Bogowie na Barsoom

Mars napada!

W rok po Księżniczce Marsa Edgar Rice Burroughs powrócił na Czerwoną planetę. Podobnie jak w przypadku pierwszej powieści dziejącej się na Barsoom najpierw mieliśmy do czynienia z publikacją na łamach „All-Story Magazine” od stycznia do maja 1913 roku, a edycja książkowa pojawiła się na rynku w 1918. Do pewnego stopnia do napisania Bogów Marsa przyczynił się redaktor „All-Story Magazine” Newell Metcalf, który zwrócił uwagę na pojawiające się na kartach Księżniczki rzeka Iss i dolina Dor. Zachęcił w ten sposób Burroughsa do skupienia się na tym elemencie wymyślonego przez siebie świata.

Jak wiadomo z pierwszej części cyklu o Marsie mieszkańcy Czerwonej planety są praktycznie nieśmiertelni. Dlatego też, kiedy chcą umrzeć nie w walce, a bardziej pokojowo, wyruszają do rzeki Iss, gdzie czeka ich wstęp do zaświatów. Pomysł, że wejście do Nieba znajduje się bezpośrednio na powierzchni planety przywodzi na myśl chociażby grecką mitologię, ale i w wielu innych wierzeniach znajdziemy podobne rozwiązania. Czy jednak wszystko wygląda tak, jak głosi to panująca na planecie religia? Nim odpowiemy na to pytanie należy napisać, jakie są dalsze losy Johna Cartera po zakończeniu Księżniczki. Jak wiadomo w wyniku różnych perturbacji trafił on z powrotem na Ziemie. Okazuje się jednak, że po pewnym czasie wygnania na jej powierzchni poznał, w jaki sposób można podróżować między planetami. Dwanaście lat minęło od jego pogrzebu i nagle Edgar Rice Buroughs dostał telegram, aby zjawił się on hotelu Raleigh w Richmond. Tam czekał na niego John Carter we własnej osobie. Nie miał on czasu wytłumaczyć naszemu autorowi, w jaki przedziwny sposób znowu znalazł się wśród żywych, zamiast tego dał mu kolejny tom pamiętników i razem z Burroughsem udał się na cmentarz. Tam wszedł ponownie do swojego grobowca, który zamknął za sobą i powrócił na Barsoom.

Dla czytelnika dosyć oczywistym jest, dlaczego ponownie musieliśmy odwiedzić cmentarz w Richmond. Dzięki takiemu rozwiązaniu Burroughs był w stanie utrzymać dziwny charakter powieści. Po pierwsze zachowana została narracja pierwszoosobowa, wszystkie wydarzenia poznajemy poprzez słowa samego Cartera. Po drugie podobnie jak miało to miejsce w przypadku Księżniczki fantazja wykracza poza samą powieść, a dotyka także dat, które pojawiają się we wstępie. Wspomniałem, że dzieje się on dwanaście lat po śmierci Johna Cartera. Księżniczka Marsa natomiast została jakoby wydana dwadzieścia jeden lat po tym wydarzeniu. Czytelnik odkrywa dosyć szybko, że rzeczywistość i narracja w Bogach Marsa i tak na prawdę w całym cyklu jest dosyć płynna i trudna do uchwycenia.

Czy jednak, wracając do powieści, John Carter odnalazł swoją ukochaną? Nie dam odpowiedzi na to pytanie, bo jest to zbyt ważny element całej książki. Opowiem jednak, od czego zaczyna się ta część pamiętników naszego bohatera. Podobnie jak w Księżniczce przeniesienie na Marsa jest niewytłumaczalne. Stało się to w sposób równie zaskakujący, a i co ważne, jego ciało pozostało materialne na Ziemi, czyli migracja niczym nie różni się od tej, jaka miała miejsce w pierwszej części przygód naszego kapitana. Gdzie jednak budzi się on na Barsoom? W najgorszym możliwym miejscu, czyli w dolinie Dor. Tam, gdzie przybywają Marsjanie, aby umrzeć. Zaraz po przybyciu jest on świadkiem takiej właśnie pielgrzymki Zielonych Ludzi, którzy zamiast zaznać zaświatów zostają zaatakowani przez częściowo humanoidalnych ludzi-roślin. Żaden z zaatakowanych nie ma szans przeżyć, ale na szczęście nagi John Carter wskakuje w wir walki i pomaga w pojedynku z napastnikami. Tutaj mamy pierwszą niespodziankę, wśród Zielonych Ludzi znajduje się Tars Tarkas, który uznał, że ma już dość życia.

