Pokrzykując metalicznie (Metal Hurlant Chronicles)

Plakat zapowiada dużo walki i mroku. Tego pierwszego jest trochę, acz mniej niż zapowiada plakat.
Plakat zapowiada dużo walki i mroku. Tego pierwszego jest trochę, acz mniej niż zapowiada plakat.

Magazyn komiksowy „Metal Hurlant”, chociaż był wydawany dosyć krótko, to na stałe zapisał się w historii tego medium. Na jego łamach publikowali tacy twórcy jak Moebius, Jodorowsky i wielu innych. Była to z jednej strony silna grupa twórców szeroko rozumianego kręgu frankofońskiego, a z drugiej wielu autorów anglosaskich znalazło tam dla siebie miejsce. Pewna renoma tego periodyku sprawiła, że powstała jego niejako odnoga w postaci amerykańskiego „Heavy Metal”. Istnieje on w trochę odmiennej sytuacji rynkowej i co ważne przeżył daleko idącą przemianę w trakcie swego istnienia od pisma na licencji „Metal Hurlant”, do w pełni samodzielnej publikacji. Dalej jednak pozostaje dosyć ciekawym czasopismem, choć skierowane jest w dużej mierze do dorosłego czytelnika, nie tyle ze względu na poruszane tematy, co ilość krwi i golizny.

Samo „Metal Hurlant” upadło jeszcze w latach 80-tych. Okazało się, że rynek nie potrzebuje tego typu periodyku. Była potem jeszcze próba odtworzenia czasopisma podjęta przez Humanoids Publishing, ale wraz z dużymi problemami finansowymi tej firmy, została ona zawieszona po kilkunastu numerach. Trudno mi powiedzieć, z czego wynikały problemy finansowe Humanoids, choć wiele wskazuje na to, że winne było zbyt optymistyczne nastawienie odnośnie zdolności rynku Amerykańskiego do wchłonięcia na raz tak dużej ilości komiksów z Francji.

Pomimo tych problemów marka „Metal Hurlant” miała dalej swój nimb i była rozpoznawalna, przy czym zdecydowanie bardziej we Francji niż w reszcie świata. Grupa producentów znad Loary postanowiła skorzystać z okazji i korzystając z tej renomy zarobić trochę pieniędzy. Zdecydowali się to zrobić poprzez adaptacje wybranych opowieści z różnych numerów tego periodyku do formy serialu telewizyjnego. Początkowo bardzo optymistycznie deklarowali oni, że będzie to wieloodcinkowa uczta dla fanów „Metal Hurlant”. Okazało się jednak, że pieniędzy starczy na ledwie 6 odcinków i tak powstał pierwszy sezon Metal Hurlant Chronicles.

Czasem na dziwnych planetach pada deszcz.
Czasem na dziwnych planetach pada deszcz.

Kroniki wrzeszczącego metalu odwołują się w swojej konstrukcji wyraźnie do klasycznej i zdecydowanie wybitnej Strefy Mroku Roda Serglina. Mamy do czynienia z antologią, zbiorem różnych historii, które łączy fragment planety określany mianem Wrzeszczącego metalu, który leci przez galaktykę i jest niejako świadkiem wydarzeń przedstawianych w serialu. Nie jest to żadna większa opowieść, a jedynie próba oznaczenia wspólnego pochodzenia wszystkich historii. Jest to bardzo luźne powiązanie i nie należy przywiązywać do niego specjalnej wagi, chociaż czasem Planeta odgrywa pewną rolę fabularną.

Każdy odcinek serialu ma około 20 minut, a 25 wraz z dosyć długimi napisami początkowymi i końcowymi. Oznacza to, że całość seansu zajmie nam tak na prawdę około 2 godzin. Nie jest to dużo, ale w pełni wystarcza na przedstawienie 7 różnych historii. W jednym odcinku (dokładniej mówiąc trzecim), zamiast jednej, widzowie mają dwie odrębne, krótsze, opowieści.

Jeżeli spróbować scharakteryzować całość serialu, nie wdając się na razie w szczegóły poszczególnych odcinków, to można dostrzec pewne elementy stałe. Bardzo wyraźnie widać źródło pochodzenia historii, gdyż ewidentnie ważniejszy jest w nich obraz, niż słowo. Dialogi są dodatkiem do bardzo starannie wizualnie pokazywanych opowieści. Drugą rzeczą, jest bardzo ograniczona liczba bohaterów. Właściwie mamy do czynienia z dwiema, czy trzema postaciami. Reszta, to statyści, ewentualnie bardzo epizodyczne role ograniczające się do jednego zdania. Można też wyraźnie stwierdzić, że twórcom zależało na ładnym przedstawieniu walki. Poszczególne pojedynki na pięści robią wrażenie przemyślanych i dobrych choreograficznie. Wszystkie opowieści mają także jeden powtarzający się element, czyli zaskakujące zakończenie.

Grafika promocyjna, która wzieła się z ujęć wykorzysanych do czołówki serialu.
Grafika promocyjna, która wzieła się z ujęć wykorzysanych do czołówki serialu.

