Obcy serialowi (V2)

W poprzedniej części opisałem, jak dzięki specjalnemu wirusowi udało się mieszkańcom Ziemi pozbyć najeźdźców z kosmosu. Jednakże telewizja zadecydowała o tym, że powinien powstać serial, gdyż nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Jest to na swój sposób racjonalne podejście, pozostawia jednak rozliczne pytania odnośnie działania telewizji. Pokazuje bowiem, że Kenneth Johnson miał racje, kiedy chciał, aby nie kończyć opowieści wraz z drugą miniserią.

Jaki jest początek serialowego V? Czerwony pył działa, ale jego zasięg jest ograniczony, gdyż ruch Ziemi sprawia, że jego cząsteczki przestają pokrywać całą planetę. Skutecznie uniemożliwia on przeżycie obcych na terytorium równika, jednak im dalej na północ, albo południe, tym mniejsze dla nich zagrożenie ze strony pyłu. Gdyby ktoś się pytał, dlaczego nie można wypuścić po prostu więcej trucizny do atmosfery, to szybko znajdzie odpowiedź. Wytłumaczenie jest w gruncie rzeczy proste: Czerwony pył jest szkodliwy dla ludzi przy zbyt dużym stężeniu.

 

Ladne, lekko kiczowate, zdjęcie promocyjne prezentujące bohaterów serialu (wybór)

Nim jednak bohaterowie się o tym dowiedzą, a właściwa akcja z powrotem obcych się zacznie mamy do czynienia z długą sekwencją opowiadającą o tym, gdzie znajdują się nasi bohaterowie po roku od dramatycznych wydarzeń z V: The Final Battle. Niektórzy kontynuują działalność ku zbawieniu świata, inni jak Ham Tyler wrócili do swojego poprzedniego, niezbyt legalnego, zawodu. Jeszcze inni zaczęli zarabiać na swoim poprzednim udziale w ruchu oporu korzystając ze statusu bohaterów. Mamy do czynienia z sytuacją, że jak to ludzie, każda z postaci w serialu dokonała pewnych wyborów odnośnie tego, kim chcą być w nowym świecie. Trochę inna sytuacja jest z Elisabeth, która bywa nazywana Star Child. Chodzi tutaj o dziecko kobiety i obcego, które jest dosyć dziwne. Co więcej, na początku serialu widzimy ją jako małą dziewczynkę, która rośnie nadzwyczaj szybko. W pewnym momencie ucieka z domu i zawija się w kokon, z którego po pewnym czasie wychodzi już jako dorosła dziewczyna. To, czym ona jest w rzeczywistości, będzie jednym z ważniejszych wątków serialu.

Właściwa część V zaczyna się z zapowiedzią procesu Diany za zbrodnie przeciwko ludzkości. Jak to jest możliwe, że mamy jej proces? To znaczy, jak ona może przeżyć w otoczeniu Czerwonego pyłu? Odpowiedź jest banalna, otóż wystarczy maska gazowa. Natomiast kolaboranci, którzy zdradzili przybyszy, korzystają ze specjalnych pigułek z antidotum. Gwarantują one kilka godzin bezpieczeństwa w atmosferze zdominowanej przez Czerwony pył. W każdym razie rozpoczyna się proces i ku zaskoczeniu wszystkich… Diana ucieka! Pomaga jej w tym Nathan Bates (w tej roli Lane Smith u nas bardziej znany dzięki roli Perry’ego White’a w serialu o Supermanie z lat 90-tych), który, tu niespodzianka, jest szefem firmy Science Frontiers odpowiadającej właśnie za produkcje Czerwonego pyłu. Nie trudno zgadnąć, że ten biznesmen robi to licząc, że przekaże mu ona w zamian za życie dostęp do technologii obcych.