Ci dwaj razem uciekają przed ludźmi-roślinami, do których przyłączają się potem Wielkie Białe Małpy Marsa. Po szaleńczym i krwawym pościgu docierają do jaskini, której korytarzami umykają przeciwnikom. Wpadają jednak z deszczu pod rynnę, gdyż okazuje się, że prowadzą one wprost do siedziby Thernów. Wspominałem o nich przy okazji recenzji filmu, tutaj dookreślę, że różnią się oni pod wieloma względami od swoich odpowiedników w produkcji Stantona. Kim są Thernowie w Bogach Marsa? Uważają siebie za tytułowych bogów. Do nich należy wszystko i stoją oni na szczycie piramidy życia. Dosłownie, gdyż żywią się tymi, którzy przybywają do rzeki Iss umrzeć. Ich społeczeństwo jest dosyć rozbudowane, jednakże, co trzeba zaznaczyć nie wykonują oni sami pracy. Mają od tego niewolników, którymi są wybrani pielgrzymi. Jako ciekawostkę dodajmy, że zwierzętami hodowanymi przez Thernów są Banthy, które są znacznie bardziej krwiożercze od futrzaków z Tatooine. W każdym razie, Thernowie w książce, tak jak filmowi, są białej karnacji i łysi, co jednak tutaj ukrywają pod blond perukami. Dodajmy także, że są humanoidami, co łatwo zgadnąć i właściwie z odpowiednim makijażem niczym nie różniliby się od Czerwonych Ludzi. Zresztą wykorzystują to podobieństwo, dzięki czemu mają wielu szpiegów na całej planecie. W tym względzie przypominają oni filmowych Thernów, ale w przeciwieństwie do magiczno-mechanicznego efektu, z jakim tam mamy do czynienia, w książce jest to robione znacznie bardziej tradycyjnymi metodami farby i peruki.

W trakcie przebijania się przez jaskinie Carter i Tars Tarkas natrafiają na Thuvie, jedną z niewolnic Thernów, która nie tylko zakochuje się w naszym bohaterze, ale i co ważniejsze pomaga jemu w ucieczce. Cały czas jednak pojawia się pytanie, co zrobić, kiedy uda się wydostać z niebezpieczeństwa? Jasnym bowiem jest, że powrót z zaświatów nie spotyka się z przychylnym przyjęciem przez żywych. Choć moja wypowiedź może zostać uznana za ironiczną, to takową nie jest. W przeszłości był jeden przypadek, kiedy jeden z pielgrzymów uciekł i dostał się z powrotem do swoich. Jednakże nie przyjęli go oni z otwartymi ramionami, za to jego słowa uznali za bluźnierstwo i odpowiednio go za nie ukarali, to znaczy śmiercią.

Gdyby jednak czytelnik myślał, że na tym koniec niespodzianek, to się myli. Kiedy wydawało się, że bohaterom udało się uciec od Thernów, to spotkała ich kolejna przygoda. Zaznaczmy, że nie wszystkich – Tars Tarkas i Thuvia uciekli, natomiast Carter wpadł w ręce Czarnych Piratów. W kolejnym radykalnym zwrocie akcji okazuje się, że nie są to zwykli bandyci, tylko Pierworodni Mieszkańcy Marsa. To oni jako pierwsi zamieszkali planetę. Ich boginią, którą wyznają jest Issus. Jest to bardzo stara kobieta, która według nich ma wielką siłę i decyduje o życiu i śmierci. W trakcie niewoli Carter spotkał Phaidor, córkę Matai Shanga Świętego Hekkador Thernów. Oczywiście zakochała się ona w naszym bohaterze, lecz ten ku jej wściekłości pozostał wierny Dejah Thorris. Obydwoje zostali zaprowadzeni przed oblicze Issus, lecz spotkał ich odmienny los. Phaidor została służącą bogini, natomiast Cartera wtrącono do lochów, gdzie miał czekać aż do specjalnych igrzysk, w trakcie których zginie w walce. Dodajmy, że nie trafia sam do celi, gdyż tam napotyka Cathorisa, młodego Czerwonego Marsjanina. Kim on jest nie napisze, ale nie będzie tajemnicą, że jest to ważna postać. Poza nimi do celi trafia Xodar, Czarny Pirat, który znalazł się w niej za karę, za to, że Carter pokonał go w pojedynku. Teraz zginie, gdyż nie godzi się, aby Pierworodny mógł z kimś przegrać.

