Rdza, metal, seks i Tokio w percepcji porno-brutalnej. Tetsuo 1 i 2.

Całkiem łagodna i spokojna okładka biorąc pod uwagę, o czym jest film

Wyobraźmy sobie na początek Japonie w czerni i bieli. Białe niebo i czarne kable oplatające miasto, zapewne Tokio. W tle naszej podróży słychać ciężki industrial, uderzenia o bębny, rury, czy inne metalowe przedmioty. Jednym słowem rytmiczny hałas. W tej rzeczywistości pojawia się człowiek, który chce stać się maszyną. Metal fascynuje go i podnieca. Nie mamy jednak do czynienia z szalonym naukowcem, o nie. Jak w związku z tym taki człowiek ma spełnić swoje marzenie? Dosyć prosty sposób: wystarczy włożyć sobie kawałek rury w nogę. Bohater naszej opowieści robi to, widzimy jak zamiast kości w ranie świeci się metal. Jest jednak pewien problem. Niestety nie zachował on odpowiedniej ostrożności i w ranie zalęgły się robaki, a to już jest niebezpieczne. Nasz bohater wyniku szoku z zobaczenia, jak jest zjadanym przez larwy, zaczął uciekać nie wiadomo gdzie i po co. Był na tyle zdenerwowane, że nie zauważył nadjeżdżającego samochodu kierowanego przez typowego pracownika biurowego (tzw. salaryman) i jego dziewczynę. Ginie pod jego kołami, ale na tym nie koniec jego przygody. Ma on jeszcze szansę się zemścić.

Taki jest początek jednego z najdziwniejszych filmów, jakie powstały w Japonii. Pod wieloma względami pokazuje on chorą psychikę tamtejszych filmowców. Oczywiście jest to retoryczna przesada, gdyż tamtejsze kino artystyczno-alternatywne charakteryzuje się stopniem obrzydliwości wykraczającym poza zdolności poznawcze przeciętnego człowiek z kultury Zachodu i jak na tamte warunki nie jest niczym spektakularnym. W każdym razie pomysł i wykonanie filmu sprawia, że Tetsuo: Iron Man nie mógłby powstać w Europie. Na wstępie, nim zacznę bardziej szczegółowo omawiać, z czym mamy do czynienia zaznaczę dwie rzeczy: po pierwsze, film jest tylko dla dorosłych; po drugie, kobiety mogą mieć po nim szczególnego rodzaju koszmary.

Zapowiedź naprawdę tylko dla dorosłych i ludzi o mocnych nerwach.

Tetsuo jest pełnometrażowym debiutem Shinji Tsukamoto, który do tego czasu nakręcił wiele krótkometrażowych filmów, więc miał już pewne doświadczenie. Od czasu premiery Tetsuo nakręcił wiele filmów (w tym kilka nagradzanych na różnych festiwalach filmowych), a także wystąpił w kilkunastu produkcjach. Jest to bowiem nie tylko reżyser, ale także dosyć popularny aktor. Jego praca przy filmach nie ogranicza się tylko do tych dwóch ról, gdyż pomagał choćby dostarczając płyny ustrojowe do filmów Takashii’ego Mike. To wszystko jednak przyszło z czasem. Kiedy zaś zabierał się za pracę nad Tetsuo miał dosyć ograniczony budżet. Z tego też powodu film nakręcił korzystając z czarno białej taśmy 16mm, oraz wykorzystał wiele zdjęć tworząc swego rodzaju animacje poklatkową przypominającą w dalekim stopniu La Jetée Chrisa Markera, ale już w znacznie bliższym inspirowany nim teledysk Sigue Sigue Sputnik do piosenki Dancerama. Tego typu rozwiązanie znacząco zmniejszało koszt produkcji. Myliłby się jednak ten, który widziałby w tym wadę filmu. Czarno biała taśma doskonale wpisywała się w niesamowity i mroczny nastrój produkcji. Pozwalała także na ukrycie faktu, że efekty specjalne były robione dosyć niewyszukanymi metodami, gdyby film był kolorowy wyraźniej widać byłoby gumę i materiały użyte do stworzenia iluzji metalowych kończyn.

