524/6+172*60*24/6=Atlas chmur^2

Siadam do pisania tego tekstu z ciężkim sercem. Dosyć długo zastanawiałem się, jak ugryźć Atlas chmur, czyli film Wachowskich-Tykwera i książkę Davida Mitchella. Książka wydana w 2004 roku zebrała na Zachodzie wiele nagród i pochwał. Pojawiła się ona także u nas, ale w gruncie rzeczy przeszła bez większego echa, w porównaniu do niewątpliwego sukcesu za granicą. Można zaryzykować stwierdzenie, że powieść Mitchella dopiero wraz z pojawieniem się filmu zyskała trochę większe zainteresowanie. Mimo wszystko jednak, także, jeżeli weźmie się pod uwagę ile osób obejrzało ten film w kinach u nas, to i tak nie jest tego dużo.

Jak na całkiem ładny film, Atlas chmur ma wyjątkowo paskudny plakat.
Jak na całkiem ładny film, Atlas chmur ma wyjątkowo paskudny plakat.

Dlaczego jednak mam pewien problem z pisaniem tego tekstu? Napisałem już kilka recenzji, a w przypadku ekranizacji znanych mi książek dzieliłem je na części. Najpierw można było przeczytać moje uwagi na temat powieści, a potem o tym, jak została ona przeniesiona na taśmę filmową. Czasem zajmowało to więcej, czasem mniej miejsca. W przypadku Atlasu chmur mam problem, gdyż on aż się prosi o trochę inne ujęcie, inne spojrzenie na temat.

Fabuła tak powieści, jaki i filmu jest bardzo podobna. Mamy do czynienia z sześcioma różnymi opowieściami, które się do pewnego stopnia przenikają. Każda następna odnosi się bezpośrednio do poprzedniej, jako do fikcji literackiej, albo innej formy zapisu przeszłości. Powieść Mitchella dzieli się w związku z tym na 11 rozdziałów. Pierwsze pięć jest początkiem różnych opowieści o bohaterach rozsianych po różnych czasach. Szósta jest jedyną opowiedzianą od razu w całości. Potem mamy już dokończenie pierwszej piątki, gdzie za każdym razem otrzymujemy bardzo konkretne zakończenie. Poszczególne opowieści są stosunkowo proste, acz mają cechę wyróżniającą je. Każda jest napisana wyraźnie innym językiem. Tłumaczka, Justyna Gardzińska, stanęła przed bardzo ciężkim zadaniem i wydaje się, że wyszła z niego obronną ręką. Nie było to łatwe zadanie, tym bardziej, że stylizacje językowe w polskim działają trochę inaczej niż po angielsku. Efektem jest miejscami tekst nieczytelny, ale bardzo nastrojowy i po pewnym przyzwyczajeniu w pełni zrozumiały.

Różnice pomiędzy poszczególnymi opowieściami nie ograniczają się tylko do języka, ale także do formy prezentowania narracji. Prawie za każdym razem mamy, co prawda, do czynienia z narratorem pierwszo osobowym, ale są pewne elementy odróżniające historie. W przypadku pierwszej czytamy pamiętnik pisany przez XIX wiecznego notariusza, potem mamy listy aspirującego kompozytora, trzecia opowieść wyróżnia się tym, że jest zapisana w formie podrzędnego kryminału z lat 70-tych, czyli mamy wyraźnego narratora, który nie jest tożsamy z bohaterką. Przy czwartej opowieści mamy do czynienia z powieścią autobiograficzną, piąta jest przedstawiona w formie przesłuchania, a szósta to opowieść przy ognisku.

Bellona walczy z KiW o nagrodę najkoszmarniejszej okładki. Mają szanse.
Bellona walczy z KiW o nagrodę najkoszmarniejszej okładki. Mają szanse.

Efektem tego jest 545 stronnicowa powieść (w wydaniu polskim – MAGa), czyli raczej dosyć długi utwór. Tego typu książki przeważnie wydaje się nieprzekładalne na film ze względu na bogactwo materiału. Często kończy się to bardzo drastycznymi skrótami, gdzie ofiarami padają bohaterowie, czy też całe wątki. Jednakże, jeżeli porównamy dzieło Mitchella z ekranizacją, to okaże się szybko, że zmiany, które wprowadzono nie polegają na skróceniu książki, a wręcz przeciwnie, rozwinięciu jej. Celem autora powieści było stworzenie utworu, który pokazywałaby prawdę o konfliktach ludzi poprzez osadzenie „sporu” w różnych czasach i wśród różnych ludzi. Szybko jednak podczas lektury okazuje się, że teoretyczny pomysł na powieść nie jest w stanie jej udźwignąć.