Wszystko jednak toczy się inaczej niż miało, gdyż nasza czarnowłosa gadzina ucieka swoim porywaczom i po pewnych perypetiach dostaje się do statku, którym odlatuje z Ziemi z wiedzą, że Czerwony pył nie pokrywa już całej planety. To nie jest jednak koniec, gdyż jak się okazuje w naszym układzie słonecznym, a dokładnie, ku zaskoczeniu każdego fana fantastyki: za księżycem – czeka flota przybyszy gotowa do ataku. Tym razem inwazja jest przeprowadzana otwarcie, statki lądują, a z nich wybiegają uzbrojeni po zęby żołnierze. Ludzkość zostaje pokonana w otwartej walce, ale nie cała. Są strefy, gdzie przybysze nie wprowadzają swoich sił ze względu na pył. Poza tym istnieje silny ruch oporu, który walczy na różnych frontach z najeźdźcą. Osobną kwestią jest Los Angeles, które zostaje zamienione w Wolne Miasto pod rządami… Nathana Batesa. Udaje mu się zdobyć władze nad miastem dzięki gwarancjom ze strony Diany. Kontroluje on bowiem zapasy Czerwonego pyłu i w przypadku, gdyby przybysze chcieli zająć miasto, jest on gotowy go użyć. W zamian jednak za bezpieczeństwo ze strony obcych nie atakuje ich, a zachowuje pełną neutralność.

Serial jest jak widać usytuowany w trochę innej sytuacji niż miniseriale. Teraz mamy do czynienia z otwartą walką. Mamy więcej akcji, ale też i znacznie niższy budżet. Do tego stopnia, że wiele ujęć efektów specjalnych wykorzystywano po kilka razy, w tym całe sekwencje z miniserialu. Na tym jednak nie koniec, ze względu na koszt wykonania ograniczano w dużym stopniu wszystkie strzały z broni obcych, gdyż proces dodawania efektów pochłaniał za dużo pieniędzy. Do pewnego stopnia ze względu finansowych usunięto część bohaterów, przy czym zastosowano tutaj bardzo wygodną metodę zabijania ich w heroiczny sposób. Wzbudzało to odpowiednio duże kontrowersje i rozżalenie fanów, ale dodawało także odpowiedniego dramatyzmu. Szybko okazało się, że nikt nie może się czuć bezpiecznie.

 

Stroje, zapewniam, są równie kiczowate w tej scenie, co makijaż i fryzury.

Całość opowieści w dużej mierze opiera się na dwóch elementach. Wzajemnej interakcji pomiędzy Mike’m Donovanem i Hamem Tylerem. Obydwaj prowadzą walkę, acz Mike jest bardziej idealistą, a Ham cynikiem. Na drugim poziomie mamy natomiast politykę samych przybyszów. Nie było tego w miniserialu, ale tutaj odgrywa to znaczącą rolę. Okazuje się bowiem, że o ile John zginął, a Diana zastąpiła go na stanowisku dowódcy, to poza nimi mamy wielu innych żądnych władzy obcych. Na czele całego społeczeństwa jest Wódz (Leader), który przebywa daleko, najpewniej na ojczystej planecie Przybyszów. Nigdy go nie widzimy, więc realnie nie odgrywa on dużej roli dla fabuły. Mamy natomiast inną bohaterkę, która sprawia Dianie wiele kłopotów. Blond włosa Lydia. Równie seksowna i co najmniej równie bezwzględna ma chrapkę na zajęcie miejsca Diany. Większość serialu zajmują ich wzajemne intrygi mające na celu usunąć konkurencję. Raz na jakiś czas są one komplikowane przez pojawienie się osób z zewnątrz, jak wysyłanie przez Wodza nadzorcy, których celem jest wyjaśnienie sytuacji. Niepokoi się on, że proces podboju Ziemi trwa za długo. Mamy tutaj do czynienia w wielu miejscach z bardzo ciekawymi pomysłami intryg, ale także i uwagami na temat społeczeństwa obcych i zasad nimi kierujących. Równocześnie może nas uderzać w wielu miejscach duża ilość kiczu. Niestety także i stroje czasem są wręcz strasznie tandetne i wyglądają jak wyjęte z szafy resztki po Bucku Rogersie!

