Znowu na planetarnym dzikim zachodzie (Oblivion 2)

Rzadko się zdarza, aby fajne nisko budżetowe filmy dostały szanse kontynuacji. Zaszczyt kolejnych części najczęściej przypada bardzo słabym produkcjom klasy b. Jednak, jeżeli już się udaje zrobić wspomnianą kontynuacje, to tym rzadziej jest ona dobra. Jest jednak dobra metoda, aby nie tylko zapewnić filmowi w miarę tanią kontynuacje, ale i podobny jej poziom, co części pierwszej. Niestety nie jest ona często stosowana. Pierwszym głośnym przykładem jej wykorzystania była druga i trzecia część Powrotu do przyszłości. Te dwa filmy Zemeckisa były kręcone razem, aby zaoszczędzić koszta. Pozwoliło to także na płynne przejście opowieści pomiędzy dwiema częściami.

Kobieta w czarnej skórze jest, statek kosmiczny jest, robot jest, sześciostrzałowiec jest. Dziki Zachód też jest.
Kobieta w czarnej skórze jest, statek kosmiczny jest, robot jest, sześciostrzałowiec jest. Dziki Zachód też jest.

W przypadku Oblivion, czyli szalonego westernu w realiach s-f, który opisywałem jakiś czas temu (polecam powtórzyć sobie lekture, tutaj zrezygnowałem z opisywania poszczególnych bohaterów), zdecydowanie głównym i najpewniej jedynym argumentem za tym rozwiązaniem była chęć zaoszczędzenia pieniędzy. Stąd też wkrótce po pierwszej części na kasety video trafiła i druga. Tak więc wracamy do miasteczka Oblivion, gdzie dalej źle się dzieje. Lash przejęła bar na prowincji, gdzie grupują się różni bandyci i wykolejeńcy społeczni. Z drugiej strony w miasteczku Zack próbuje ułożyć sobie życie z Mattie. Niestety randki (i nie tylko) nie wychodzą im za dobrze. Co gorsza pojawia się wiadomość, że na planetę zmierza najsłynniejszy i najlepszy łowca nagród. Zdobywca medali zasługi od przedsiębiorców pogrzebowych z całej galaktyki. Czczą go niczym wielką gwiazdę, a jego autograf jest dla nich wspaniałą zdobyczą.

Ten łowca nagród nazywa się Sweeney i nie tylko jest dobrze ubrany, ale ma także bardzo wyraźny angielski akcent. Mamy do czynienia z gentlemanem w każdym calu. Jest przy tym nadludzko silny, a i sprawny. Od pierwszej sceny widzimy, że jest on rzeczywiście świetnym łowcą nagród. Do tego umie podrywać dziewczyny, co bardzo szybko pokazuje, a celem jego amorów staje się Mattie. Trzeba przyznać, że nie potrafi się oprzeć jego urokowi osobistemu. Nic dziwnego, że nasz drogi szeryf Zack nie jest zbyt zadowolony. Sytuacje komplikuje właściwy cel przybycia Sweeney’a na planetę. Szuka on sabotażystki/złodziejki, która wyrządziła wielkie szkody Galaxy Corp, najsilniejszej korporacji w galaktyce. Poszukiwana potrafi łatwo zmieniać wygląd, a jedyną pewną rzeczą jest to, że zawsze jest bardzo seksowna. Przy takim opisie dla wszystkich jasnym jest, że Sweeney szuka Lash. Botau, Zack i łowca nagród wyruszają na poszukiwania.

Co prawda jest to ujęcie z pierwszej części, ale doskonale pokazuje krwiożerczość i bezwzględność Lash względem swoich ofiar (tym razem Mattie Chase)
Co prawda jest to ujęcie z pierwszej części, ale doskonale pokazuje krwiożerczość i bezwzględność Lash względem swoich ofiar (tym razem Mattie Chase)

Nasza bandytka w tym czasie zdobywa mapę do kopalni draconium, a w rzeczywistości świątyni wymarłych tubylców. Zdobyła ją w dosyć oryginalny sposób, mianowicie pewien mężczyzna wytatuował ją sobie na ciele. W związku z tym Lash najpierw go zamordowała, a następnie kazała Borkowi – jedynemu poza nią ocalałemu z bandy Czerwonego oka – zrobić odbitkę z mapy. Jak widać należy uważać, gdzie chowa się cenne przedmioty, bo źli ludzie potrafią być zdesperowani.