Otrzymujemy, co prawda 6 ciekawych opowieści, ale konkluzja pozostawia czytelnika niepocieszonym. Złączenia fabularne okazują się liche, a sama myśl przewodnia nie do końca przetrawiona. Bardzo wiele pomysłów, które na papierze wydają się ciekawe, w rzeczywistości jest chybionych. Dobrym przykładem jest wizja języka przyszłości, gdzie znane marki stały się synonimami nazw przedmiotów. Zamiast aparatu fotograficznego mamy „najkony”. Pomysł z pozoru jest ciekawy, ale pomijając już raczej jego niezbyt dużą oryginalność, to trzeba zaznaczyć, że tworzenie się podobnych związków językowych jest już pieśnią przeszłości. To kiedyś Junkers mógł stać się terminem określającym wszystkie piecyki, ale już Elektrolux wyszedł z użycia jako synonim dla odkurzacza. Tego typu drobne naiwności w rozbudowanej fabule drażnią. Poza tym robią wrażenie sztucznych zabiegów mających zwiększyć objętość i ilość stron powieści. W gruncie rzeczy przez nie powieść jest przegadana.

Na pocieszenie dodam, że nie tylko u nas Mitchell ma dziwne okładki.
Na pocieszenie dodam, że nie tylko u nas Mitchell ma dziwne okładki.

Wachowscy z Tykwerem decydując się na ekranizację książki wzięli z całej historii ich zamocowanie, oraz pobieżnie tok opowieści. Zmienili jednak jedną rzecz. Nadali całości wyraźną linię fabularną. Powstała historia o miłości w różnych światach i wydaniach. Poza tym o wiele mocniej pokazali związki pomiędzy poszczególnymi partiami całej opowieści. Kamera przeskakuje z jednej historii do drugiej wielokrotnie w trakcie seansu. W ten sposób udaje się osiągnąć wrażenie, że mamy do czynienia z jedna długą opowieścią. W tym celu wykorzystali zresztą pewne chwyty obecne już w powieści. Jednym z nich było wykorzystanie aktorów do grania w wielu różnych postaci. Tutaj nie chodziło twórcom filmu o zaprezentowanie popisu ludzi od efektów specjalnych i makijażu. Był to od początku do końca wyraźny zabieg artystyczny mający silne umocowanie w fabule.

W trakcie pisania scenariusza poza stworzeniem znacznie bardziej skupionej i koherentnej opowieści, dokonano pewnych uproszczeń. O ile poszczególne historie w powieści do pewnego stopnia nadawałyby się na opublikowanie ich samodzielnie, to filmu nie dałoby się w ten sposób pociąć. Widać byłoby wtedy bardzo wyraźnie ich banalność i prostotę. Ze wszystkich części tylko Udręka Cavendisha mogłaby zostać oddzielona i zaprezentowana jako zamknięta całość. Uproszczenia jednak były także nie tylko, jeżeli chodzi o trochę inne przeformatowanie fabuły. Także zmieniono trochę niektórych bohaterów.

Dobrym przykładem jest postać Frobishera. W filmie mamy trochę nieszczęśliwego i odrobinę niemoralnego chłopaka. Jednakże w ramach fabuły jego nielojalność względem Sixsmitha jest pokazana w taki sposób, że większość widzów wybaczy mu to, że zdradza go z żoną potężnego i władczego kompozytora Ayrsa. Oglądając film ciężko mu jest nie współczuć. W powieści natomiast mamy do czynienia z człowiekiem amoralnym, który pasożytuje na ludziach go otaczających. Jego zdrady, to nie wynik niesprzyjających okoliczności losu, a czynione z pełną tego świadomością akty, czasem wręcz nierządu. Przybywszy do Ayrsa, który jest apodyktycznym i także do pewnego stopnia złym człowiekiem, Frobisher nie ogranicza się tylko do chęci wykorzystania jego sławy, dla zbudowania sobie pozycji, ale także zwyczajnie okrada go sprzedając książki z biblioteki. Jest to zbrodnia dla każdego czytelnika niewybaczalna. Zresztą w powieści wyraźnie wszystko jest nakierowane na podkreślenie tego, że sam na siebie sprowadza on swój ostateczny, tragiczny, finał.

