Animowane trykoty (Marvel Super Heroes)

Trykoty nadbiegaja!
Trykoty nadbiegaja!

Dawno, dawno temu zapowiedziałem, że odważę się obejrzeć pierwszy Marvelowy serial animowany, czyli pochodzące z 1966 roku Marvel Super Heroes. Rzuciłem to hasło przy okazji omawiania czołówek seriali animowanych i każdy, kto widział wprowadzenie do tego serialu, zapewne nie dziwi się użyciu słowa „odwaga”. W każdym razie obejrzałem większość odcinków już jakiś czas temu, ale dopiero przeglądanie ostatnich wyszukiwań na stronę przypomniało mi o rozmowie z Rusty Angel, gdzie padła moja zapowiedź. Jakoś tak się składa, że całkiem niedawno obejrzałem także Avengersów Whedona i byłem dosyć zły na ten, według mnie, bardzo słaby film. Jakoś się układa, że nie mogę się uwolnić od tego uniwersum.

Na wstępie przyznam, że zdecydowałem się na pewne oszustwo, gdyż serial Marvel Super Heroes jest antologią opowieści o super bohaterach. Nie wszystkich, a o ledwie piątce wybranej przez producenta serialu – Roberta Lawrence’a – w związku, z czym mieliśmy do obejrzenia historie o: Kapitanie Ameryka, Hulku, Iron Manie, Thorze i Sub-Marinerze. Interesujące jest, że do tej piątki nie dostał się Spider-Man, obecnie chyba najbardziej znany bohater Marvela. Z drugiej strony mamy Sub-Marinera, który podobnie jak inni morscy super bohaterowie jakoś nie utrzymał popularności i obecnie jest chyba w drugim szeregu. Przy czym nie dochodziło do żadne interakcji pomiędzy poszczególnymi bohaterami serialu i każdy działał w niejakiej separacji od reszty.

Poszczególne odcinki zostały podzielone na 7 minutowe sekwencje, które były nadawane w różnej kolejności. Czasem mieliśmy w przeciągu pół godziny trzy opowieści o jednym super bohaterze, a za innym mieliśmy je wymieszane i po Iron Manie był Hulk. Tego typu konstrukcja serialu pozwalała także na nadawanie poszczególnych odcinków jako wypełniaczy czasu przy programach dziecięcych, które nie zawsze miały z punktu widzenia telewizji odpowiednią długość. Zaznaczmy jednak, że poszczególne sekwencje są ze sobą połączone i czasem jedna historia ciągnie się przez 2, czy 3. Stąd też najczęściej przedstawia się, że całość miała po 13 odcinków na bohatera, każdy po około 15 minut.

Złoty Gladiator w latach 60-tych był dosyć toporny.
Złoty Gladiator w latach 60-tych był dosyć toporny.

Moje oszustwo polega na obejrzeniu tylko przygód Iron Mana. Jest wiele powodów ku temu, ale wystarczy powiedzieć, że według mnie jest to najciekawszy z bohaterów wybranych do serialu. Jest on też o tyle ciekawy, że ostatnia jego filmowa inkarnacja bardzo odbiega od źródeł, czyli tego jak go sobie wyobrażał Stan Lee i ludzie Marvela. Jak wiadomo Iron Man, to tak na prawdę Tony Stark, bogacz, który po założeniu specjalnej zbroi ratuje ludzkość. W serialowej inkarnacji jednak głównie walczy z ludźmi atakującymi jego biznesowego imperium i jego osobistym wrogom.