Co jednak sprawia, że serial warto obejrzeć? Pod wieloma względami był on przełomową produkcją. Wszystkie odcinki serialu są ze sobą połączone i tworzą jednolitą całość. Od czasu do czasu mamy wątki, które zamykają się w jednym odcinku, jest ich jednak zdecydowana mniejszość. Fabuła rozwija się powoli i z poszczególnych zachowań wynikają konsekwencje. Łączy się z tym duży poziom interakcji pomiędzy bohaterami. Pojawiają się uczucia pomiędzy jednymi, a u innych wygasają. Sprawiało to, że niektórzy puryści zaczęli oskarżać serial o zbliżanie się do opery mydlanej. Zarzut ten jest jednak mocno przesadzony, pokazuje jednak, jakie jeszcze w latach 80-tych było wyobrażenie na temat relacji między bohaterami w fantastyce i w serialach.

Nie jest to tak, że produkcja jest bez wad. Jedną z nich był wspomniany niski budżet (choć, co warto zaznaczyć, był to najdroższy serial telewizyjny w owym czasie – mimo tego pieniędzy było za mało). Można mieć wątpliwości, co do niektórych rozwiązań fabularnych. Na pewno jednak zasłużył na danie mu szansy i na więcej niż jeden sezon. Tak się niestety nie stało, gdyż stacja uznała, że nie był on wystarczająco dochodowy, a próba zmniejszenia kosztów podjęta w połowie sezonu (z czym wiązało się dramatyczne zmniejszenie liczby aktorów) nie powiodła się w wystarczającym stopniu. Innym dramatycznym wręcz problemem serialu była fatalna czołówka. Była ona niezwykle statyczna, długa i wręcz usypiająca.

 Oprócz tych łyżek dziegciu mamy wiele dobrych pomysłów i elementów. Z przyjemnością ogląda się rozgrywki polityczne, a i pochwalić należy bardzo dobre utrzymywanie klimatu globalnej walki. Na początku każdego odcinka mamy wiadomości z frontu walki z przybyszami. Dziennikarz omawia, co się działo gdzie i wymienia tak zwycięstwa, jak i porażki. Bohaterów, oraz poległych. Podobnie jak na swoje lata dosyć dobrze prezentuje walkę partyzancką przeciwko najeźdźcy. Mamy oczywiście wiele elementów, które wzbudzić muszą uśmiech na twarzy, jak chociażby to, że nikt nigdy nie rozpoznaje naszych walecznych bohaterów, choć mamy do czynienia z wierchuszką podziemia. Są to jednak drobnostki, ewentualnie rzeczy, które trudno inaczej przedstawić w serialu telewizyjnym.

Dlaczego w związku z tym pomimo tych zalet serial sobie nie poradził? Wydaje się, że najsłuszniej byłoby wskazać na formułę, która wyprzedziła swoje czasy. Dzisiaj mamy internet, niektórzy i dostęp do hulu, czy podobnych serwisów. Nie ma w związku z tym żadnego problemu, jeżeli opuścimy jeden odcinek ukochanego serialu. W razie czego obejrzymy go później. Wtedy, pomimo już dużej popularności magnetowidów, tak nie było. Nie można było także wzorem JMS i Babilon 5 ostrzegać i informować widzów, że następny odcinek trzeba obejrzeć, a kolejny już nie koniecznie. O ile normalnie strata odcinka nijak nie wpływała na dalsze oglądanie serialu, to w przypadku takiej produkcji jak V, do tego kierowanej raczej do widza nieprzyzwyczajonego do tak silnych związków pomiędzy odcinkami, okazało się to tragiczne w skutkach. Tym bardziej, że poszczególne odcinki nie miały rozbudowanego wprowadzenia odnośnie tego, co działo się w poprzednich. W związku z tym z każdym kolejnym musiał on wręcz tracić widzów. Nagle się okazało, że było ich już zbyt mało. Po pierwszych 13 odcinkach miało miejsce wspomniane zawieszenie produkcji, ale zdecydowano się, że warto zaryzykować i dokończyć sezon, który okazał się ostatnim, chociaż były już gotowe scenariusze do pierwszych odcinków drugiego. Historia V została przerwana, ale na tym nie koniec opowieści o tym serialu. Czeka nas jeszcze trzecia, na szczęście, albo i nie, ostatnia część tekstu.

_

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.