O pewnej konstrukcji filmu (dygresją historyczną)

 

Hasło reklamowe skracające fabułę filmu, Conan z mieczem uniesionym do góry i klęcząca przed nim Valeria (przed, a więc nie jest ona gorsza/słabsza od niego; ma także miecz a i jej strój sprawia, że nie wygląda ona jak dodatek erotyczny)

Dzisiaj będzie bardziej ogólnie o kinematografii. Jest sobie taki pewien film znany co po niektórym: Conan Barbarzyńca Johna Miliusa. Adaptacja prozy Howarda na temat dzielnego Cymmeryjczyka była całkiem popularna i doczekała się nie tylko kontynuacji, ale i całkiem niedawno nowej wersji. Film poza widzami zdobył sobie także zainteresowanie ze strony ludzi zawodowo piszących. Rozpisywali się na jego temat różni dziennikarze, często podniecali się oni, jakoby Oliver Stone sprawił, że zamiast opowieści o mało inteligentnym wojowniku otrzymaliśmy na ekranie niezwykle sprawnie zrobioną historię, gdzie mniej chodzi o machanie mieczem, a bardziej o fabułę. Rozważania tych autorów tak naprawdę mało nas będą tutaj obchodzić, ale na wstępie trzeba od razu napisać parę słów odnośnie tej legendy. Skąd ona się wzięła trudno powiedzieć, ale opiera się na kilku kliszach, które obowiązują dziennikarzy z działów kultura. Pierwsza, że opowiadania Howarda, to były proste historie o głupim wojowniku. O ile część kontynuacji napisanych przez innych autorów tak przedstawiała tego bohatera, to jego twórca miał trochę inny zamysł. Oryginalny Conan był barbarzyńcą i dużo walczył, ale był równocześnie inteligentny i świadomy swojej roli.

 

Drugim zasadniczym mitem jest jakość scenariusza Stone’a. Na szczęście pozostało z niego w filmie bardzo niewiele, ledwie kilka scen. Wbrew wizjom dziennikarskim Stone napisał potworka, którego ekranizacja byłaby koszmarem. W jego interpretacji Conan walczył z mutantami przy użyciu broni laserowej. Jak widać niewiele ma to wspólnego z pomysłami Howarda, a więcej z paranoicznym wręcz strachem przed 3 wojną światową i to w najbardziej tandetnym wydaniu. Scenariusz ten ma jednak jedną zaletę, choć nietypową. Kiedyś rozmawiałem na jego temat z Andrzejem Pilipiukiem, który powiedział piękne słowa: „To jest ten, no, postmodernizm, tak?” Można się z królem grafomanów nie zgadzać odnośnie rozumienia tego terminu, ale niezaprzeczalnie, to coś, co Stone napisał, zasługuje na raczej tylko negatywne słowa. Dlaczego jednak dziennikarze z takim podnieceniem piszą o jego „wybitnym” scenariuszu? Odpowiedź jest dosyć prosta, bo są w większości przypadków ignorantami, którzy nie wiedzą, kim jest John Milius. Ewentualnie gorzej, wiedzą i z różnych powodów chcą pomniejszyć jego zasługi.

 

Milius jest twórcą z pokolenia Spielberga i Lucasa. Razem współpracowali w czasach studenckich i po nich. Byli grupą młodych twórców, którzy mieli zrewolucjonizować kino. W tamtym czasie Spielberg i Lucas byli radykałami krytykującymi wszystkich za zaprzedanie się producentom. Oni mieli tworzyć kino artystyczne! Pomiędzy nimi, a Miliusem była jednak jedna zasadnicza różnica, oni byli zdecydowanie na lewo, jeżeli chodzi o politykę, on na prawo. Odbijało się to w dużej mierze nie na twórczości, a na jej odbiorze. Milius, autor scenariusza do Brudnego Harry’ego regularnie był oskarżany o faszyzm. Jest to o tyle zabawne, że napisał on między innymi Czas Apokalipsy, czy poprawiał scenariusze Spielberga, takie jak Saving Private Ryan. Wydaje się, że owe oskarżenia wynikają nie tyle z propagowanych w jego filmach poglądów, tylko niezdolności krytyków do podjęcia dyskusji z jego twórczością. Jeżeli ktoś się wyróżnia, to jest automatycznie traktowany jako ten niebezpieczny.

 

Nie będę jednak tutaj rozwodził się na temat filozofii i pomysłów, jakie pojawiają się w Conanie Barbarzyńcy. Tematem moich rozważań jest co innego, chodzi mi o to, jak tworzyć opowieść w filmie. Milius stanął przed trudnym zadaniem, miał skomplikowany świat i bohatera o długiej historii z wieloma przygodami. Zamiast jednak tworzyć linearny film, gdzie każda scena wynika z poprzedniej zaprezentował opowieść w duchu w gruncie rzeczy Niebelunglied. Dla tych, co nie czytali anonimowy autor pieśni o Nibelungach opowiada rozbudowaną historię zemsty i potępienia. Składa się ona z kilkudziesięciu pieśni, z których każda może być odczytywana samodzielnie. Nie ma obowiązku słuchać/czytać całości. Tak naprawdę poszczególne opowieści tworzą niejako zamkniętą całość. Widać w nich, że jest to pewna większa całość, ale nie ma obowiązku jej znać, aby docenić poszczególne jej elementy.

 

Co ciekawe niemiecki plakat filmu nie ma triumfującego Conana. Jest on znacznie smutniejszy i spokojniejszy. Valeria natomiast jest prawie identyczna.