W międzyczasie źle się dzieje w Helium. Zat Arras Jed Zodangi, która uznaje teraz zwierzchność Helium próbuje przejąć władzę nad wrogim miastem. W tym celu próbuje wymusić na Dejah Thorris zgodę na małżeństwo. Na tym jednak nie koniec, wspomniałem, że Tars Tarkas i Thuvia nie wpadli w ręce Czarnych Piratów, trafili jednakże zamiast tego w objęcia Warhoonów. O ile Thuvi udaje się uciec, to Tars Tarkas jako wódz wrogiego plemienia zostaje zaprzęgnięty w serię walk ku uciesze zdecydowanie krwiożerczych Warhoonów, którzy szczerze nienawidzą Tharków.

Co będzie dalej? Jak bohaterowie wydostaną się z opresji i czy Carter spotka wreszcie swoją ukochaną? Pozostawmy odpowiedzi na te pytania czytelnikom książki, gdyż warto wziąć ją do ręki. Podobnie jak w przypadku Księżniczki Marsa mamy tutaj do czynienia z prawdziwym szaleństwem nowych niebezpieczeństw. Nie będzie zresztą tajemnicą, że sama książka kończy się klasycznym cliffhangerem i to wyjątkowo wrednym. Burroughs miał tutaj znacznie więcej swobody i choć początkowo książka robi wrażenie, jakby była napisana na siłę kontynuacją, to szybko okazuje się, że wbrew pozorom cały świat jest spójny. Bohaterowie działają logicznie, a i ponownie spotykamy lubianych przez wszystkich Solę i Kantosa Kana. Brakuje jedynie Wooli, ale powróci ona w późniejszych częściach. Pod wieloma względami podczas lektury zastanawiałem się, jak tak niezwykle skomplikowaną powieść można byłoby zekranizować. Nie mamy tutaj do czynienia z prostą historią. Sam świat jest także znacznie rozbudowany, chociażby jego religia i kolejne rasy mieszkające na planecie. Wszystko to sprawia, że ewentualna ekranizacja wymagałaby od scenarzystów niezwykłego wręcz wysiłku, aby stworzyć opowieść wierną oryginałowi, a jednocześnie zrozumiałą dla widzów.

Dodajmy już na prawie zakończenie, że czuć w książce krytyczny stosunek Burroughsa do zorganizowanej religii. Jest w tym podobny do wielu amerykańskich pisarzy (np. Heinleina), którzy mają do niej dosyć anarchistyczny stosunek. Jest przy tym dosyć przewrotny, gdyż śmierć czeka nie tylko na pielgrzymów, ale i równie krwawa niespodzianka oczekuje na Thernów udających się do świątyni Issus z takim samym zamiarem dotarcia do zaświatów. Tam czekają na nich Czarni Marsjanie.

Podsumowując, warto przeczytać i wtedy można zrozumieć, dlaczego tylu pisarzy fantastyki wychowało się na książkach Burroughsa. Nie ma tam ani chwili nieciekawej, ani strony bez akcji. Wszędzie coś się dzieje, przy czym równocześnoie z galopującą akcją nie znika nam z oczu fakt, że czytam powieść osadzoną w niezwykłym świecie Barsoom i pomiędzy kolejnymi pojedynkami poznajemy planetę, jej mieszkańców i jej historię. Już niedługo wrócimy na Czerwoną planetę…  

 Skan książki do ściągnięcia.

Okładki i inne grafiki

 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.