Maszyną do walki z maszyną (Gunheddo)

Robot jest, jacyś ludzie są, zabawy trochę brak.
Robot jest, jacyś ludzie są, zabawy trochę brak.

Japończycy uwielbiają wielkie roboty. Nikt mający jakiekolwiek pojęcie na temat mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśnie nie jest temu w stanie zaprzeczyć. Powstaje tam bardzo wiele produkcji, których znaczącym elementem są właśnie wielkie roboty. Te wielkie mordercze maszyny, które są całkowicie nieracjonalne z punktu widzenia pola walki pojawiają się na kartach niezliczonych mang, czy grają ważną rolę w różnych anime. Wzbudzają one zrozumiały zachwyt nie tylko wśród Japończyków, ale także zdobyły sobie pewną popularność w innych krajach. Można tutaj wspomnieć sukces Robotecha, czyli amerykańskiej wersji Macrosa (przemontowano to anime tak, że powstała całkowicie nowa historia). Co ciekawe, relatywnie rzadko pojawiają się one na wielkim ekranie. Szczytnym wyjątkiem jest nie-Japoński Robot Jox, który zresztą w moim odczuciu jest jedna z niewielu produkcji, gdzie pomysł wielkich robotów ma sens. Na omówienie tego filmu przyjdzie właściwy czas, teraz na tapetę bierzemy produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ojczyzny wszystkiego, co dziwne w kinie.

W 1986 roku wytwórnia Toho postanowiła zrobić konkurs na scenariusz następnego filmu o Godzilli. Niejaki Jim Bannon został wyróżniony za swój pomysł na opowieść o wielkie gumowej jaszczurce walczącej z wielkim komputerem, ale koniec końców nie został on zrealizowany. Spodobał się jednak w Toho na tyle, że postanowili go wykorzystać. Zlecono Masato Haradzie, aby na podstawie scenariusza Bannona przygotował produkcje niezawierającą Godzilli. W ten sposób powstał omawiany tutaj film, czyli Gunheddo.

Jest to superprodukcja zrobiona za małe pieniądze. Przyszłość, miała miejsce wielka wojna z superkomputerem, który postanowił przejąć władzę nad całą Ziemią. W wyniku walki wielkie połacie planety zostały zniszczone, ale ostatecznie ludzkość wygrała. Świat niestety popadł kryzys, tak gospodarczy, jak i polityczny. Nie opłaca się już produkcja nowych układów scalonych, stąd też pojawiły się grupy poszukiwaczy rabujących pola bitew w poszukiwaniu porzuconych części. Jedna taka grupa postanowiła zaryzykować i zdobyć za jednym zamachem ogromną sumę pieniędzy. Ich celem jest fabryka, gdzie pracował super komputer, który rozpoczął całą wojnę. Kiedy nasza grupa przybywa na miejsce i ląduje na szczycie fabryki, odkrywa, że na wyspie, na której jest owa fabryka, nie wszystko zginęło. Po kolei bohaterowie znikają i tracą życie w dosyć dziwnych okolicznościach. W pewnym momencie spotykają oni jedyną żywą członkinie oddziału Texas Rangers, który został wysłany z misją odzyskania specjalnego kryształu, który może służyć do wznowienia działania superkomputera.

Głównym bohaterem jest mechanik zwany Brooklynem, który kiedy tylko dostaje do ręki drążek sterujący czymkolwiek od razu zamiera (tak, jest tam pewien dowcip o lekkości słonia ze składem porcelany na grzbiecie). Siedzi i się nie rusza. Poza tym ma zwyczaj jedzenia marchewki i bawienia się bronią. Jest on przy tym wszystkim mocno nieodpowiedzialny, to znaczy jeszcze bardziej niż to wynika z tego pobieżnego opisu. Oczywiście ma też swoją ukochaną w postaci świetnie znającej się na broni wojowniczki. Dosyć przewidywalnie ginie ona wpadając do dziwnego zbiornika z zielonym płynem, do którego wpada też dziwny robot, który jak się okazuje odpowiadał za śmierć ich towarzyszy. Z całego dużego zestawu bohaterów udaje się przeżyć tylko Texas Rangerce i Brooklynowi. Obydwoje uciekają z kryształem, ale w wyniku różnych zdarzeń zamiast trafić do statku, którym planują odlecieć, trafiają na sam dół budynku fabryki. Tam spotykają rodzeństwo, małego chłopca i dziewczynę niemowę. Razem próbują dostać się na górę trafiając po drodze na tytułowego Gunheda, czyli Gun UNit Heavy Elimination Device (przyznam, że nie bardzo wiem, jak to sensownie przetłumaczyć, w każdym razie chodzi o rzecz dużą, mającą broń i zabijającą). Jest to sporych rozmiarów robot bojowy, który może w zależności od wybranego trybu tak chodzić, jak i jeździć.