Efektem takiego konstruowania opowieści jest to, że ich odbiorca będzie czerpać z nich przyjemność i to tak z pojedynczych fragmentów, jak i z całości. Ten sposób konstrukcji przywodzący na myśl także i wiele innych utworów epickich (Nibelungi są tutaj ledwie przykładem dosyć częstej konstrukcji) został zastosowany w Conanie Barbarzyńcy. Mamy oto film, który tak na prawdę składa się z poszczególnych epizodów. Tworzą one razem spójną historię, ale równocześnie mogą zostać bez szkody dla całości usunięte, lub poprzestawiane. Struktura fabuły idzie następująco: na początku mamy atak na wioskę Conana. Kończy się on rzezią i uprowadzeniem dzieci w niewolę. Opowieść kończy się wraz z przyczepieniem Conana do koła cierpienia. Druga historia rozpoczyna się wraz z wykupieniem go do walk gladiatorów i opowiada o jego rozwoju. Z niewolnika staje się wojownikiem i w nagrodę za wyrośnięcie ponad wolnych zostaje mu zdjęte kajdany, może stać się człowiekiem. Trzecia opowieść jest najkrótsza, gdyż opowiada o zdobyciu przez Conana miecza. Czwarta opowiada o spotkaniu z Wiedźmą. Piąta to włamanie do wieży Węża. Szósta opowiada o uwolnieniu porwanej córki króla Ozryka. Natomiast siódma i ostatnia jest powrotem do pierwszej historii, opowiada o zemście na mordercy ludu i rodziców.

 

Narracja filmu nie jest płynna. Poprzez wyraźne zaznaczenie poszczególnych opowieści, jest ona wyraźnie porwana i skokowa. Czuć też, że mamy do czynienia z wyborem historii. W wielu miejscach można by umieścić i inne przygody naszych bohaterów. Widz generalnie czuje, że pomiędzy kolejnymi etapami jest miejsce na coś więcej. Właściwie jedynym elementem spajającym film jest narracja Czarodzieja – kronikarza. Spełnia on rolę przewodnika po opowieści tłumacząc widzowi nie tyle fabułę, tworząc pewną strukturę, na której opiera się film. Bez niego cała opowieść rozpadłaby się na nic nieznaczące epizody.

 

Można oczywiście całą opowieść przerobić na prostą linearną historię, tak jak robili to twórcy większości filmów fantasy. Milius jednak stworzył ekranizację eposu. Nie próbował opowiedzieć wszystkiego za jednym zamachem, zamiast tego dokonał pewnego wyboru artystycznego. Co ciekawe nie jest to jedyny twórca, który w owym czasie stanął przed problemem ekranizacji opowieści zdecydowanie za długiej dla kina. David Lynch dokładnie w tym samym czasie i miejscu kręcił swoją wersję Diuny Herberta. Książka jest całkiem długa i szczegółowa. Mamy tam wiele informacji na temat świata i bohaterów, a i sama intryga jest dosyć rozbudowana. Gdyby nakręcić dosłowną adaptację prozy Herberta otrzymalibyśmy w najlepszym wypadku 5 godzinny film. Rzecz zdecydowanie za długą jak na ówczesne kino. Co w tej sytuacji zrobił Lynch? Nie poszedł drogą Miliusa, gdyż materiał miał inną naturę. Diuna nie nadaje się na tego typu epos. W jego interpretacji książki Herberta nie mamy większych zmian fabuły (poza zakończeniem, ale to jest temat na długą i inną notkę), zamiast tego mamy do czynienia z opuszczaniem scen.

 

Plakat na swój sposób pokazuje jakie były problemy z Dune - wszystko jest zbyt skomplikowane na prosty film

Z rozbudowanej narracji zostały wybrane sceny konieczne dla zrozumienia historii. Oto zamiast obserwować opowieść jako linię, otrzymujemy wybrane punkty i odcinki. Tego typu konstrukcja wymaga od widza uwagi i musi on pozwolić się wciągnąć przez narrację. Inaczej dostanie on zbiór niezrozumiałych obrazów. Maestria Lyncha jest w tym, że jego wybór scen doskonale oddaje opowieść Herberta. W większości przypadków mamy nawet zachowane dialogi z książki. Wycięte sekwencje natomiast nie powodują raczej u widza uczucia pustki, w tym sensie, że odbiera mu się możliwość zrozumienia filmu. Poznaje on bowiem wszystkie konieczne do tego elementy. Podobnie zresztą jak w Conanie mamy tutaj ważną rolę narratora, który uzupełnia w krytycznych momentach opowieść o informacje, których nie można było pokazać. Podobną rolę mają także monologi wewnętrzne bohaterów, dzięki czemu można było jednym zdaniem wyrazić coś, co inaczej zajęłoby kilka minut filmu.

 

Obydwa te pomysły na tworzenie konstrukcji opowieści są dosyć karkołomne. Nie pasują do każdej produkcji. Kiedy jednak dobrze są użyte pozwalają przekazać widzowi znacznie bardziej rozbudowaną opowieść. Oczywiście skuteczność zależy w dużej mierze od dobrej woli odbiorcy. Oba wymienione tutaj przypadki są zakończonymi sukcesem eksperymentami odnośnie formy opowieści. Między innymi jednak z powodu obranej ścieżki tworzenia historii nie wszystkim się one podobały i podobają. Dla wielu mogą być chaotycznymi i pretensjonalnymi. Jednakże, jeżeli widz pozwoli i podejdzie do filmu z otwartą głową, to nie powinien mieć takich odczuć.


 
 
 
 
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published.