Dotarcie do tejże kopalni dla pary bandytów nie było trudne. Na miejscu Lash znajduje ogromne kryształy draconium warte bardzo wiele pieniędzy. Za nimi udają się bohaterowie pozytywni, którzy postanawiają złapać bandytów przy użyciu tak zwanej siły. Dochodzi do krótkiego starcia, podczas którego Botau próbuje użyć wulkańskiego uścisku na Borku. Pomimo porażki szeryfowi i towarzystwu udaje się pojmać Lash. Pojawia się jeden problem: twierdzi ona, że jest niewinna. To znaczy nie popełniła tego akurat przestępstwa, ma natomiast na sumieniu całą kolekcję innych. Na dokładkę na planecie zjawia się Jarret, brat Czerwonego oka. Zależy mu na draconium, a usłyszał, że Lash ma do niego dostęp, w związku, z czym postanawia wydobyć ją z więzienia. Poza wolnością ma zresztą dla niej znacznie więcej do zaoferowania, gdyż, jak twierdzi, jest znacznie lepszym kochankiem od swojego brata.

Film podobnie jak pierwsza część jest przepełniona humorem i dowcipem. Zaczyna się, co prawda od przydługiego wprowadzenia będącego parominutowym skrótem pierwszej części, ale potem zaczyna się właściwa zabawa. Każdy z bohaterów ma wystarczająco dużo miejsca, aby aktorzy mogli pokazać się od jak najlepszej strony. Trzeba jednak dodać, że nie byłoby niczym złym, gdyby film był trochę dłuższy. Brakuje paru minut dla Stelli, czy Doca. Parę wątków aż prosi się o rozbudowanie. Niestety nie jest to nam dane. Na szczęście jednak, Oblivion II jest, co najmniej równie dobry, jak pierwsza część. Nawet pomimo tego, że ma jeszcze mniej strzelanin, a i efekty specjalne zostały praktycznie ograniczone do minimum. Pokazuje to doskonale, że aby stworzyć ciekawy film nie potrzeba dużej ilości pieniędzy. Liczy się pomysł i zgrana ekipa, która przeniesie go na ekran.

Anglik na dzikim zachodzie musiał mieć ciężko. Wiemy to od czasu kiedy pojawił się w jednym z Lucky Luke'ów.
Anglik na dzikim zachodzie musiał mieć ciężko. Wiemy to od czasu kiedy pojawił się w jednym z Lucky Luke’ów.

Przy omawianiu poprzedniej części nie odniosłem się do kwestii bardziej technicznych. Jeżeli chodzi o obraz i kadrowanie obydwa Obliviony nie wyróżniają się jakoś specjalnie. Rumunia udaje Dziki Zachód całkiem sprawnie, a większość ujęć, choć w żaden sposób nie zapada w pamięć, to też nie wygląda aż tak nisko budżetowo, jak w rzeczywistości były. O dziwo Charlesowi Bandowi udało się wyprodukować film, który dobrze wygląda. Z muzyką jest trochę lepiej. Temat tytułowy jest na tyle chwytliwy, że łatwo zapada w pamięć. Brzmi dobrze i bardzo westernowo.

Najważniejsza jednak konkluzja, jaka się pojawia po obejrzeniu tych dwóch filmów jest taka, że po upadku komunizmu dla Hollywood w wersji tańszej Europa okazała się bardzo przyjaznym miejscem. Niskie koszty produkcji łączyły się tutaj z dużą ilością instytucji ułatwiających produkcje filmu. Wystarczy powiedzieć, że symfonia bułgarska, która nagrała muzykę do filmu, była niewątpliwie tańsza niż ta z Londynu. O ile w przypadku większości produkcji filmowych zysk z przeniesienia lokacji do tańszego kraju nie robił aż tak wielkiej różnicy, to, jeżeli chodzi o kino klasy b pozwoliło to producentom i twórcom rozpuścić skrzydła. Później jednak przyszedł kryzys związany z upowszechnieniem grafiki komputerowej, która skutecznie zabiła całe nisko budżetowe kino.

Obliviony warto obejrzeć, jest to bardzo miła rozrywka na posępny wieczór. Podobnie jak Dead Heat, czy inne filmy klasy b dumne z tego statusu, pozwala odpocząć i dobrze się bawić lepiej niż nie jedna poważna produkcja za duże pieniądze z wielkimi gwiazdami przed i za kamerą. Miłego seansu życzę.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

One comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.