O czym jednak tak na prawdę jest Tetsuo poza tym, że jeden z bohaterów lubi sobie wsadzać metalową rurę w nogę? Aby to wyjaśnić trzeba powiedzieć, co się dzieje po tej scenie. Mężczyzna, który potrącił tego „fetyszystę metalu” budzi się pewnego ranka i widzi w lustrze, że coś mu wystaje z policzka i nie jest to włos. Mamy do czynienia z opowieścią o człowieku zmieniającym się powoli w maszynę. W dziwną istotę, która będzie oplatać kablami świat. Nie jest to spełnienie jego marzeń, tak jak śpiewał wokalista Ultravox, a raczej koszmar. Tym większy, że w ramach tej zmiany okazuje się on maszyną do zabijania i to niestety tych, na których mu zależy. W trakcie stosunku płciowego ze swoją dziewczyną rozszarpie ją na strzępy. Powoli części jego ciała mutują przeistaczając się w metal, a to, co było łącznikiem z człowieczeństwem powoli zanika.

Fabuła jednak nie kończy się na tym, to jest pod wieloma względami wstęp do właściwej sekwencji. Otóż okazuje się, że niejako z za grobu powraca fetyszysta przedstawiony w pierwszym akapicie. On także zaczyna się zmieniać i jego ciało teraz już akceptuje metal. Zaczyna on przypominać tego „biznesmena” Dochodzi między nimi do pojedynku i walki na śmierć i życie. Wszystko w rytmie perkusji i krzyków agonii. Absurdalność fabuły, czy też raczej jej strzępów nie przesłania głównego elementu opowieści: nastroju. Mamy do czynienia z szaloną produkcją, w której chodzi o przedstawienie możliwie niesamowitych obrazów. Bohaterowie właściwie nie istnieją jako samodzielne jednostki, służą jedynie do uzewnętrznienia wyobraźni reżysera. Zaznaczmy od razu, że nie jest to żaden komentarz na temat roli jednostki w społeczeństwie, ani nawet nie mamy do czynienia z pytaniem o sytuację człowieka – maszyny. Oczywiście możemy znaleźć mocno rozbudowane interpretację filmu wskazujące na fakt, że Fetyszysta (dla dokładności, tak oficjalnie nazywa się postać z początku filmu) wkładając sobie rurę w nogę niejako dokonuje gwałtu i poniekąd feminizuje swoje ciało, cokolwiek by to miało znaczyć. Potem także rozsiewa zarazki „metalowej infekcji” niczym wirus HIV. To wszystko jest jednak raczej próbą naukowej interpretacji filmu, która ma dodać głębi opowieści. Ciężko jest je uznać za poważne i co więcej mające realny związek z samą produkcją. W dziele Tsukamoto mamy raczej do czynienia ze zwykłym szaleństwem, które kończy się wyruszeniem maszyny na wyprawę, której celem jest skorodowanie całego świata. To jest marzenie o apokalipsie i zarazem fantazja na punkcie robotów. Warto odnotować, że wraz z kolejnymi częściami filmu tego typu próby interpretacji opowieści zostały w dużej mierze porzucone.

Tetsuo: Iron Man ku chyba zaskoczeniu wszystkich odniosło ogromny sukces, tak pod względem finansowym, jak i komercyjnym. Sprawiło to, że Tsukamoto mógł spróbować zrobić lepszą wersję filmu. Taką, która miałaby chociażby fabułę i jakiś sens. W ten sposób powstał: Tetsuo 2: Body Hammer. Tym razem reżyser miał znacznie większy budżet do dyspozycji, dzięki czemu mógł wprowadzić pewne innowacje odnośnie techniki filmowania. Zrezygnował on w związku z tym z czarno-białej taśmy i zamiast tego nakręcił on film w kolorze. Efekt jest dość kontrowersyjny, a największe problemy widzowie mieli nie ze względu na dużą ilość seksu i przemocy. Zarzuty skupiały się na wprowadzeniu przez Tsukamoto fabuły do filmu. Może to dziwić zwykłego widza, należy w związku z tym wyjaśnić, w czym problem. Według tych krytyków wytłumaczenie dla zachowań poszczególnych bohaterów osłabia szaleństwo i siłę obrazu. Według nich odwraca to uwagę od szalonych wizji, a widz zamiast oglądać maszyny pyta się o celowość poszczególnych ujęć.