Stark, taki jak jest przedstawiony w serialu jest wyraźnie wzorowany na Howardzie Hughesie. Jego wąs, czy też styl ubierania się jest zdecydowanie bardziej pasujący do obrazu biznesmena, który jest jedynie odrobinę ekscentryczny. Nie jest on aż tak wyróżniający się jak Robert Downey Jr, któremu bliżej do Richarda Bransona, niż Hughesa. Stark nie jest jedynym pozytywnym bohaterem serialu. Od czasu do czasu mamy Pepper Potts, która podkochuje się w Starku, acz nie przepada za Iron Manem. Poza nią jest też Happy Hogan, który cierpi na brak uwagi ze strony tak Starka, jak i Potts, w której chyba lokuje swoje uczucia. Przeciwnikami poza Sowietami, którzy w osobie Czerwonego Dynamo i Hrabiny (Countessa) często atakują Starka, jako symbol kapitalizmu, są także mniej upolitycznieni przestępcy. Poza Czerwonymi mamy Mandaryna (działającego czasem w porozumieniu z komunistycznymi Chinami), czy Czarnego Rycerza. Jak widać pomimo ograniczonej ilości czasu otrzymujemy w serialu całą plejadę przeciwników. Wielu z nich raczej nie ma szans na pojawienie się w nowych filmach, a jak już, to w mocno zmienionej wersji wzorem przemienionego Dynamo.

Sam serial opiera się ściśle na poszczególnych komiksach wydanych przez Marvela. Nie chodzi tylko o scenariusze kopiujące opowieści zawarte w poszczególnych kadrach, ale także i same rysunki są wyraźnie przerysowane z komiksów. Wrażenie, że obcujemy z animowanym komiksem wzmaga także i to, że mamy do czynienia z bardzo nisko budżetową produkcją. Animacji w praktyce nie uświadczymy. Przykładowo, kiedy bohaterowie mówią, to ruszają się tylko usta, natomiast cała reszta kadru, to cały czas ten sam rysunek. Wiedźma ostatnio narzekała na anime, że tam mamy do czynienia z bardzo ograniczoną animacją postaci. W porównaniu do nawet najbardziej tandetnej produkcji z kraju kwitnącej wiśni, to, co mamy w Marvelach, to najbardziej statyczne kadry świata. Zresztą o komiksowości serialu świadczy najlepiej to, że bardzo często odgłosy są przedstawiane poprze onomatopeje. Mamy wszelakie „Ka Booom” napisane krzykliwą czcionką, kiedy przestawiony jest wybuch, czy też „Bwang”, kiedy Złoty Gladiator zadaje cios.

Używam tego określenia na Iron Mana nie bez powodu. Twórcy serialu z komiksowego medium zachowali także wyraźnego narratora i wiele introspekcji bohaterów. Mówią oni do siebie, a wszystko tłumaczy nam narrator, który bardzo często używa pewnych schematycznych określeń przywodzących na myśl język homerycki. Stąd też Iron Man, to prawie zawsze Złoty Gladiator. Ma to swój niewątpliwy urok, choć niektórych widzów zapewne zdziwi.

Same opowieści są dosyć proste. Jest zły, który robi coś złego, po czym Iron Man po początkowych problem go spektakularnie karze. Na końcu mamy scenę potwierdzającą, że prawo i porządek wróciły. Zarazem każda z historyjek ma pewien urok lekko kiczowatych komiksów, jakie w tamtych latach były popularne. Nie jest to może tak bardzo autoparodystyczna opowieść, jak miało to miejsce w przypadku Batmana z Adamem Westem, ale mimo wszystko jest to bardzo niepoważny kicz i tandeta. Zarazem widać jak obydwa media, to znaczy komiks i serial animowany, zmieniły się w przeciągu tych już blisko 50 lat. Nawet mniej poważne produkcje w stylu Batman the Brave and the Bold nie są nawet w połowie tak kiczowate, jak Marvel Super Heroes.

Z tego, co piszę, może wynikać, że nie warto oglądać poszczególnych odcinków tego serialu. Mimo wszystko nie jest to tak do końca prawda. Jest to bardzo specyficzna produkcja, która bardzo się zestarzała. Wielu nie będzie w stanie jej oglądać, ale inni mogą z uśmiechem zapoznać się z Marvel Super Heroes, gdyż doskonale pokazuje on jak bardzo uroczy bywał kiedyś komiks o super bohaterach. Potem można z czystym sumieniem zasiąść do Strażników i innych historii sprowadzających ich na ziemię.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

2 comments

Leave a Reply

Your email address will not be published.