okazuje się sukcesem. Wkrótce wydaje się, że kaiju przestaną stanowić jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Jednak samozadowolenie się ludzkości okazuje się błędem. Z przejścia wychodzą coraz to większe i silniejsze kaiju, które w pewnym momencie okazują się zbyt silne i zaczynają wygrywać z Jaegerami. Ludzkość podejmuje wtedy decyzję, aby zamiast używać wielkich robotów zbudować wielki mur, który zatrzyma napastników.

J

Pierwszy kaiju w drodze do krojenia.
Pierwszy kaiju w drodze do krojenia.

ednakże dowódca Jaegerów, Stacker Pentecost, nie chce się poddać i w tym celu zbiera pozostałe cztery maszyny w bazie w Hong Kongu. Ma plan, jak pokonać kaiju i wygrać wojnę. Trzy są w pełni sprawne i używane regularnie. Pentecost potrzebuje jednak pilota do czwartego z tych Jaegerów, maszyny starego typu. W tym celu odnajduje Raleigha Becketa, który razem z bratem był jednym z pilotów. Jego starszy brat, Yancy, zginął podczas jednej z potyczek z kaiju i od tego czasu Raleigh wycofał się z walki. Pewnym pomysłem del Toro na konstrukcje fabuły, było to, że do sterowania maszynami potrzeba na tyle wytrzymałego układu nerwowego, że w ramach projektu zdecydowano się na wykorzystanie dwóch pilotów. Każdy kontrolował połowę maszyny. Jednakże, aby Jaeger mógł walczyć i poruszać się obydwaj piloci muszą być zgrani, a ich umysły złączone przy użyciu specjalnych urządzeń. Dwie osoby działają razem, jak jeden organizm. Sterując wielkim robotem. W tym celu obydwaj piloci muszą mieć dużą zgodność umysłów i umiejętności, tak, aby żadna półkula nie przejęła zbyt dużej władzy nad robotem, a tym samym zaburzyła jego sterowanie.

Poza Pentecostem, Becketem i wspomnianą Mori w filmie mamy całą galerię różnych postaci. Ojca i syna Hansonów kierujących Jaegerem z Australii. Tendo Choi, który nadzoruje pracę maszyn z centrali. Wygląda on jak skrzyżowanie Josepha Gordon Levita i Steve’a Buscemi (plus ma muszkę i szelki). Mamy także Hannibala Chow, handlującego na czarnym rynku kawałkami ciał kaiju, bo jak się okazuje są ludzie, którzy uważają, że proszek z ich kości wzmaga potencję, a inne części ciała pomagają na wszelakie dolegliwości. Wygląda on… trzeba to samemu zobaczyć. Do tego dochodzi dwóch naukowców, Herman Gottlieb i Newton Geiszler. Pierwszy to wybitny fizyk, który zachowuje się niczym niemiecka (osadzona w latach 20tych) wersja Sheldona Coopera, a Newton jest jak Leonard z The Big Bang Theory, tylko, że z tatuażami. On natomiast zajmuje się biologią. Wzajemne relacje tych dwóch bohaterów, jak i ich różnorakie maniery w zachowaniu, czy sposobie mówienia stanowią jeden z najśmieszniejszych elementów całego filmu.

Jakby ktoś nie poznał od razu, to jest para rosyjskich pilotów. Tak, ten film jest do tego stopnia stereotypowy, że Rosjanie wyglądają bardziej rosyjsko niż Dolph Lundgren w Rocky IV. Zresztą tak jest też w odniesieniu do innych nacji. Między innymi dzięki temu film jest cudowny.
Jakby ktoś nie poznał od razu, to jest para rosyjskich pilotów. Tak, ten film jest do tego stopnia stereotypowy, że Rosjanie wyglądają bardziej rosyjsko niż Dolph Lundgren w Rocky IV. Zresztą tak jest też w odniesieniu do innych nacji. Między innymi dzięki temu film jest cudowny.

Mamy fabułę, ale, o czym tak na prawdę jest Pacific Rim? Odpowiedź jest w gruncie rzeczy banalna. To film o wielkich robotach walczących z wielkimi potworami w duchu i stylu oryginalnej Godzili. Przy czym, film nie zapomina, że nawet w takiej produkcji liczą się tak na prawdę ludzie. Poszczególni bohaterowie są dobrze zarysowani. Są mocno archetypiczni, ale zarazem na tyle ciekawi, że widz, chce wiedzieć, co się z nimi stanie dalej. Także i pomimo tego, że film wymaga dosyć zdecydowanego zawieszenia przez widzów wiary, trzeba przyznać, że del Toro pokazuje doskonale jak słabym reżyserem jest Michael Bay. W przeciwieństwie do Transformerów, Pacific Rim wciąga i trzyma w napięciu. Jesteśmy ciekawi, co będzie dalej, a wielkie roboty nie zastępują nam historii, chociaż są jednym z głównych jej elementów.

Co ciekawe, opowieść jest prowadzono bardzo równym tempem. Co więcej, del Toro rezygnuje z bardzo wielu sekwencji, które wydawałyby się oczywiste w tego typu filmie. Zamiast oglądać konstruowanie Jaegerów i pierwsze reakcje na pojawienie się kaiju, mamy ledwie kilkuminutowe wprowadzenie do historii, aby od razu przeskoczyć do centrum opowieści. W ten sposób del Toro porzuca nudne sceny, a zamiast tego od razu rozpoczyna się od właściwej akcji. Podobnie też, w przeciwieństwie do wielu popularnych obecnie filmów pozwala widzowi na sporo wytchnienia pomiędzy poszczególnymi scenami akcji. Sprawia to, że film ogląda się zdecydowanie lepiej.

Warto też wspomnieć o efektach specjalnych. Można było oczekiwać od tego typu filmu, że będą one wysokiej jakości i tak jest. Nie ma do czego się przyczepić (może poza tym, że szkoda, że film nie powstał na taśmie, a przy użyciu kamery cyfrowej, co wpływa negatywnie na ogólną jakość obrazu), szczególnie, że del Toro wie, że grafika komputerowa najlepiej wygląda, gdy scena jest trochę ciemniejsza. Nie widać wtedy sztucznie wyglądającej skóry i tego typu rzeczy. Stąd walki toczą się w klimatycznej deszczowej i nocnej aurze. Sprawia to, że roboty wyglądają majestatycznie i groźnie, a kaiju są bardzo ładne. Za muzykę odpowiada Ramin Djawadi, który stworzył muzykę do filmów o żółwiku Sammym, jak i do Gry o tron. Do Pacific Rim skomponował on równe i ciekawe melodie. Jest to muzyka dosyć tradycyjna, acz dynamiczna i żywiołowa. Djawadi nie próbuje być kolejnym Hansem Zimmerem, zamiast tego tworzy dobrą muzykę.

Czy Pacific Rim ma jakieś wady? Wielu pewnie przyczepi się do różnych rzeczy, ale ja musze stwierdzić, że był to bardzo przyjemny i radosny seans. Pozwala się odprężyć i popatrzeć na ładne zniszczenia, a zarazem zainteresować się poszczególnymi bohaterami. Szczególnie tym, jak cudownie absurdalni są obydwaj naukowcy. Pacific Rim jest świetnym filmem rozrywkowym.

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.