Chociaż ta jest akurat ładna i całkiem przyjemna (a i związana z fabułą).
Chociaż ta jest akurat ładna i całkiem przyjemna (a i związana z fabułą).

Najradykalniej zmieniono jednak chronologicznie najpóźniejszą opowieść, czyli o Zachariaszu i Meronym. Dodano jej szczęśliwe zakończenie, usunięto pewne sceny, oraz zmieniono wiek bohaterów. Zamiast młodego chłopaka i starszej od niego kobiety mamy starszego mężczyznę i młodszą kobietę. Zmiany te wynikają z tego, że w powieści była to jedyna sekwencja bez wątku miłosnego. Stąd też dosyć brutalnie podporządkowano ją konstrukcji filmu. Wielbicielom książki te zmiany nie mogły być miłe, ale były konieczne. Bez nich trzeba by zmienić cały zamysł ekranizacji.

Modnym jest, aby przy filmach na podstawie książek podkreślać wyższość materiału źródłowego. Rozliczni recenzenci z lubością stwierdzają „książka była lepsza”, czasem dodając jeszcze „jak zawsze”. Atlas chmur nie jest tutaj wyjątkiem i często można spotkać tego typu uwagi. Jednakże ja się z tym nie zgadzam. Mitchell napisał powieść rozwlekłą i zaryzykuje stwierdzenie, że nie miał on dobrego redaktora. Ten wyciąłby niepotrzebne elementy, kazał podkreślić inne. W ten sposób nie zmieniając głównego zamysłu powieści, sprawiłby, że stałaby się ona wyraźniejsza. O ile tego typu sytuacje rozumiem w przypadku utworów napisanych przez doświadczonych mistrzów, to w przypadku mimo wszystko zaczynającego karierę pisarza, dziwi mnie to i smuci zarazem.

Nie znaczy to, że nie warto przeczytać książki. Jest ona napisana świetnym językiem i pomimo mojego narzekania, całkiem wciągająca. Także w wielu miejscach jest bardziej niejednoznaczna moralnie, tak jak we wspomnianym przypadku Frobishera. Wiąże się to z tym, że tak na prawdę ciężko jest polubić niektórych bohaterów powieści. Dzięki temu jednak poszczególne opowieści są jako samodzielne części bardziej żywe (wyjątkiem jest przygoda Louisy Rey, która w filmie pozbawiona jest pewnego stereotypowego uproszczenia tematyki elektrowni atomowych).

Zarazem jednak, jako całość, lepiej się sprawdza ekranizacja przygotowana przez Wachowskich i Tykwera. Dzięki zmianom względem powieści otrzymujemy składną opowieść, która rzeczywiście wykorzystuje pomysł wielu historii w jednej. Coś, co w książce jest jedynie hasłem, w filmie jest prowadzone znacznie bardziej konsekwentnie i ciekawie. Stąd też w mojej opinii Atlas chmur jest jednym z przykładów ekranizacji, które są zdecydowanie lepsze od papierowego oryginału

 
 
 

7 comments

    • hihnttheadmin says:

      Tykwer nakrecil historie Frobishera, Louisy Rey i Cavendisha. Pozostale historie Wachowscy (co przy Sonmi bylo do przewidzenia).

  1. Rusty Angel says:

    @To kiedyś Junkers mógł stać się terminem określającym wszystkie piecyki, ale już Elektrolux wyszedł z użycia jako synonim dla odkurzacza.

    Może, ale na Zachodzie nadal hoover funkcjonuje w tym znaczeniu, a nawet stał się czasownikiem (albo na odwrót, ale raczej nie).

    BTW, tej ślicznej okładki z MAGa (Uczta Wyobraźni) nigdzie nie umiem znaleźć, i teraz juz sie zaparłam: albo ta, albo żadna inna. 😀 Więc ksiązki nadal nie czytałam.

    • hihnttheadmin says:

      Popieram z okladkami, dlatego ja czytalem egzemplarz z biblioteki 🙂
      Co do Hoover/hoover, to fakt. Zreszta to jest bardzo podobny przypadek do Junkersa. Zreszta z niedawnych (tez czasownikowych) przykladow nazw rzeczy od firm, to u nas czeste jest Xero, czyli slowo pochodne od Xeroxa.

Leave a Reply

Your email address will not be published.