Po pewnym czasie, czyli od drugiego odcinka, jest ono do pewnego stopnia męczące, ale może dzięki temu, że sezon liczy tylko 6 odcinków, nie przeszkadza za bardzo. Na tym jednak nie koniec wad, czy też raczej problemów Metal Hurlant Chronicles. Serial cierpi na dramatycznie niski budżet. W większości wypadków udaje się twórcom ominąć ten problem, czy też odpowiednio przedstawić pewne ujęcia. Niestety, w dużej mierze przez wybór cyfrowych kamer HD, w praktycznie każdym ujęciu widać, że mamy do czynienia z produkcją, która kosztowała nie wiele więcej niż Mortal Kombat Legacy, czyli ostatni serial internetowy osadzony w świecie tej znanej gry.

Pomimo ograniczeń budżetowych udało się twórcom Metal Hurlant zebrać na planie całkiem pokaźne grono doświadczonych aktorów. Chociaż mamy do czynienia ze znanymi twarzami w praktyce każdym odcinku, to trzeba od razu zaznaczyć, że pochodzą one głównie z kina klasy B, albo seriali telewizyjnych. Mamy na ekranie Rutgera Hauera, Jamesa Mastersa, ale też i Scotta Adkinsa, czy Dominique Pinon. Aktorzy dosyć dobrze radzą sobie ze swoimi rolami i są w miarę wiarygodni. W tle gra muzyka skomponowana przez Jespera Kyda, który może być kojarzony głównie z grami komputerowymi.

Wśród historii właściwie najciekawszy jest odcinek 2, czyli Shelter Me. Opowieść o starszym mężczyźnie i młodej kobiecie zamkniętych w schronie przeciw atomowym. Ona nie pamięta jak się tam zjawiła, on zaś opowiada jej, że doszło do nuklearnej apokalipsy. Zamknięcie i odseparowanie od otoczenia prowadzi do różnych napięć, ale także wątpliwości. Czy na pewno mężczyzna mówi prawdę? Inne historie są dosyć różnorodne. King’s Crown jest pretekstową opowiastką do pokazania wielu scen walki na pięści i miecze. Three on a Match opowiada o spotkaniu dwóch zaprawionych w bojach żołnierzach i prostego mechanika. Red Light to historia o więźniu obcych, który jest przez nich torturowany poprzez trzymanie w izolatce, a Cold Hard Facts opowiada o świecie przyszłości, w którym wykopano zahibernowanego człowieka, powstaje w związku z tym pytanie, co z nim zrobić? Master of Destiny, to historia tajemniczej planety, na której przewidują przyszłość. Najsłabszy odcinek, czyli Pledge of Anya jest o wojowniku wysłanym do obcego świata w celu zabicia tajemniczego monstrum. Jak widać w tym zestawie każdy powinien móc coś dla siebie znaleźć.

Co ciekawe pomimo wybrania jako źródła czasopisma słynącego z dosyć odważnego podejścia do nagości i krwi, to sam serial jest dosyć niewinny. Można zgadywać, że wynika to z nadziei na sprzedaż Metal Hurlant na inne, potencjalnie podlegające większym restrykcjom, rynki. Na szczęście dobór opowieści pozwala na takie, raczej łagodniejsze, adaptacje. Na łamach „Metal Hurlant” były historie, których nie dałoby się zekranizować bez podwyższenia kategorii wiekowej.

Jak na razie wątpię, aby Metal Hurlant Chronicles, które będzie miało drugi sezon, można było postawić na półce obok Strefy Mroku. To są jednak nieporównywalne jakości tak, jeżeli chodzi o wykonanie, jak i „wagę” opowieści. Pomimo tego wydaje mi się, że warto poświęcić tych kilkadziesiąt minut na ten serial. Nie jest to specjalne arcydzieło, ale jest na tyle krótkie, że nie odczuwa się, że marnuje się czas.

 
 
 
 
 
 
 
 

6 comments

    • hihnttheadmin says:

      Jodo rzeczywiscie, natomiast co do planetoidy, to mam pewne watpliwosci. Metal Hurlant jest okreslany mianem fragmentu rozbitej planety (co dookreslilem w tekscie), a to jednak troche co innego niz planetoida. Tym bardziej, ze nie jest w serialu wyjasnione, czy posiada on orbite, po ktorej krazy. W zwiazku z tym akurat tego elementu tekstu bym nie poprawial.

  1. Jerry says:

    Jak dla mnie mimo niskiego budżetu (a może wręcz dzięki niemu) ten mini serial okazał się mega pozytywnym zaskoczeniem. Długość odcinków powoduje,że nawet te słabsze ogląda się bez bólu, a wszystkie opowiastki mają naprawdę pomysłowe puenty i są fajnie zrealizowane i zagrane. Ode mnie duży kciuk w góre!

    • hihnttheadmin says:

      @Misiael, pozostane przy fragmencie.

      @Jerry, dlatego podkreslam w tekscie, ze krotka forma pomaga, chociaz gdzies tam pojawia sie mysl, ze mogla to byc Strefa Mroku XXI wieku, ale niestety nie wyszlo.

      • Jerry says:

        Mi się wydaje,że twórcy w ogóle nie mierzyli tak wysoko. Choć rozumiem w pełni porównania do Strefy Mroku (widziałem nawet w ramach stefy kiedyś podobny odcinek w schronie atomowym) to wydaje mi się, że w tym przypadku na pierwszym miejscu miała być rozrywka.

Leave a Reply

Your email address will not be published.