Czwarty raz na Barsoom (Thuvia, Maid of Mars)

Jakiś czas po skończeniu pracy nad Warlord of Mars Edgara Rice Burroughs postanowił wrócić na Barsoom. Nową książkę z cyklu zaczął pisać w kwietniu 1914 roku, aby zakończyć pracę już 20 czerwca. Efektem była powieść podobna, a zarazem drastycznie odmienna od trylogii opowiadającej o Johnie Carterze i Dejah Thoris. Zasadniczą zmianą był całkowicie odmienny sposób prowadzenia narracji. Burroughs zrezygnował z bohatera, który zarazem jest narratorem. Spowodowane to było dosyć oczywistą niemożnością przesłania kolejnego manuskryptu z pamiętnikami na Ziemię, tak, aby Burroughs mógł je opublikować. Było jednakże także dodatkowe wyjaśnienie takiego, a nie innego sposobu prowadzenia opowieści. Tym razem nie mamy do czynienia z historią, gdzie głównym bohaterem jest John Carter. Zamiast niego mamy do czynienia z jego synem, Carthorisem. Z oczywistych powodów nie ma powodu, aby chciał on wysyłać swoje wspomnienia na planetę ojca. Taki sposób narracji drastycznie zmienia odbiór powieści. Z jednej strony pozwala na wygodne równoległe prowadzenie historii w kilku różnych punktach, z drugiej jednak ogranicza związek czytelnika z bohaterem-narratorem.

Okładki książek Burroughsa z początku jego kariery są dosyć ciekawe, czasami.

Podobieństwo pomiędzy Thuvia, Maid of Mars, bo taki tytuł wybrał ostatecznie Burroughs, a poprzedzającą ją trylogią jest jednak wyraźne w głównym założeniu powieści. Mamy oto do czynienia z kolejną historią o miłości dzielnego młodziana do pięknej księżniczki. Tym razem kobietą jest Thuvia z Ptarth, którą poznaliśmy na kartach dwóch poprzednich powieści z cyklu, gdzie wykazywała się różnymi umiejętnościami. Jedną z najbardziej niezwykłych jest zdolność do komunikacji z Banthami, dzięki czemu wielokrotnie potrafiła wyjść z opresji. Jest ona obiecana Kulanowi Tithowi Jeddakowi Kaol, a przy tym przyjacielowi Johna Cartera (spotkać go można było na kartach Warlord of Mars). Jednakże z jej strony jest to wypełnianie obowiązku względem rodu i ojczyzny, a nie iście za porywami serca. Na dodatek, jako piękna księżniczka, jest ona wręcz rozrywana przez potencjalnych kandydatów na męża. Jednym z nich jest Astok, syn władcy Dusar. Jest on do tego stopnia nią zauroczony, że dopuszcza się złamania wszelkich reguł postępowania i zakrada się do ogrodów pałacu w Ptarth, aby spróbować, jeśli to możliwe przekonać do siebie Thuvie. Nie dość, że mu to nie wychodzi, to na dodatek obraża ją. Na szczęście w ogrodach pojawia się Carthoris, który także potajemnie się do nich zakradł i celnym ciosem pięści uświadamia Astokowi, że kiedy księżniczka mówi nie, to ma to na myśli.

Jednakże zachowanie naszego bohatera ma pewien bardzo ważny podtekst, mianowicie on też jest zakochany w Thuvii, lecz nie potrafi tego odpowiednio wyrazić, aby nie popełnić afrontu. Co ważne ona także ma pewne do niego uczucia, lecz czeka na jakąś jego deklarację. Nim ona będzie mogła mieć miejsce dochodzi do rozpoczęcia właściwej akcji. Carthoris, czując się odtrącony, wraca do Helium, Astok leci do Dursar. Natomiast Thuvia jest porwana przez nieznanych sprawców. Po części było to spowodowane tym, że podświadomie liczyła, że to Carthoris chce ją porwać, co byłoby jakimś sygnałem od niego, że mu na niej zależy. Niestety dla niej syn Johna Cartera jest na takie postępowanie zbyt przyzwoity, a porywaczami okazuje się oczywiście ludzie Astoka. Jednakże część mieszkańców Ptarth podejrzewa, że Carthoris miał coś wspólnego ze sprawą. W związku z czym decyduje się on wrócić z Helium do tego miasta, aby wyjaśnić sytuacje i udowodnić, że jest niewinny. Nie uda mu się jednak dotrzeć do celu, gdyż ktoś uszkodzi jego autopilota. Jest to niezwykle ciekawe urządzenie. Opiera się ono na marsjańskim kompasie, który można ustawić tak, aby zawsze wskazywał konkretny punkt na planecie. Mechanizm, wymyślony zresztą przez samego Carthorisa, sprawiał, że kiedy statek znalazłby się nad wyznaczonym punkcie automatycznie zostałby zatrzymany i obniżony na powierzchnie planety. Na tym jednak nie koniec usprawnień włożonych w konstrukcje statku przez syna Dejah Thoris. Posiada on także mechanizm ochrony przed kolizją z różnymi obiektami. Specjalne urządzenie wysyła dookoła pojazdu promieniowanie i jeżeli na wytworzonym w ten sposób polu pojawi się pojazd, czy inny obiekt, to statek automatycznie skręca, aż owo zagrożenie zniknie z tego pola.