Kolor robi swoje, to już prawie nadaję się na dobranockę

Nim odniosę się do tych zarzutów opowiem trochę więcej o samym filmie. Fabuła Body Hammer w gruncie rzeczy jest dosyć prosta. Tym razem mamy do czynienia z opowieścią o rodzeństwie, dwóch braciach, którzy byli wychowywani przez szalonego naukowca. Ten chciał stworzyć żywą broń, człowieka zdolnego zamienić się w pistolet. Jeden z braci, kiedy dorósł, założył rodzinę i zaczął pracować w typowej japońskiej korporacji. Bohaterem filmu jest dosyć stereotypowy chudy okularnik. Wszystko zmienia się, kiedy grupa bandytów najpierw wstrzykuje mu tajemniczy płyn, a potem porywa jego małego syna. Próbując go odzyskać zostaje tak zmanipulowany, że sam przez przypadek zabija swoje dziecko. Sprawia to, że przestaje on być człowiekiem, tak w przenośni jak i dosłownie. Wybucha szaleńczym gniewem i zaczyna się zmieniać w monstrum-maszynę. W pierwszym filmie przemiana była całościowa, tutaj mamy jeden głównym elementem mechaniczny w ciele bohatera, którym jest wielkie działo wyrastające z brzucha. Teraz czas na zemstę.

Tymi złymi jest grupa bandytów, którzy żyją kultem siły mięśni. Kierowani przez postać przywodzącą na myśl Fetyszystę poddają się eksperymentom, które mają stworzyć z nich nowego człowieka, czy też wręcz bogów. Celem jest żywa broń, połączenie mięśni i metalu, jednakże pomimo wielu prób nie udaje się osiągnąć upragnionego celu. Tutaj pojawia się główny bohater, który jest przykładem udanego stworzenia tego typu istoty. Rozpoczyna się szaleńczy pościg przerywany eksperymentami tak na bohaterze, jak i na innych, których celem jest stworzenie działających cyborgów.

Jeszcze bardziej łagodna okładka.

W między czasie zostaje porwana żona głównego bohatera. Wściekły przemienia się kompletnie w monstrualną istotę i w walce pokonuje i zabija wszystkich przeciwników, którzy staną mu na drodze. Jego celem jest zniszczenie wszystkiego. Tsukamoto tłumacząc zachowanie bohaterów w wywiadzie udzielonym w Japanoramie stwierdził, że zawsze marzył o wyburzeniu Tokio i w ramach filmu mógł to osiągnąć.

Film ma swoje problemy, na pewno nie robi tak niezwykłego wrażenia, jak część pierwsza, ale i tak jest fascynujący. Stworzona fabuła jest prosta i raczej jest zlepkiem banałów, które razem mają tworzyć jakąś koherentną całość. Prawdziwym celem jest tak jak w przypadku pierwszej części pokazanie przemiany człowieka w maszynę w sposób niezwykły i mroczno-fascynujący. Jednakże poprzez wprowadzenie koloru poszczególne sekwencje efektów specjalnych nie robią tak dobrego wrażenia, widać wyraźniej, że dalej mamy do czynienia z tak naprawdę bardzo nisko budżetową produkcją.

Na tym kończymy pierwszą cześć tekstu o serii Tetsuo Tsukamoto. W poniedziałek będzie część druga i tam znajdzie się omówienie ostatniego filmu, oraz kilka uwag ogólnych na temat całej trylogii.

 
 
 
 
 

One comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.