 

To musi być dziwna produkcja, kiedy okładka płyty z muzyką z filmu jest znacznie ciekawsza niż plakat reklamowy samego filmu...
To musi być dziwna produkcja, kiedy okładka płyty z muzyką z filmu jest znacznie ciekawsza niż plakat reklamowy samego filmu…

Texas Ragnerka nie chce jednak czekać i zamiast patrzeć na naprawę maszyny idzie przodem do statku razem z dziewczynką, która służy jej za przewodniczkę. Brooklyn natomiast uważa, że Gunhed pomoże im w walce z komputerem. Bohaterowie się rozdzielają, dzięki czemu Brooklyn musi się przełamać. Gunhed ma uszkodzony komputer sterujący i potrzebuje żywego pilota, w związku z czym nasz dzielny mechanik jest zmuszony do wzięcia drążka w swoje ręce i ruszenia do przodu. Z naprawioną maszyną przebija się przez całą wieżę pokonując po drodze różne systemy zabezpieczeń, a także jak się okazuje w pełni sprawne maszyny super komputera. Wszystko to pomimo ograniczonej ilości paliwa i amunicji. Na dodatek widzimy, jak ten robot, który zabijał drużynę Brooklyna wychodzi z zielonego płynu. Nie dość, że przeżył kąpiel w nim, to w jego oku pojawiła się dziewczyna głównego bohatera. Głównie tam krzyczy i patrzy smutno.

Z opisu fabuły wynika dosyć jasno, że jest to raczej dziwny film. Zdecydowanie nie mamy do czynienia z arcydziełem. Fabuła nie jest za bardzo składna, a irracjonalne zachowania bohaterów przeszkadzają. Aktorzy włóczą się czasem bez ładu i składu po ekranie. Dzieci zaś są jakąś formą japońskiej klątwy: nie będzie filmu bez drażniących gówniarzy. Należy jednak docenić bardzo dobrej jakości efekty specjalne. Z oczywistych powodów nie dorównują one hollywoodzkim standardom, ale są sprawnie zrobione i efektywnie wykorzystywane. Zdjęcia i kadry to filmowy standard, trzeba jednak przyznać, że uzyka wybija się trochę ponad standardową. Nie jest arcydziełem, ale przyjemnie się jej słucha. Nawet przyjemniej, kiedy nie widzimy samego filmu.

Niestety na dłuższą metę jest to produkcja, która wpada jednym okiem i zaraz o niej zapominamy. Jest to tym smutniejsze, że sam pomysł jest całkiem dobry i bardzo łatwo wyobrazić sobie niezłą produkcję na jego podstawie. Tym bardziej, że ma wiele elementów bardzo często wykorzystywanych w japońskiej fantastyce. Ujęcia dziewczyn z bronią kojarzą się z masą podobnych kadrów pojawiających się tak w anime, mandze, czy też filmach aktorskich. Także i sam Gunhed zasługuje na uwagę. Jest on starannie zaprojektowany i co więcej, jest przy tym całkiem oryginalny. Nie mamy do czynienia z wielkim człowiekiem, a z maszyną, która rzeczywiście może istnieć (warto wspomnieć tutaj o japońskim projekcie Kuratas).

Co ciekawe film jest tak zwaną produkcją kultową. Lubi go wielu twórców, o tak różnych klasach, jak William Gibson, czy James Cameron. Możliwe, że dlatego, że nie oceniam tego filmu tak wysoko nie będę twórcą tyle zarabiającym, co oni.

 

 

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.