 

Niektórzy autorzy okładek zwracali szczególną uwagę na Banthy.

Spisek jest dosyć skomplikowany, gdyż chodzi o doprowadzenie Carthorisa nad Aaanthor. Jest to jedno z wielu opuszczonych miast na Barsoomie. Kiedy więc w swoim statku znajdzie się nad miastem wypuszczają oni Thuvie na plac. Dodajmy, że o ile na początku całej sprawy mieli oni oznaczenia Dursar, to w tym momencie zmienili stroje na oznaczające przynależność do służby Carthorisa. Nim jednak będzie mogło dojść do spotkania Thuvii z synem Cartera zostaje ona porwana przez akurat przebywającego w pobliżu Zielonego Marsjanina z plemienia Torquas, jeda Thar Bana. Carthoris nie może jej uratować, gdyż wdaje się w pojedynek z pierwotnymi porywaczami Thuvii. Dopiero po pewnym czasie, po pokonaniu przeciwników, rzuca się w pościg, w wyniku którego dociera do tajemniczego miasta Lothar. Otoczone jest ono przez zastępy Torquasów, którzy bezskutecznie próbują je zająć.

Lothar to nietypowe miasto, nie jest ono znane czerwonym, ani nawet Thernom, czyli białym Marsjanom. Jest to bowiem siedlisko ostatnich pierwszych mieszkańców Marsa, z których później wyewoluowali Thernowie. Sami Lotharianie posiadają białą skórę i czerwone włosy. Jest to bardzo dziwne społeczeństwo, gdyż nie posiadają kobiet. Wszystkie mianowicie poległy w trakcie ich ucieczki z różnych miast Barsoom do Lothar. Byli oni wszyscy ścigani i mordowani przez Zielonych Marsjan, kiedy pradawna cywilizacja planety ginęła. Na tym jednak nie koniec niezwykłości tego miasta. Jego mieszkańcy mają bardzo mocno rozbudowane umiejętności umysłu. Są w stanie przy jego pomocy tworzyć tak istoty, jak i jedzenie. Dzielą się zresztą na dwie grupy, Realistów, którzy uważają, że materia jest potrzebna i Eterystów, którzy uważają, że nic poza myślą nie istnieje.

 

Jak piszę w tekście, Thuvia, kiedy trzeba, potrafi używać broni.

Koniec Thuvia, Panny Marsa łatwo zgadnąć. Jest to książka, która podąża utartym schematem, ale zarazem posiada kilka ciekawych elementów. Jednym z nich jest oczywiście koncepcja autopilota, ale także i Lotharianie wzbudzają zainteresowanie. Co ważne też, jak wielokrotnie zaznaczałem Dejah Thoris, chociaż jest typową damsel in distress, to nie jest przy tym słaba i nieudolna. Po prostu rzeczywistość jest taka, że musi ona liczyć na ratunek ze strony Johna Cartera. Pod wieloma względami rozwinięciem jej charakteru jest Thuvia. Chociaż także trafia ona w niewole, to potrafi walczyć i obsługiwać karabin statku. Mamy do czynienia z silną kobietą, o którą rzeczywiście warto jest się bić.

Powieść nie jest jednak bez wad, przy czym nie chodzi tutaj, o to, że jest ona najkrótsza z całego cyklu. Wydaje się, że Burroughs się bardzo śpieszył z jej ukończeniem. Zakończenie, oczywiście szczęśliwe, jest bardzo urwane. W gruncie rzeczy książce przydałoby się, gdyby miała o kilkanaście stron więcej. Pomimo tego czyta się ją bardzo przyjemnie i szybko. Podobnie jak w poprzednich tomach akcja goni akcje. Także i zmiana sposobu prowadzenia narracji nie wpłynęła negatywnie na lekturę, pozwoliła natomiast na opisywanie wydarzeń z perspektywy tak Thuvii, jak i Carthorisa. Przyznam jednak, że brakowało mi tego bardzo ciekawego zawieszenia rzeczywistości, z jakim mieliśmy do czynienia przy okazji poprzednich części.

Pewną ciekawostką jest umieszczony na końcu książki spis terminów, bohaterów, ale i słów języka mieszkańców Barsoom. Pewnym na swój sposób zabawnym, ale i smutnym jego fragmentem jest postać służącego Starego Bena. W powieściowym cyklu mamy Białych, Czerwonych, Czarnych, Zielonych i Żółtych Marsjan. Służący natomiast jest określony mianem „kolorowego”.

Książkę można sciągnąć legalnie i za darmo stąd.

 

 

 
 
 
 
 

2 comments

Leave a Reply to hihnttheadmin Cancel reply

Your email address will not be published.